Felieton. Sztuka udawania

podhaleregion.pl 2 godzin temu

Po sesji Rady Miasta z 15 grudnia wydawało mi się, iż w kontekście rozumienia sportu przez naszych radnych gorzej być nie może. Skoro wówczas usłyszeliśmy, iż wniosek radnego Adama Hajnosa o to by w uchwale dotyczącej stypendiów sportowych, obok hokeja, jako dyscyplinę wiodącą miasta Nowy Targ dopisać piłkę nożną był „nieprzygotowany”, „chaotyczny” i „wrzucony na stół bez refleksji”, to logicznym następstwem powinno być drugie podejście – spokojniejsze, lepiej udokumentowane, oparte na faktach, a nie na emocjach.

Radny Hajnos dokładnie tak do tej krytyki podszedł. Rzetelnie. Bez obrażania się na rzeczywistość. Przygotował – wspólnie z radnym Maciejem Fryźlewiczem – projekt spójny, logiczny, z szerokim i racjonalnym uzasadnieniem. Z danymi, liczbami, kontekstem historycznym. Z jasnym wskazaniem, iż piłka nożna od co najmniej piętnastu lat systematycznie zwiększa swój ciężar gatunkowy w Nowym Targu – sportowo, organizacyjnie i społecznie.

I właśnie ten projekt trafił na Komisję Budżetową. To był moment, w którym – przynajmniej w teorii – powinna rozpocząć się merytoryczna rozmowa. O faktach. O trendach. O kierunku, w jakim miasto powinno prowadzić swoją politykę sportową.

Zamiast tego dostaliśmy brutalną lekcję realnej polityki lokalnej: merytoryka i racjonalne argumenty mają ograniczoną przydatność w starciu z układami, lękiem przed decyzją i wygodą status quo.

Z niedowierzaniem słuchałem części wypowiedzi radnych. Wrażenie było jedno: to nie była debata o sporcie, ale spektakl unikania odpowiedzialności.

Radny Wcisło rozpoczął od tezy, iż piłki nożnej nie wolno stawiać na równi z hokejem – choć Hajnos od pierwszego zdania konsekwentnie podkreślał, iż nie chodzi o żadne porównania ani rywalizację między dyscyplinami. Chwilę później radny Wcisło oznajmił, iż w zasadzie… i hokej nie powinien być uznany za dyscyplinę o istotnym znaczeniu.

To już nie była argumentacja. To była improwizacja.

Dalej było jeszcze bardziej osobliwie. Z ironicznym uśmiechem radny Wcisło pytał, co to w ogóle za promocja dla miasta, iż kogo interesuje liczba kibiców na trybunach. A na koniec rzucił, iż miasto nie powinno wspierać sportu zawodowego, tylko młodzieżowy.

W tym miejscu wypadałoby wyjaśnić rzecz elementarną: sport zawodowy i sport młodzieżowy nie są bytami rozłącznymi. Są systemem naczyń połączonych. Oddzielanie tych dwóch światów to albo fundamentalne niezrozumienie mechanizmów sportu, albo wygodna publicystyczna figura, która pozwala udawać, iż można wspierać jedno, systemowo ignorując drugie.

Ale pozostało coś ważniejszego. Radny nie został wybrany po to, by realizować własną filozofię sportu. Został wybrany po to, by reprezentować interes społeczny. A ten – mierzony liczbami, frekwencją, skalą zaangażowania – mówi dziś jednoznacznie: piłka nożna w Nowym Targu jest realnym i ważnym zjawiskiem społecznym.

Potem przyszła kolej na radnego Jana Siękę. Formalnie „za”, praktycznie „przeciw”, finalnie wstrzymany. Oczywiście winny był burmistrz, bo nie ma jeszcze strategii sportu, więc nie można opiniować wniosku Hajnosa. To argument wygodny, ale logicznie kulawy.

To właśnie takie uchwały są materiałem wejściowym do strategii. To decyzje radnych wyznaczają kierunek dokumentów programowych, a nie odwrotnie. Odwracanie tej kolejności to klasyczna technika rozmywania odpowiedzialności.

Zresztą, jeżeli przyszła strategia sportu rzeczywiście ma (a powinna) opierać się na danych i statystykach, to już dziś można z dużą dozą pewności przewidzieć jej wnioski: piłka nożna wyjdzie z tej analizy jako dyscyplina numer jeden. Cała reszta to gra na czas.

Najbardziej ciekaw byłem zdania radnej Agaty Michalskiej, którą darzę ogromnym szacunkiem i z wielkim uznaniem wspominam jej działalność na rzecz nowotarskiego hokeja. Właśnie dlatego byłem niemal pewien, iż to ona wniesie do tej dyskusji doświadczenie byłej prezes i praktyka, który najlepiej rozumie sens i wagę takiego zapisu w uchwale. Byłem przekonany, iż zrozumie intencję tego wniosku i jego długofalowe znaczenie.

Nie ukrywam, iż po ludzku zwyczajnie się zawiodłem, słysząc jej wypowiedź. Nie dlatego, iż była przeciwko – ale dlatego, iż zabrakło w niej tej perspektywy, którą przez lata sama tak konsekwentnie budowała: perspektywy osoby, która wie, jak bardzo klubom potrzebne są jasne sygnały stabilności i wsparcia ze strony miasta.

Słabe było też to, iż na końcu próbowano jeszcze przykleić Hajnosowi łatkę człowieka, który „znów konfliktuje środowisko sportowe”. To intelektualnie nieuczciwe.

To nie Hajnos eskalował konflikt. On konsekwentnie próbował wprowadzić do uchwały zapis, który nikomu niczego nie odbierał. To inni – z premedytacją lub ze strachu – spychali debatę w stronę wojny: piłka kontra hokej.

Finał był przewidywalny. Punkt zdjęto z porządku obrad najbliższej sesji.

I tu nastąpił moment, który przejdzie do lokalnych annałów absurdu.

Chwilę później ci sami radni poparli przekazanie 200 tysięcy złotych na koncepcję budowy stadionu piłkarskiego. Bez wahania. Bez filozoficznych dylematów. Bez ironicznych uśmiechów.

I teraz pytanie zasadnicze: po co budować stadion dla dyscypliny, której nie chce się choćby symbolicznie uznać za istotną? Po co inwestować w infrastrukturę, jednocześnie wysyłając sygnał braku zaufania ludziom, którzy dziś trzymają nowotarską piłkę przy życiu?

To dokładnie ten sam mechanizm, który kilkanaście lat temu zabił nowotarski hokej.

W sporcie – tak jak w biznesie – inwestuje się w fazie wzrostu, a nie w fazie schyłku. Z hokejem zrobiono dokładnie odwrotnie: gdy miał ludzi, pieniądze i potencjał, miasto się odsunęło i ograniczyło wsparcie do minimum. Dziś wszyscy znamy efekt tej polityki.

Dziś piłka nożna znajduje się dokładnie w tym samym punkcie historii. I dokładnie w ten sam sposób jest traktowana. Niby doceniamy, niby wspieramy, ale w rzeczywistości jest nam całkowicie obojętna.

Historia naprawdę lubi się powtarzać. Różnica polega tylko na tym, iż tym razem nikt już nie będzie mógł powiedzieć: „nie wiedzieliśmy”.

Idź do oryginalnego materiału