Biegła przez upał Afryki, wilgoć Ameryki Południowej, asfalt największych metropolii świata i lodową pustkę Antarktydy. W ciągu zaledwie dwunastu miesięcy zrobiła coś, co dla większości sportowców pozostaje marzeniem życia – siedem największych maratonów świata, dodatkowo maratony na siedmiu kontynentach, w tym Ice Marathon na Antarktydzie. Pochodząca z Trzebini 43-letnia Urszula Musik, w tej chwili mieszkająca w Nowym Jorku, jako pierwsza w historii maratonów Polka dokonała tego w jednym roku. Ta historia nie jest tylko o bieganiu. Jest o kobiecej sile, przełamywaniu barier, pokonywaniu słabości i o głowie, która potrafi zaprowadzić człowieka dalej, niż ciało kiedykolwiek by się odważyło.
Ula Musik na mecie Ice Marathon, uznawanego za jeden z najtrudniejszych na świecie. Fot. Archiwum Urszuli MusikMarzenie i wyzwanie
Pomysł wyzwania zrodził się pod koniec 2024 roku. – Brałam udział w Igrzyskach Polonijnych w Wiśle – wspomina Ula. – Podczas wielu rozmów z innym sportowcami ktoś mnie zapytał, ile maratonów planuję przebiec w 2025 roku. Zaczęłam wymieniać i wtedy mój kolega z Polska Running Team (nowojorskiego klubu biegaczy, którego Ula Musik jest prezesem – przyp. red.), powiedział, iż powinnam zostać pierwszą Polką, która przebiegnie wszystkie główne maratony – World Majors Marathons – w jeden rok. Po zastanowieniu stwierdziłam, iż jest to do zrobienia. A po kilku tygodniach dołożyłam do tego wyzwania maratony na wszystkich kontynentach i Arctic Ice Marathon. I udało się! – mówi.
Na Antarktydzie nie ma kibiców
Zacznijmy od tego ostatniego maratonu, który odbył się w 13 grudnia 2025 roku. Ula szczerze przyznaje, iż była bardzo zmęczona. Za sobą miała 14 maratonów na całym świecie i nie zawsze pomiędzy nimi był czas na regenerację. Wiedziała jedno – nie podda się na samej końcówce. Pomimo kilkukrotnego przepakowywania plecaka, choćby już w dniu wylotu, emocjonalnego płaczu, w końcu była gotowa. Poleciała do Chile, gdzie znajduje się baza wypadowa do wylotu na lodowiec Union, na którym są organizowane maratony. Jeszcze w samolocie poznała grupę podobnych do niej zapaleńców.
– Było nas około 80 osób z całego świata – wspomina. – I było to ogromne wyzwanie. Ostre słońce, śnieg, wiatr. W pewnym momencie czułam się jakbym miała chorobę lokomocyjną. Chwilami nie byłam choćby pewna, czy ja ciągle biegnę, czy jednak stoję w miejscu – dodaje.
Jak relacjonuje, był to maraton inny niż wszystkie. – Na trasie nie stoją dopingujący kibice, a na mecie nie ma muzyki, krzyków ani kolorowych transparentów. Jest za to wiatr, lód i cisza, która zagląda do środka – mówi.
Gdy Ula z biało-czerwoną flagą po 4 godzinach 55 minutach i 36 sekundach przekroczyła linię mety lodowego maratonu, nie była całkiem pewna czy to faktycznie się wydarzyło. Zatrzymała się, aby spokojnie pooddychać. Przez chwilę po prostu patrzyła przed siebie i zwyczajnie się popłakała. Ten moment nie przypomina sportowego zwycięstwa – bardziej zakończenie długiej, bardzo osobistej drogi.
– To nie była typowa euforia, ta pojawiła się później. To było domknięcie – mówi.
Rok, który zmienił wszystko
Dwanaście miesięcy. Kilkanaście stref czasowych. Siedem kontynentów. Setki godzin treningów. Dziesiątki lotów. Niezliczone momenty zwątpienia.
– Nie bałam się jednak tego, iż nie dam rady fizycznie – opowiada Ula. – Ja zresztą chyba niczego się nie boję, ale możliwości swojego ciała i organizmu byłam pewna. Bardziej się obawiałam problemów logistycznych, które często wynikają z kaprysów natury, bo właśnie z tych powodów maraton może zostać odwołany. I to właśnie mnie spotkało w Republice Południowej Afryki. Ze względu na silny wiatr odwołano bieg w dniu, w którym miał się odbyć. Co prawda i tak przebiegłam maratonowy dystans wirtualnie, ale to mnie nie satysfakcjonowało, dlatego kilka tygodni później poleciałam do Tunezji, gdzie zaliczyłam oficjalny maraton – wspomina.
Projekt, który z zewnątrz wygląda jak sportowe wyzwanie ekstremalne, w środku okazał się czymś znacznie bardziej intymnym. – Najtrudniejsze nie były warunki. Najtrudniejsza była powtarzalność. Bo bieganie maratonów miesiąc po miesiącu, a choćby tydzień po tygodniu, to nie romantyczna opowieść o medalach. To zmęczenie, które narasta. To organizm, który musi regenerować się w biegu. To życie podporządkowane kalendarzowi startów – przyznaje Ula.
Wiatr, śnieg, lód, samotność – Ice Maraton uczy prawdy o sobie. Fot. Archiwum Urszuli MusikKażdy maraton to lekcja
Każdy z maratonów ma dla Urszuli inne znaczenie, zwłaszcza tych siedem największych. – Trudno je tak w uproszczeniu podsumować, ale spróbuję. Nowy Jork to emocje, energia i Polonia kibicująca na trasie, a przede wszystkim wśród kibiców zawsze są moi rodzice i grupa przyjaciół. Berlin to precyzja, tempo, praca nad wynikiem. Boston – szacunek do trasy i własnych ograniczeń, a tak ogólnie mówiąc był to dla mnie dość trudny bieg, głównie ze względu na warunki pogodowe. Było po prostu za gorąco i po biegu czułam jakiś niedosyt. Londyn – perfekcyjna organizacja i sportowa elegancja. Chicago – lekkość biegania, rytm i polskie flagi na trasie. Tokio – koncentracja i dyscyplina. Sydney – jedna z najpiękniejszych tras – relacjonuje.
– To są biegi, które uczą nie tylko sportu, ale też świata – dodaje Ula. – Każde miasto zostawia w tobie coś innego. Zawsze staram się połączyć udział w maratonie ze zwiedzaniem. I co jest dla mnie ważne – poznaję przy okazji mnóstwo wspaniałych ludzi. Między innymi podróżnika Marka Kamińskiego, który w 1995 roku zdobył dwa bieguny. I akurat w terminie Ice Marathon też pojawił się na Antarktydzie, udzielając kilku cennych wskazówek. Albo Nirmala Purję – nepalskiego himalaistę, który zdobył wszystkie 14 ośmiotysięczników w rekordowym czasie 6 miesięcy i 6 dni. To bardzo inspirujący ludzie – twierdzi polonijna biegaczka.
Temperatura poniżej 25 stopni Celsjusza, ale można się przejść bez rajstop. Fot. Archiwum Urszuli MusikPoza strefą komfortu
Jeszcze większym wyzwaniem były maratony kontynentalne. Tu nie chodziło już o prestiż, ale o adaptację. – Każdy kontynent to inne wyzwanie dla ciała – tłumaczy biegaczka. – Inny klimat, inne tempo regeneracji, inna praca głowy. Afryka uczyła cierpliwości, chociażby ze względu na to, iż musiałam tam polecieć dwa razy. Ameryka Południowa – elastyczności. Azja – koncentracji. Europa – systematyczności. Australia – dystansu i luzu. Z kolei Antarktyda uczy pokory. Tam nie negocjujesz z naturą – mówi.
Widać, iż to nie imponujące mięśnie Uli są jej największym kapitałem, ale głowa. – Na maratonie nie da się oszukać samej siebie – mówi. – Po trzydziestym kilometrze wychodzi prawda i wszyscy jesteśmy równi. Najlepiej dystans dzielić na mniejsze fragmenty. Nie 42 kilometry. Następny krok. Następny kilometr. Następny oddech i tak mija kolejne okrążenie, bo maraton na lodowcu to właśnie okrążenia – tłumaczy.
Dla Urszuli ważna jest też intencja. – Zawsze biegam z myślą o ludziach, którzy mi zaufali, którzy mnie wspierali, którzy pisali, iż ta historia daje im siłę – zdradza. – Ale Antarktydę przebiegłam z myślą o młodzieży, która walczy z problemami psychicznymi. Jestem pielęgniarką z ukierunkowaniem na psychiatrię i często widzę jak młodzi ludzie nie radzą sobie z życiem. Cieszę się, iż mam zawód, za pomocą którego mogę pomagać – dodaje.
W grudniu 2025 r. w lodowym maratonie wzięło udział 80 osób, w tym sześć z Polski. Na zdj. Ula Musik (w środku) z rodaczkami Magdą i Joanną. Fot. Archiwum Urszuli MusikZawsze do przodu
Choć wokół bywało tysiące ludzi, wiele z tych biegów było samotnych.
– Maraton to bardzo intymne doświadczenie – przyznaje. – Jesteś sama ze swoim ciałem, wątpliwościami, myślami. To wtedy przychodzą pytania, które w codziennym życiu zagłuszamy. Na trasie układam sobie w głowie różne sprawy, czasem decyzje dojrzewały kilometrami – zdradza Ula. – Biegnąc, można na problemy spojrzeć bez emocji, a często do głowy przychodzi rozwiązanie – dodaje.
Urszula Musik nie jest zawodową sportsmenką, ale od dziecka była ze sportem związana. Zaczynała od tańca, potem doszły narty, biegi w szkole. Ruch jest dla niej naturalny i nie wyobraża sobie życia bez niego. – Ludzie często szukają wymówek. A tymczasem granice są dalej, niż nam się wydaje – mówi wprost.
Jedno jest pewne – ta kobieta może być inspiracją dla innych ludzi. – Dużą nagrodą są dla mnie wiadomości, które otrzymuję – mówi. – Zarówno od kobiet, jak i od mężczyzn. I nie są to tylko gratulacje, ale wyznania, iż dzięki mnie zaczęli biegać czy zmieniać coś w swoim życiu. To dla mnie ogromna nagroda i motywacja, by dalej biec – twierdzi Musik.
Co dalej?
Urszula Musik dotarła tam, gdzie niewielu w ogóle dociera. Po takim roku trudno zapytać: „co następne?”. Ale w głowie Urszuli już są kolejne plany i wyzwania.
– Teraz czas na ciszę i regenerację – mówi. – Ale wiem jedno – bieganie zawsze będzie częścią mnie – twierdzi.
Na koniec uśmiecha się spokojnie. – Jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa. I chociaż wiem, iż Ice Maraton należy do najtrudniejszych wyzwań, to we mnie większe obawy wzbudzałby bieg przez Saharę. Nie znoszę wysokich temperatur i właśnie dlatego spróbuję się zmierzyć z Saharą. Chciałabym też przebiec maraton pod Mount Everest. To będą duże wyzwania logistyczne i finansowe, więc muszę się do nich porządnie przygotować. A przy okazji chciałabym podziękować moim sponsorom, dzięki którym mogłam przebiec maraton na Antarktydzie, bo jego całkowity koszt to ponad 35 tysięcy dolarów. Samo wpisowe to 23 tysiące. Dlatego bardzo dziękuję za wsparcie restauracji „Pierożek” z Greenpointu i polonijnym firmom: MD Ventures, WKR Construction, Max Roofing, ZG Construction i Domestic Staffing oraz zapraszam do współpracy ze mną, jeżeli ktoś chciałby mnie wesprzeć w kolejnych wyzwaniach. Promuję i będę promować sponsorów na moich mediach społecznościowych, umieszczając logo na strojach sportowych, w wywiadach, na które jestem teraz zapraszana, w mojej książce, nad którą już zaczęłam pracować i mam nadzieję, iż ukaże się w przyszłym roku – podsumowuje Urszula Musik.
Iwona Hejmej
















