Dzieci dla klimatu, czyli absurd „diety planetarnej”

5 godzin temu

Nowy rok szkolny dopiero się rozpoczął, a wraz z nim wracają pytania o kierunek, w którym zmierza polska oświata. Zmiany w programach nauczania, spory wokół edukacji zdrowotnej, ograniczanie znaczenia historii i religii – wszystko to składa się na obraz szkoły, która coraz mocniej ma nie tylko uczyć, ale również wtłaczać do głów młodego pokolenia lewicową propagandę.

Jednym z najnowszych elementów indoktrynacji dzieci jest tzw. dieta planetarna. Od 1 września obowiązują nowe zasady żywienia w szkołach i przedszkolach. Wśród ich założeń znalazło się zwiększenie udziału warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych i roślin strączkowych oraz ograniczenie częstotliwości podawania mięsa. Co najmniej raz w tygodniu w ramach obiadu ma pojawić się potrawa na bazie roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych.

Oficjalnie chodzi o zdrowie dzieci i ochronę środowiska. Problem w tym, iż sama nazwa „dieta planetarna” pokazuje, iż nie chodzi wyłącznie o zdrowie konkretnego ucznia. Jej założenia obejmują również ograniczanie wpływu produkcji żywności na klimat. I właśnie tutaj pojawia się pytanie: czy szkolna stołówka powinna być kolejnym miejscem realizowania odgórnie wyznaczonych celów klimatycznych?

Nie ma nic złego w zachęcaniu dzieci do jedzenia warzyw, owoców czy roślin strączkowych. Problem zaczyna się wtedy, gdy ograniczanie produktów pochodzenia zwierzęcego zostaje przedstawione jako element koniecznej transformacji żywienia, a rodzice stracili wpływ na to, co trafia na talerze ich dzieci na szkolnych stołówkach. Tym bardziej iż organizm dziecka nie jest organizmem dorosłego człowieka. W okresie intensywnego wzrostu potrzebuje odpowiedniej ilości białka, wapnia, jodu, żelaza oraz witamin. Dlatego wszelkie eksperymenty dotyczące żywienia najmłodszych powinny być prowadzone z ostrożnością.

Co ciekawe, Barbara Nowak powołuje się na wyniki badań naukowców z Hiszpanii, w których odnotowano związek większego przestrzegania klasycznego wskaźnika diety planetarnej z niższym spożyciem m.in. witaminy B12, wapnia i jodu. W ten sposób dziecko żywione zgodnie z zasadami diety planetarnej będzie cierpiało na niedobory tych składników. Temat wymaga zatem co najmniej poważnej debaty, a nie bezrefleksyjnego zachwytu nad rewolucyjnymi hasłami o „ratowaniu planety”.

Warto również pamiętać, iż mięso, ryby, jaja i nabiał dostarczają składników ważnych w diecie dzieci. Nie oznacza to, iż dziecko powinno jeść mięso codziennie ani iż warzywa są zbędne. Chodzi o rozsądne proporcje i zapewnienie pełnowartościowego jadłospisu, a nie o podporządkowanie żywienia dzieci jedynie słusznej ideologii.

Jest też kwestia najbardziej prozaiczna, ale zarazem kluczowa: czy dzieci chcą takie posiłki jeść? Ze szkół dochodzą głosy, iż część uczniów nie akceptuje niektórych dań przygotowywanych według nowych zasad i oddaje pełne talerze. o ile okaże się, iż zjawisko jest powszechne, będzie to oznaczało nie tylko problem wychowawczy czy organizacyjny, ale również marnowanie żywności i pieniędzy. choćby najlepiej skonstruowany jadłospis nie spełnia swojej funkcji, o ile dziecko go nie zje.

Dieta planetarna jest więc kolejnym przykładem ideologizowania polskiej szkoły. Coraz częściej okazuje się, iż jej podstawowym zadaniem nie ma być przekazywanie wiedzy i uczenie samodzielnego, krytycznego myślenia, ale raczej formowanie dzieci zgodnie z określonymi założeniami dotyczącymi klimatu, zdrowia i liberalno-lewicowego stylu życia.

Te same zarzuty można postawić w odniesieniu do innych zmian wprowadzanych przez resort edukacji kierowany przez Barbarę Nowacką. Polacy wskazują na systematyczne ograniczanie kanonu lektur i wiedzy historycznej, wprowadzanie kontrowersyjnych treści w ramach edukacji zdrowotnej oraz redukcję znaczenia religii w szkole.

W Częstochowie trwa protest głodowy „W obronie polskich dzieci przed demoralizacją i wynarodowieniem”. Jego inicjator Jan Karandziej był działaczem opozycji antykomunistycznej i uczestnikiem wydarzeń związanych ze strajkami w 1980 roku. Do protestu dołączył Stanisław Oroń. Protestujący alarmują, iż zmiany w polskiej szkole dotyczą nie tylko programów nauczania, ale również wartości i tożsamości przekazywanych kolejnemu pokoleniu.

Polska szkoła powinna przede wszystkim uczyć, a szkolna stołówka nakarmić dziecko pełnowartościowym posiłkiem. Rodzice z kolei powinni mieć prawo pytać, dlaczego ich dzieci mają jeść według określonego modelu i jakie są rzeczywiste skutki jego wprowadzenia. Niestety, coraz częściej okazuje się, iż pod przykrywką edukacji narodowej realizowane są eksperymenty ideologiczne na najbardziej bezbronnych – naszych dzieciach. Jest to ze wszech miar obrzydliwe, ale właśnie tak działa lewica – zabiera się na najsłabszych, najmniej świadomych zagrożenia.

Polecamy również: Ukraiński przekręt na darowiźnie od warszawskiego metra

Idź do oryginalnego materiału