Elektryki wciąż są na państwowej kroplówce

3 godzin temu

Niemcy po raz kolejny pokazują, do czego prowadzi podporządkowanie gospodarki ideologii klimatycznej. Państwo dopłaca obywatelom do zakupu samochodów elektrycznych, a politycy z satysfakcją obserwują rosnące statystyki sprzedaży. Według danych przytoczonych przez PCh24 we wrześniu tego roku w Niemczech zarejestrowano około 88,6 tys. nowych samochodów elektrycznych, które stanowiły 34,5% wszystkich nowych rejestracji. Od początku roku Niemcy zarejestrowali ponad 600 tys. elektryków. Brzmi jak wielki triumf elektromobilności. Problem w tym, iż za tym „sukcesem” stoi potężna państwowa kroplówka.

Od 2026 roku niemieckie państwo uruchomiło nowy system dopłat, których beneficjentami są osoby kupujące elektryki. W zależności od dochodu gospodarstwa domowego, liczby dzieci oraz rodzaju pojazdu można otrzymać od 1500 do choćby 6000 euro. Na realizację programu przeznaczono 3 miliardy euro, które mają wystarczyć na wsparcie około 800 tys. pojazdów do 2029 roku. o ile samochód jest produktem atrakcyjnym dla konsumenta, konkurencyjnym cenowo i odpowiadającym jego potrzebom, państwo nie musi dopłacać kilku tysięcy euro, aby przekonać obywatela do jego zakupu.

Jeżeli jednak urzędnik musi wyciągnąć pieniądze z kieszeni podatnika, a następnie przekazać je kupującemu, aby ten zdecydował się na określony rodzaj samochodu, trudno mówić o spontanicznym sukcesie rynkowym. Jest to sukces polityki subsydiów.

Mechanizm jest zresztą niezwykle charakterystyczny dla współczesnego zielonego interwencjonizmu. Najpierw politycy uznają, iż samochody spalinowe są „złe”, ponieważ emitują CO₂. Następnie wprowadzają coraz bardziej restrykcyjne normy emisji i regulacje, które mają wypchnąć silniki spalinowe z rynku. Kiedy okazuje się, iż samochody elektryczne są dla wielu klientów droższe, mniej praktyczne albo po prostu nie odpowiadają ich potrzebom, państwo zaczyna dopłacać.

Potem rosnącą sprzedaż elektryków przedstawia się jako dowód, iż społeczeństwo samo wybrało elektromobilność. Tyle iż jest to wybór dokonywany na rynku, którego zasady zostały wcześniej zmienione przez państwo.

Jeszcze bardziej pouczające jest doświadczenie Niemiec z poprzednim programem dopłat. Gdy pod koniec 2023 roku zakończono niemieckie subsydia do samochodów elektrycznych, sprzedaż BEV gwałtownie się załamała. Badanie analizujące to wydarzenie jako naturalny eksperyment ekonomiczny oszacowało, iż zakończenie dopłat spowodowało spadek niemieckiego rynku samochodów bateryjnych o około 45%

Wcześniejsze analizy DIW Berlin wskazywały natomiast, iż tylko około 40% zakupów samochodów elektrycznych objętych subsydium można było uznać za wywołane samą dopłatą. Oznacza to, iż państwo płaciło w znacznej mierze za zakupy, które i tak zostałyby dokonane.

Najbardziej absurdalne jest jednak to, kto ostatecznie korzysta z tego systemu. Zagraniczne marki odpowiadają już za 46% niemieckiego segmentu samochodów elektrycznych. Sprzedaż Tesli miała wzrosnąć o niemal 270%, chińskiego BYD o 86%, a MG należącego do chińskiego koncernu SAIC o ponad 60%. Jednocześnie Volkswagen zanotował około 6-procentowy spadek sprzedaży. Niemiecki podatnik może więc finansować zakup samochodu, którego producentem jest zagraniczny, a choćby chiński koncern. Trudno o bardziej wymowny paradoks polityki mającej rzekomo wzmacniać europejski, w tym niemiecki przemysł.

Nie chodzi oczywiście o to, aby zakazywać komukolwiek kupowania elektryka. o ile ktoś uważa, iż taki samochód odpowiada jego potrzebom, powinien mieć możliwość jego zakupu. Problem pojawia się wtedy, gdy państwo wykorzystuje pieniądze wszystkich obywateli do promowania jednej technologii kosztem innych. Nie każdy mieszka w centrum wielkiego miasta i pokonuje dziennie 20 kilometrów. Wielu ludzi mieszka na prowincji, jeździ w długie trasy, potrzebuje dużego samochodu, holuje przyczepy albo nie ma możliwości ładowania auta w garażu. Dlaczego więc urzędnik ma decydować, która technologia jest dla nich adekwatna?

Tak właśnie wygląda zielony interwencjonizm. Państwo coraz głębiej ingeruje w decyzje konsumentów, wskazując, jakie rozwiązania są „pożądane społecznie”, a następnie dzięki podatków, regulacji, zakazów i dopłat próbuje wymusić ich popularyzację. To już nie jest neutralna polityka gospodarcza. To inżynieria konsumpcji napędzana ideologią klimatyczną zielonego komunizmu.

Unijni i niemieccy lewacy doszli do przekonania, iż państwo powinno coraz szerzej decydować o tym, jak obywatele ogrzewają domy, produkują energię, czym jeżdżą i jakie technologie wykorzystują. W klasycznym modelu wolnorynkowym konsument głosuje własnym portfelem, a przedsiębiorca musi przekonać go ceną, jakością i użytecznością produktu. W faszystowskim systemie dotacyjnym najpierw głosuje urzędnik, a dopiero później konsument może wybrać sposód opcji, które zostały wybrane już wcześniej przez „starszych i mąrzejszych”.

Polska nie powinna bezrefleksyjnie kopiować tego modelu. o ile samochody elektryczne rzeczywiście okażą się lepsze, tańsze i wygodniejsze, konsumenci sami będą je kupować bez żadnych specjalnych i kosztownych zachęt. o ile natomiast ich popularność zależy od tysięcy euro subsydiów i regulacji wypychających z rynku konkurencyjne technologie, mamy do czynienia nie z naturalną transformacją motoryzacji, ale z transformacją wymuszoną administracyjnie przez państwo, które „wie lepiej”.

NASZ KOMENTARZ: Prawdziwy test elektromobilności rozpocznie się dopiero wtedy, gdy z rynku zniknie polityczna kroplówka. Wolny rynek nie potrzebuje urzędnika wskazującego zwycięską technologię. Potrzebuje konsumenta, który może swobodnie zdecydować, na co chce wydać własne pieniądze.

Polecamy również: 101-letni Polak walczy z Niemcami. przez cały czas nie odpuszcza!

Idź do oryginalnego materiału