Dziś, gdy bezrefleksyjnie uruchamiamy na telewizorze film w jakości 4K, wysyłamy potężne pliki do chmury w ułamku sekundy czy prowadzimy wideokonferencje z drugą półkulą, trudno sobie wyobrazić, jak dramatycznie ubogi był polski krajobraz medialny na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Oferta ograniczała się do dwóch lub trzech podstawowych programów, obraz nieustannie śnieżył, a osiedla z wielkiej płyty szpecił chaotyczny las miedzianych druciaków i prywatnych talerzy satelitarnych, wyrastających niemal na każdym dachu, oknie czy balkonie.