GKS Katowice po raz pierwszy od 2003 roku zdobył komplet punktów przy Roosevelta. Przy bramce na wagę trzech punktów, w końcówce doliczonego czasu gry, asystował Alan Czerwiński, który po końcowym gwizdku sędziego ocenił przebieg spotkania z wicemistrzem Polski.
Dźwignąłeś dużą odpowiedzialność, wchodząc na boisko w drugiej połowie. Wszedłeś z konkretnym zamiarem zrobienia tej kluczowej akcji i asystowania przy bramce na 3:2 dla Ilji Szkurina?
Chciałem po prostu wejść i zagrać swoje. Wiem, iż mam dobre dośrodkowanie, więc cierpliwie czekałem na swój moment. Ogromnie się cieszę, iż Ilja skompletował hat-tricka. To świetny piłkarz, wielkie gratulacje dla niego. Fajna sprawa, iż mogłem mieć w tym swój udział.
Taki manewr - wycofanie piłki i mierzone dośrodkowanie w pole karne - to coś, co w grze GKS-u Katowice oglądamy regularnie. Ile czasu poświęcacie na treningach, żeby te automatyzmy wychodziły tak płynnie?
Mówiąc szczerze, po każdym treningu zostajemy z chłopakami i ćwiczymy dośrodkowania, układając odpowiednio nogę. To nie jest przypadek. Cieszę się, iż wracamy do domu z trzema punktami, bo to był niezwykle trudny mecz. Nie powinniśmy tak łatwo stracić tych dwóch bramek, ale najważniejsze, iż pokazaliśmy charakter.
To był chyba jeden z najbardziej szalonych meczów, w jakich brałeś udział. Najpierw prowadzenie 1:0, potem przegrywanie 1:2 i niezwykła końcówka w doliczonym czasie gry.
Nie był to najbardziej szalony mecz w mojej karierze, ale o tamtym wolę teraz nie rozmawiać i wolę go nie pamiętać (śmiech).
Jaki mieliście plan taktyczny na to spotkanie? Zabetonować dostęp do własnej bramki, szukać długich piłek na Bartka Nowaka i uruchamiać skrzydłowych?
Świetnie to ująłeś, trafisz w punkt poza jednym szczegółem - to nie były długie zagrania, ale fantastyczne podania Bartka na wolne pole. Poza tym wszystko się zgadza.
Przełamaliście trudną serię na wyjazdach, bo wygrana poza własnym stadionem ciążyła wam od marca. Potrzebowaliście takiego spotkania, żeby regularnie punktować w delegacjach?
Mam taką nadzieję. Bardzo potrzebowaliśmy tych trzech punktów, żeby zyskać pewność siebie na wyjazdach. Staramy się o tym nie myśleć, ale gdzieś z tyłu głowy taka seria zawsze siedzi. Zależało nam, żeby w końcu się przełamać. Cieszy to, iż dokonaliśmy tego na tak trudnym terenie. Górnik był nieco zmęczony maratonem meczów co trzy dni i podróżami po pucharach, ale to wciąż klasowy zespół. Znaliśmy ich moment i wykorzystaliśmy swoją szansę.
Zwycięstwo 5:0 z Wisłą Płock w ubiegłym tygodniu dodało wam pewności siebie w ataku przed przyjazdem do Zabrza?
Na pewno. Jesteśmy mocni w ofensywie, a zdobycie pięciu bramek w Ekstraklasie nie bierze się z nikąd. Zwycięstwa zawsze budują morale i pewność siebie. Po pięciu golach z Płockiem strzeliliśmy trzy na stadionie Górnika, co najlepiej świadczy o potencjale naszego zespołu.
Stadion Górnika nie był dla was dotąd łaskawy - dwa ostatnie mecze to porażki po 0:3, a ostatnia wygrana w Zabrzu miała miejsce w 2003 roku. Odczarowaliście ten teren?
Mieliśmy świadomość, iż w poprzednich występach straciliśmy tu sześć bramek i nie zdobyliśmy żadnej. Czasami choćby z tego żartowaliśmy, bo po czasie nabiera się dystansu. Dzisiaj trzeba było jednak zagryźć zęby. Przyjechaliśmy po pełną pulę, a nie po remis. Drużyna pokazała ogromny charakter, szczególnie po stracie dwóch szybkich goli, gdy Górnik ruszył do zmasowanego ataku. Ilja wziął sprawę w swoje ręce, zamknął mecz i wracamy w znakomitych nastrojach.















