Jacht „Dar Opola” był wcześniej niż opolski festiwal

2 godzin temu

Krzysztof Ogiolda: Rozmawiamy na kilka dni przed obchodami jubileuszu 80-lecia żeglarstwa w naszym regionie. Jest coś śląskiego i prawdziwie opolskiego w tym, iż polskie żeglarstwo w Opolu rozpoczęło się po wojnie na niemieckiej przystani przy dzisiejszej ul. Świętego Jacka…

Ryszard Sobieszczański: Po zakończeniu wojny w Opolu było niewielu autochtonów. Zostali Polacy, którzy tworzyli struktury drużyn harcerskich przed wojną. Jednym z nich był Ignacy Weber-Kuźniewski. On prowadził taką drużynę w latach 20. Jego syn, Eugeniusz został przybocznym reaktywowanej drużyny po wojnie. Do Opola przyjeżdżali też – jak wiemy – Polacy z Kresów i z Polski centralnej. Byli wśród nich tacy, którzy działali przed wojną w drużynach żeglarskich Związku Harcerstwa Polskiego, w Lidze Morskiej i Kolonialnej. Oni próbowali tu kontynuować swe pasje. Jednym z pierwszych był – trafił tu już w kwietniu 1945 roku – Tadeusz Datoń, wodniak z centralnej Polski. To on założył pierwszą drużynę żeglarską w Opolu. Nie przetrwała choćby roku, ale dała impuls do tworzenia kolejnych organizacji skupionych na żeglarstwie. Jesienią 1945 powstała wspomniana drużyna Kuźniewskiego. I tak mocno się rozbudowała, iż trzeba ja było gwałtownie podzielić na trzy.

– Wracam do pytania o miejsca ich spotkań.

– Były dwa takie historyczne miejsca, których dzisiaj, niestety już nie ma. Przy ul. Świętego Jacka i przy ul. Kowalskiej. Przy św. Jacka była sportowa przystań kajakowa. Wcześniej ćwiczyli tam pływanie na kajakach po Odrze członkowie Hitlerjugend. Ale podczas radzieckiej ofensywy w 1945 Rosjanie kajaki pozabierali. Przeprawiali się, czym się dało. Po wojnie harcerze chodzili wzdłuż Odry i parę kajaków odnaleźli. Ale żadnej łódki żaglowej na początku nie było. Dopiero w 1946 roku przyjechał do Opola pierwszy kajak z żaglem. Była to łódka P-7. Pływano nią po Odrze i po odkrytym właśnie dla żeglarstwa dużym Jeziorze Turawskim. Nie znalazłem informacji, by jakieś żagle pojawiły się na nim w latach 1939-1945. Przy ul. Kowalskiej też była przystań. Miała tam siedzibę Liga Morska.

– Niektórzy się dziwią, iż na Śląsku Opolskim, a więc daleko od morza tak intensywnie rozwijało się przez lata żeglarstwo…

– Żeglarzom z pasją wystarcza każdy kawałek wody, na którym można postawić łódkę. Byle było dość głęboko, żeby się dało pływać z mieczem. A na Opolszczyźnie mieliśmy Odrę, Jezioro Turawskie duże, Jezioro Głębinowskie (Nyskie powstało później, pod koniec lat 60.). Mieliśmy Januszkowice pod Kędzierzynem i Kanał Gliwicki. Miejsc do pływania więc nie brakowało. Potrzebni byli tylko ludzie chcący tworzyć kluby żeglarskie. Robili to z pomocą zakładów, organizacji, instytucji. Po odwilży gomułkowskiej, czyli od stycznia 1957 roku to eksplodowało.

– Eksplodowało tak bardzo, iż Opolanie w tamtych latach popłynęli do Narwiku. To już było prawdziwe żeglarstwo morskie. Jak to się w tamtych czasach udało?

– Uporządkujmy. Żeglarstwo dzieli się na sportowe (pozwala brać udział w regatach, ścigać się), śródlądowe i morskie. Wielu pasjonatom żeglarstwo śródlądowe wystarczy. Oni nie muszą wypływać poza Turawę czy Mazury. Zresztą do 1956 roku granice były zamknięte i o żeglowaniu za granicę nie było mowy. Nie można było pływać choćby na Zatoce Gdańskiej. W dodatku brakowało kapitanów. Gdzieś te patenty powinni robić. I wtedy, po wspomnianej odwilży, żeglarze wpadli na „niecny” jak na tamte czasy pomysł i w 1957 roku wymyślili rejs do Narwiku. Dla uczczenia pamięci polskich żołnierzy, którzy zginęli w bitwie o Narwik. Tak to ówczesnej władzy sprzedano i to pozwoliło uchylić drzwi do naprawdę długiego morskiego rejsu za granicę.

– Ile jachtów do Narwiku popłynęło?

– Dwa, „Zew Morza” i „Generał Zaruski”. A na nich żeglarze z największym doświadczeniem, którzy pretendowali do bycia kapitanami. Bo to były rejsy mocno szkoleniowe. W tych załogach było dwóch Opolan. Pierwszym był Jerzy Łańcucki, osoba o ogromnych zasługach dla żeglarstwa w Opolu. Trzeba o nim pamiętać. Na drugim jachcie popłynął Wojciech Siłka. Wówczas mieszkał jeszcze na czarnym Śląsku, ale pod koniec lat 60. przeprowadził się do Opola i był przez wiele lat profesorem w Wyższej Szkole Inżynierskiej. Sam fakt, iż oni się na tym rejsie znaleźli, już był sukcesem.

– Do Narwiku dotarli…

– Zabrali choćby polską ziemię na żołnierskie groby. Niestety, w czasie sztormu ta ziemia się wysypała. Trzeba było poległych bohaterów przeprosić. Ale szkoleniowy cel rejsu został osiągnięty. Popularyzatorski także. Bo o tym, iż dwa nasze jachty dopłynęły do Narwiku, mówiła wtedy cała Polska.

– Muszę ze wstydem przyznać, iż dopiero z pana książki dowiedziałem się o tym, iż mieliśmy w regionie „Dar Opola”. Morski jacht z prawdziwego zdarzenia…

– To był na tamte czasy duży jacht, osiemnastometrowy, do żeglugi oceanicznej. Warto to podkreślić, iż w latach 50. środowisko opolskich żeglarzy było tak mocne i wykazało się samozaparciem, by szkolić się na morzu. I by mieć swój jacht. Zamysł kupienia morskiej jednostki się nie powiódł. Ale właśnie wtedy stocznia w Gdyni wypuściła pierwszy jacht z serii tzw. stuczterdziestek „Joseph Conrad”. Był bardzo drogi. Ale stoczniowcy zapewniali, iż jeżeli zbudują kilka takich jednostek, cenę uda się obniżyć. W 1957 roku zawiązał się komitet budowy takiego jachtu dla naszego regionu. Nazwano go od razu „Dar Opola”. Jego członkowie – z Jerzym Łańcuckim, Tadeuszem Datonem, Mieczysławem Sokołem na czele wciągnęli do tej inicjatywy Józefa Buzińskiego, świeżo upieczonego przewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej (był odpowiednikiem dzisiejszego wojewody). Trzeba było pozbierać pieniądze, bo koszt był istotnie ogromny. Jacht budowano w dwóch gdyńskich stoczniach – w jednej kadłub, w drugiej takielunek. Była to wówczas pierwsza taka jednostka ufundowana z datków społeczeństwa i zakładów w Polsce. W maju 1958 odbyło się w Gdyni wielkie wodowanie kadłuba. We wrześniu podniesiono banderę i było to naprawdę wielkie, ogólnopolskie wydarzenie. Opole tym żyło. I cała Polska. Nie było jeszcze w Opolu festiwalu, ale jacht morski był. W tamtych czasach w „Trybunie Opolskiej” drukowano bardzo dużo materiałów o polskiej flocie handlowej, rybołówstwie itd. To tworzyło klimat dla żeglarstwa. Traktowano je jako swoiste przedszkole dla przyszłych marynarzy.

– Gdzie „Dar Opola” w swej – jak się miało okazać – niezbyt długiej historii dopłynął?

– Opolanie popłynęli nim w 1959 roku do Londynu. Rejs trwał ponad miesiąc i był sporym sukcesem, choć nie mieliśmy swojego kapitana i trzeba go było wynająć spoza regionu. Ale cała załoga poza tym była opolska. Na tym rejsie zrobiono kolorowe zdjęcia. Udało mi się je odnaleźć i znalazły się w mojej książce. Niestety, w tym samym 1959 roku opolscy żeglarze otrzymali z Warszawy „prikaz”, iż mają jacht wypożyczyć Uniwersytetowi Warszawskiemu na wyprawę naukową po Morzu Czerwonym. Miał tam pływać jesienią i zimą, czyli wtedy, gdy żeglarze po Bałtyku nie pływają. Rejs się przedłużył, a jacht wrócił podniszczony, bo Morze Czerwone jest bardzo zasolone. Ten drugi sezon w jego dziejach został stracony. Opolanie pływali swoim jachtem do 1967 roku, ale okazało się, iż jego utrzymanie jest dużym wyzwaniem. Na ten czas nie do udźwignięcia. Ostatecznie Warszawa położyła na nim łapę. Był użytkowany do 1976 roku.

– Pana przygoda z żeglarstwem zaczyna się w roku 1980. Dzisiejszy kapitan był wtedy 11-letnim Ryśkiem…

– Byłem w czwartej klasie szkoły podstawowej. Na początku września koledzy z klasy wciągnęli mnie do harcerskiej drużyny żeglarskiej. Było to tym łatwiejsze, iż wcześniej byłem zuchem. Ale moja zuchowa drużyna się rozpadła. Na pierwszej zbiórce, pamiętam, to było 14 września, poszliśmy na „Barkę”. Przypomnę, ona została przyciągnięta do Opola w 1978 roku i przez trzy lata była remontowana. W czasie tego pierwszego wejścia na „Barkę” druhna Maria Markuszewska kazała nam ją ocieplać wełną mineralną. Od tej wełny wszystko mnie przez tydzień gryzło. Ale po tej robocie był czas na żagle. Nasz druh drużynowy, Jurek Mika, zapakował nas na małą łódkę kabinową na Kanale Ulgi. To było moje pierwsze spotkanie z żaglami. Bardzo mi się spodobało. Wracałem do domu z wypiekami na twarzy. Na remontowanej „Barce” druhna Marysia organizowała kursy na pierwszy patent żeglarza. Tam zdałem pierwsze trzy z ośmiu wymaganych egzaminów. niedługo doszły wyjazdy na szkolenia do Chorągwianego Ośrodka Wodnego w Turawie. I już poszło. Potem przez wiele lat prowadziłem drużynę harcerską w SP nr 3 przy ul. Dambonia. Wspierał mnie dyrektor, Mikołaj Jędrysik, który też był żeglarzem. W nagrodę od szkoły dostałem pierwszy rejs morski. W 1986 roku wypłynęliśmy na dwa tygodnie.

– Od pierwszego kontaktu z żeglarstwem minęło więc panu 45 lat. Który rejs pan kapitan nosi trwale pod powiekami?

– Takich rejsów było dużo, ale najważniejszy był chyba spływ z druhną Marysią w 1983 roku. Z Pisza na Mazurach popłynęliśmy na starych „Omegach” krętymi rzekami – Pisą, Narwią i Wisłą do Warszawy. Spaliśmy w namiotach. Kto pamięta 1983 rok, ten wie, iż w sklepach były pustki. Jedliśmy przez te dwa tygodnie na przemian paprykarz szczeciński i dżem. Ale było cudownie. Prawdziwym wydarzeniem żeglarskim było popłynięcie na „Darze Młodzieży” w marcu z zaśnieżonej Gdyni przez Bałtyk, cieśniny duńskie i Morze Północne do Antwerpii. To był o tyle fajny rejs, iż nie zawijaliśmy do portów. To było wyzwanie, nie tylko dlatego, iż w marcu bywa jeszcze zimowa pogoda. Lepiliśmy na pokładzie bałwany. Było sztormowo. I na Bałtyku, i na Morzu Północnym. Pamiętam, kiedy jednego dnia przy bardzo silnej mgle kazano nam wejść na maszty. Najwyższe mają 46 metrów. Nie wszedłem na samą górę. Ale pamiętam jak wisiałem na rei na jakimś trzydziestym piątym metrze. A mgła była taka, iż nie widziałem pokładu. Człowiek miał wrażenie, iż wisi w jakiejś nicości. Przyznaję, portki mi się trzęsły.

– W covidowym 2021 roku udało się zorganizować rejs dookoła Europy.

– Przeprowadzaliśmy nasz jacht z Chorwacji do Świnoujścia z dużymi przygodami – sztormami i awariami. Była to bardzo interesująca i trudna wyprawa, która ostatecznie zakończyła się sukcesem. Opisałem ją w książce „Klątwa Caipirinhi”. Chcę podkreślić, iż najważniejsi w rejsach morskich są ludzie. Rejs nie jest pracą od ósmej do szesnastej. Jak ludzie są razem przez wiele dni i przez 24 godziny na dobę, poznają się jak łyse konie.

– Może to w kontekście jubileuszu trzeba przypominać szczególnie: Opolskie żeglarstwo tworzyli właśnie niezwykli ludzie.

– Wielu z nich nie ma już między nami. Wspominałem już Tadeusza Datonia i Jurka Łańcuckiego. Chciałbym dodać jeszcze jedną niezwykłą postać. Myślę o słynnym Bogdanie Zielińskim, który przez kilkadziesiąt lat był komendantem Chorągwianego Ośrodka Wodnego w Turawie. Miał twardy charakter. Ale to on spowodował, iż był to niezwykle silny ośrodek, w którym wyszkolono tysiące żeglarzy. Przywołuję też Mieczysława Sokoła, który od 1945 roku do lat 90. cały czas działał w harcerstwie i rozwijał żeglarstwo. Takich osób było bardzo dużo. Kiedy w 2016 roku sam zainteresowałem się historią opolskiego żeglarstwa, nie miałem świadomości, jak ta historia jest bogata. I najdłuższy w moim życiu był jednak właśnie ten rejs. Po dziejach opolskiego żeglarstwa. Trwał dwa lata. Był fascynujący i trudny. Kiedy poznawałem jakiegoś interesującego człowieka, to on mi pokazywał kolejną osobę i „płynąłem” do następnej zatoki. Tam dowiadywałem się o kolejnych trzech osobach. I znów płynąłem. Powstała obszerna książka, w której i tak wszystkiego nie udało się pokazać.

– Muszę zadać – choć wywiad rocznicowy – pytanie przykre. Dlaczego przełom 1989 roku, który w tylu dziedzinach życia w Polsce rozpoczął ogromny rozwój, akurat w żeglarstwie przyniósł regres?

– Za czasów PRL-u wyjazd na Zachód był dla większości ludzi trudną, często nieosiągalną sprawą. Wtedy żeglarstwo było oknem na świat. Pozwalało odwiedzić Londyn, Sztokholm czy Kopenhagę. Ludzie się do klubów garnęli. Mieli nadzieję, iż jak rok dwa popracują przy łódkach, to popłyną na zagraniczny rejs. Kluby były finansowane przez zakłady pracy. Swoje pieniądze z budżetu miały ZHP, PTTK, LOK czy ZSMP.

– Bo w tamtym ustroju nikt specjalnie kosztów nie liczył…

– A kiedy w 1989 nastąpiła transformacja Polski, to finansowanie zostało ucięte od razu. Podobnie było w zakładach pracy. Tam też zaczęto liczyć pieniądze i zyski. Tylko silne osobowości, które zostały w klubach, były w stanie podjąć się ich przeprowadzenia z PRL-u do nowej Polski. W latach 90. wiele klubów upadło. W latach osiemdziesiątych mieliśmy w regionie prawie sześćdziesiąt klubów żeglarskich i niemal tyle samo harcerskich drużyn żeglarskich. Było ponad 10 tysięcy żeglarzy zapisanych do Związku Żeglarstwa Polskiego. Na początku lat 90. zostało dziesięć klubów. Na początku lat dwutysięcznych osiągnęliśmy dno. Przyczyniło się do tego także potworne zanieczyszczenie Jezior Turawskich.

– A dzisiaj?

– Od 2008 roku rozpoczął się ponowny rozkwit żeglarstwa. Organizowane są regaty, powstają nowe kluby. Mamy na Opolszczyźnie 16 klubów żeglarskich i jedną harcerską drużynę żeglarską druhny Markuszewskiej. Do żeglarstwa garnie się znów coraz więcej ludzi. Stanów z lat 80. nie osiągniemy. I zupełnie nie o to chodzi. Ważne, by żeglarstwo było jedną z propozycji dla społeczeństwa, a ci, którzy chcą pływać, mieli gdzie. Od 15 lat obserwujemy rozkwit organizacji pozarządowych. Ludzie nasycili się dobrami materialnymi i przynajmniej część z nich chce działać społecznie. To jest nadzieja. Także dla żeglarstwa. Widzimy, iż nowi ludzie się garną. Samorządowcy coraz częściej wspierają organizacje pozarządowe. Dostrzegają, iż pasjonat często zrobi za te same pieniądze więcej i lepiej niż urzędnik. Dlatego mamy dzisiaj dobre kluby: W Opolu, w Turawie, w Nysie. Regres mamy za sobą.

– Pan założył Stowarzyszenie Pieśni spod Żagli.

– To jest moje dziecko. Jestem jego prezesem. Obchodzimy piętnastolecie. Ono się bardzo w tym czasie rozrosło. Organizujemy mnóstwo koncertów szantowych. Szanty to jest ruch niszowy, choć równocześnie bardzo wiele osób ich słucha. Wiele lat temu udało nam się szanty wprowadzić na deski Filharmonii Opolskiej.

– Jubileusz opolscy żeglarze będą obchodzić 21 marca właśnie w filharmonii.

– Przygotowaliśmy na ten dzień wyjątkowe obchody osiemdziesięciolecia. Udało nam się porozumieć z obecnym dyrektorem Maciejem Fortuną. I chcielibyśmy znowu pokazać szanty jako muzykę godną desek Filharmonii Opolskiej i godną orkiestry symfonicznej. Nasi przyjaciele z grupy „North Cape” z orkiestrą uświetnią jubileusz. Będzie też w foyer filharmonii duża wystawa fotograficzna pokazująca dorobek opolskich żeglarzy od 1945 do 2025 roku. Rozpoczynamy o 17.00 otwarciem tej wystawy. O 18.00 pierwsze koncerty. Uhonorujemy też sześć najstarszych i zasłużonych klubów odznakami „Za Zasługi dla Województwa Opolskiego”.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału