„Gorące lato 1920”

bialyorzel24.com 1 godzina temu

Sierpień 1920 roku był nad wyraz gorący… Szczególnie dawało to o sobie znać w miastach, wśród rozgrzanych murów i ulic, ale, gdy tylko kto mógł, to jechał z koszem pełnym rozmaitych smakowitości nad wodę, albo i gdzieś dalej. Czasami nad Warszawą nisko wisiały deszczowe chmury, ale kilka z nich spadało wody. W powietrzu też coś wisiało: jakaś nerwowość ludzi, coraz częstsze manewry wojskowe i coraz liczniejsze zastępy młodych mężczyzn, chętnych do pójścia w kamasze. Jeszcze Polska nie stanęła silnie na nogach po odzyskanej Niepodległości, a tu dochodziły niepokojące wieści ze wschodu. Tu i ówdzie mówiono o odległej wojnie z Moskalami, ale to było gdzieś tam na dalekich kresach, daleko od Warszawy… Mówiono, iż Moskale chcą iść w stronę Polski, ale chyba tylko tak mówiono…

Willa profesora Stefana Mazurkiewicza tętniła euforią – obchodzono urodziny tego znanego warszawskiego matematyka. W ogrodzie ustawiono stoły, niemal uginające się od przeróżnych frykasów, wazonów z kwiatami, a pod platanem dyskretnie grał zespół muzyczny z pobliskiej kawiarni..

– Pani profesorowo, przyszli jacyś wojskowi i pytają o szanownego pana profesora.

– Znowu? Co ci wojskowi chcą od mojego męża? Wszak jemu tylko w głowie cyferki i tabelki! – rzekła Kazimiera Mazurkiewiczowa, poprawiając suknię. – Wprowadź ich zatem, droga Klaro, wprowadź, zobaczymy, czegóż oni znowu chcą od uniwersyteckiego profesora.

Profesorowa odstawiła z gracją kryształową czarkę z malinową lemoniadą na tacę przechodzącego obok służącego i stojąc wpatrywała się w zbliżających się do niej trzech oficerów.

– Madame, porucznik Jan Kowalewski składa do pani stóp najszczerszy ukłon. Raczy pani madame wybaczyć…

– Ha, ha, ha! Pan, panie oficerze składasz do mych stóp swój rzekomo najszczerszy ukłon i prosisz o wybaczenie, a mniemam, co zaraz zabierzesz mego męża, niby to w ważnej sprawie. I to właśnie dzisiaj, wszak mój mąż ma urodziny. Nie przystoi to wojskowym, a tym bardziej oficerom, o nie!

– Raczy szanowna pani madame wybaczyć – rzekł wysoki przystojny czarnowłosy porucznik z dziwnym zadziornym uśmiechem.

Akurat do rozmawiających doszedł i sam profesor Mazurkiewicz, przyglądając się rozmawiającym zza swych dużych okularów.

– No już dobrze moja duszko, już dobrze. Toż to mój teraz obowiązek wobec ciebie duszko, całej familii, a przede wszystkim wobec Polski.

– A przyjęcie, a goście, a tańce? Wszak Stefanie, widać, co zapomniałeś choćby o swoich urodzinach. Nie godzi się tak, oj nie godzi!

Porucznik patrząc to na profesora, to na profesorową Mazurkiewiczową ponownie regulaminowo trzasnął wyglancowanymi oficerkami i z rozbrajającym uśmiechem powiedział:

– Najszczersze życzenia urodzinowe panie profesorze. Madame, zabiorę szanownego małżonka na chwilę, a później w pełnej wojskowej ochronie dostarczę pana profesora z powrotem. Słowo oficerskie. Pragnę tylko nadmienić, iż to porywanie szanownego pana profesora ma rangę państwową.

– Ha, ha, ha – zaśmiała się znowu profesorowa. – Przecież mój mąż zna się tylko na cyferkach, na niczym innym się nie zna. Zatem jakie znaczenie ma dziwne zainteresowanie profesora matematyką , iż jego obecność gdzieś tam ma rangę państwową. Doprawdy nie rozumiem. Toż to jakaś, pardon – rewolucja cyfrowa, niepojęta przez zwykłych ludzi. A żadnych rewolucji to już nie chcę oczekiwać, choćby od mojego szanownego pana męża! Ha, ha, ha, cyferki są rewolucją państwową!

– Zaiste madame, zaiste. Każda rewolucja to jakieś cyferki, tabelki, wyliczanki i to na wagę państwową. Takie czasy mamy madame, takie czasy…

– Widzisz duszko, takie mamy czasy… Pożegnaj ode mnie gości, zresztą i tak zajęci są tańczeniem. Baw się dobrze i nie myśl o żadnej rewolucji, moja duszko – rzekł profesor starając się uśmiechnąć, ale w jego oczach można było odczytać jakąś dziwną zadumę.

– Ależ panowie, rewolucję to wszak ogłosił nasz gubernator Latinik. Nie pojmuję, wojskowy, chyba w stopniu generała, a namawia mieszkańców Warszawy, aby na czas upałów koniecznie opuścić miasto, iż niby szykuje się bardzo gorące lato. Doprawdy bez sensu, nieprawdaż? – zapytała profesorowa patrząc w twarz porucznika i oczekując odpowiedzi.

– Zaiste, zapowiada się niezwykle gorące lato. W tym ogłoszeniu o opuszczeniu miasta jest ogromny sens, madame, i należy to jak najszybciej wykonać – odpowiedział porucznik Jan Kowalewski, zagryzając z lekka usta.

Tak, teraz słowo: „REWOLUCJA” miało ogromną wagę, wagę państwową… Oznaczało możliwość złamania szyfru nadciągających bolszewików i matematyczne cyferki mogły znaczyć: Wolność, albo nicość na zawsze…

* * *

– Klaro, czy spakowałaś już wszystkie rzeczy? Jutro już będziemy w Owocku, to odpoczniemy od tego przedziwnego galimatiasu. My jedziemy, a profesor twierdzi, iż musi zostać w Warszawie. To mi się przestaje podobać. A ty coś z tego rozumiesz?

– Nie pani profesorowo, nie myślałam o tym, zresztą, tak wiele spraw nie jestem w stanie pojąć – westchnęła Klara Gołąb.

– A czegóż ty tak wzdychasz? Wszak do tego twojego Karczewa z Otwocka bardzo blisko. Pozwolę ci na dzień, a może choćby i na dwa dni pojechać do swoich. A, jak pojedziesz, to wreszcie zobaczysz swojego Maćka.

Klara słysząc te słowa wybuchnęła głośnym płaczem.

– A tobie co? Nie cieszysz się?

– Pani profesorowo, mój Maciek już nie jest mój. On przystał do wojska i ponoć gdziesik pod Wołomin z inszymi się udał.

– Jakże to tak? Mówiłaś, co Maciek kowalem jest.

– I to najlepszym w całej okolicy. Nie tylko po pana profesora wojskowi przychodzą. Po Maćka także. Potrzebowali człowieka, co im broń potrafi solidnie naprawić, a jak trzeba, to i jakąś broń przerobić. Maciek nie chciał za bardzo z nimi jechać, chciał tu na miejscu, w Karczewie wojskową broń w kuźni delikatnie naprawiać, ale przykazali mu, co to najważniejsza teraz sprawa, by do nich dołączyć… A my po zrękowinach i ślub jesienią bierzem – mówiła przez łzy Klara.

– Znaczy się, co twój Maciek teraz rusznikarzem jest, tak się nazywa ten, co potrafi, niczym zegarmistrz bronią wojskową się zająć. Pobędzie trochę z wojskowymi i gwałtownie wróci, a do ślubu to i grosza zdobędzie – rzekła profesorowa Mazurkiewiczowa, delikatnie głaszcząc dygocące od płaczu ramiona swojej ulubionej pokojówki.

– To nie wszystko pani profesorowo. Moi dwaj bracia dobrowolnie mundur założyli… Pani wie, pani profesorowo, iż ich pobłogosławił taki młody ksiądz… Miał na imię jak mój starszy brat Ignac… Zaraz, jak on się nazywał? Tak, jakoś od jajek… Już wiem – Skorupka. Ponoć i on do wojaków przystał. Nie pojmuję, ksiądz, a będzie wojował. A w Dekalogu napisano: „ Nie zabijaj”.

– Ksiądz potrzebny jest wszystkim i wojakom też, wszak słowa pełne miłosierdzia każdemu nieść trzeba… Koniec tej dysputy, teraz przejrzymy jeszcze raz te wszystkie spakowane kufry. Wiesz wszak, iż Otwock to warszawski kurort i tam na każdym kroku każdy każdego surowo ocenia po strojach, fryzurach, obyciu towarzyskim. Wystarczy, żeby jakaś falbanka na sukni była z lekka pognieciona, a cały Otwock dopatrzy się Bóg wie czego. Nie dziwię się mojemu mężowi, co zostaje w Warszawie, tłumacząc się pilną pracą o randze państwowej. Ale, powiem ci Klarciu, co lepiej jak zostaje w mieście, niż gdyby miał mi towarzyszyć na otwockiej promenadzie…

Widząc zaskoczenie w oczach dziewczyny rzekła: – Przecież nie rozmawiałabym z nim o sukniach innych mijanych dam, a ja o jego cyferkach nie zamierzam choćby myśleć. Co ty na to, byśmy poszły na chwilę do kościoła i przed Najświętszą Panienką pomodliły się o nasz pobyt w Otwocku. Pomodlimy się też o twojego Maćka i o wasze zrękowiny, by ich te dziwne czasy nie nadszarpnęły.

– Bóg zapłać pani profesorowo, Bóg zapłać – odpowiedziała zapłakana jeszcze Klara Gołąb i poprawiła suknię swej chlebodawczyni, po czym obydwie śpiesznym krokiem wyszły z domu, kierując się do stojącego kilka ulic dalej kościoła…

* * *

Radzymin budził się. Ptaki zaczęły śpiewać wśród przestrzelonych i osmalonych ogniem drzew. Śpiewały niepewnie, obawiając się dziwnych odgłosów wystrzałów, dobiegających od strony rzeki i cegielni. Przejrzysta do tej pory Rządza, teraz pełna była gałęzi, jakichś pływających poszarpanych szmat i wirowała brudną, cuchnącą wodą. Gorąco było nie tylko od sierpniowego upału, ale też od zaciętego wojennego gorąca zbliżającego się frontu. Nie dało się ukryć, iż bolszewicy nacierali z wielką siłą, niszcząc po drodze, co tylko napotkali, zostawiając za sobą spaloną ziemię i bezmiar trupów wołających o pomstę do nieba…

Trzech młodych, ogorzałych słońcem mężczyzn z czułością czyściło trzymane w dłoniach karabiny. Ta broń, zapał walki i mocno bijące serca będą teraz ich wyznacznikiem celu życia. Wszyscy czują bliski oddech bolszewików, ale też wszyscy, choćby swoim ciałem nie chcą dopuścić do choćby jednego kroku czerwonej zarazy w stronę Warszawy…

– Te, Kacper, popraw se maciejówkę, by ci ślepia nie zasłaniała, kiej będziesz celował do tych psubratów Moskali.

– Ty się Maciek to nie wymądrzaj, bo jak tylko odepchniemy Moskali i wrocim doma, to od wrót rzeknę Klarze jakiego to cykora miałeś podczas wieczornego zwiadu nad rzeką. A głos ci odebrało na całą godzinę – rzekł uśmiechnięty blondyn w zbyt dużej czapce, którą raz po raz nerwowo poprawiał zabandażowaną ręką. Takie poprawianie czapki uspokajało i na chwilę odsuwało myśli od tego, co mogło nastąpić lada moment.

– Moja Klara, to pewnikiem spaceruje z panią profesorową Mazurkiewiczową nad Wisłą, albo w Wilanowie karmią kaczki i wróble.

– Bój się Boga, to ty nic nie wiesz, czy tylko takie pozory dajesz? – krzyknął siedzący z pochyloną głową i modlący się na różańcu trzeci kamrat – Ignac Gołąb.

– W taki dzień, to tylko ochłody nad wodą szukać – rzekł w miarę spokojnie Maciek Pruchnik, choć dało się wyczuć pewne jego zdenerwowanie.

– Naprawdę cię ogłuszyło! Toż gubernator Warszawy wydał rozkaz ewakuacji ludności cywilnej.

– W imię Ojca i Syna! – krzyknął przerażony narzeczony Klary i pośpiesznie zaczął roztrzęsionymi palcami czynić znak krzyża.

– I dlatego musimy ze wszystkich sił i przy Bożej pomocy robić wszystko, żeby bolszewicką swołocz zatrzymać. Żeby nasze rodziny mogły dalej żyć i bez strachu patrzeć w niebo. Polska tak długo była pod butami innych i musimy tę polskość, choćby własną piersią bronić – rzekł drżącym głosem modlący się Ignac Gołąb…

W tym samym momencie niespodziewanie rozległa się kanonada ognia od bolszewików. Widać, iż też się budzili i dawali o sobie znać.

– Wy trzej biegiem do obrony cegielni! – krzyknął nadbiegający z kilkoma wojskowymi chorąży Skrzypek. – Zaraz dostaniecie wsparcie. Fanty już nadciągają! Brońcie każdej cegły!

– Rozkaz! – padło w odpowiedzi z trzech gardeł.

Pochylając do przodu głowy biegną zygzakiem w stronę cegielni. Dołączają do grupy kilku wojskowych ukrytych w chaszczach z boku cegielni. Patrzą wyczekująco w stronę ognia od bolszewików. Spieczone usta, rozbieganie oczy i rozdygotane serca mówiły jedno: – nie oddać żadnej cegły, nie oddać żadnego metra polskiej ziemi… Przez chwilę zapanowała złowroga cisza i bezruch… Jedna i druga strona wyczekuje i sposobi się do ataku. Ta cisza staje się katorgą…

– Co to za fanty?

– To francuskie tanki – FT, które ma nasze wojsko – oznajmił poważnym głosem Ignac.

Zapanowała dziwna cisza, którą przerwał Kacper Gołąb.

– Te, Maciek, a poprawiłeś należycie te węgierskie spluwy, by służyły tak jak trzeba?

– A masz jakieś obawy? – szeptem zapytał Maciek Pruchniak głaszcząc karabin. choćby szepcząc słychać było jak bardzo wszyscy są zdenerwowani.

– Skokami naprzód – dobiegł głos chorążego. – Osłaniać z prawej!

Grupa wojskowych pośpiesznie zaczęła wykonywać rozkaz. Bolszewicy dostrzegli jakiś ruch po polskiej stronie… Wystrzały karabinowe rozrywały budzący się dzień. Kłęby gryzącego dymu i ognia mieszały się z krzykami padających ludzi i rżeniem rannych koni… Rozpoczęła się bitwa na śmierć i życie…

Maciek Pruchniak, Kacper i Ignac Gołąb popatrzyli po sobie i równocześnie wskoczyli do cegielni z okrzykiem: „ Hurra”. Oczy ich rozbłysły szczęściem zwycięstwa. Nie oddadzą już cegielni, będą bronić każdej cegły, każdej garści polskiej ziemi…

I znów zapadła dziwna cisza… Wschodzące słońce skryło się za chmurę, jakby szarością dnia chciało otulić nadchodzący moment…

– No, Maciek, Klara może być z ciebie dumna! Ślub bę…

Nie dokończył… W tej samej chwili bolszewicki granat wpadł do środka przez wyrwane okno…

– Jezu!– krzyknął Maciek trzymając się za mokre od lepkiej krwi ramię i usunął się bezwładnie na swoich kompanów padających na glinianą podłogę cegielni…

Gdy w południe sanitariuszki z noszami weszły do cegielni, oprócz gruzu i porozrzucanej broni, mogły zobaczyć trzech młodych Polaków, którzy leżeli martwi, spleceni swoimi ciałami niczym dziwna barykada na drodze wroga do Warszawy, która, jak czas pokazał ocalała… Była to nieziemska odwaga, jak też nieziemska wprost opieka nad broniącą się polską ziemią…

Bolszewicy nie zdobyli cegielni w Radzyminie, ani też żadnego kolejnego metra polskiej ziemi, pomimo wielokrotnej swojej przewagi militarnej. Był to cud, wiekopomny cud nad Wisłą.

Nina Opic

Nina Opic – była wykładowczyni akademicka z Rzeszowa, w tej chwili na emeryturze. Pisze od dziecka, bo pisanie ma w genach. Przodek ze strony ojca to XVII-wieczny poeta niemiecki Martin Opitz. Laureatka wielu konkursów poetyckich krajowych i międzynarodowych. Pisze książki dla dzieci i dorosłych. Reżyserka teatralnych widowisk dziecięcych i autorka słuchowisk radiowych. W wolnym czasie kocha wędrówki z plecakiem.

Idź do oryginalnego materiału