Kurpiowska gościnność na trasie. „O Jezu, jakie dobre!”

pultusk24.pl 2 godzin temu
Pierogi dwóch rodzajów, kompot z mirabelek, kartoflaki, fafernuchy, psiwo, ogóreczki małosolne – takie specjały czekały na uczestników 125-kilometrowej trasy gravelowej w Kuźni Kurpiowskiej w Pniewie. Kto zajechał, ten nie chciał wyjeżdżać. A jeden z uczestników, zajadając się pierogami przygotowanymi przez kurpiowskie gospodynie, natychmiast wypalił:

– Nie chce się pani przeprowadzić do Lublina? O Jezu, jakie dobre!

Kiedy kolejna grupa zmęczonych cyklistów dotarła w gościnne progi Kuźni, nie zdążyli się jeszcze dobrze rozsiąść, a już na stół wjechały gorące pierogi. I padł krótki rozkaz pani Halinki:

– Chłopcy, ciepłe pierogi. Rozbierać!

Więc rozbierali, aż im się uszy trzęsły. I tylko świadomość, iż przed nimi jeszcze ponad dwadzieścia kilometrów do mety, sprawiała, iż zatrzymywali się po czwartym… no dobra, piątym pierogu.

Bo w Pniewie tego dnia największym problemem uczestników rajdu wcale nie było zmęczenie czy choćby błoto, którym obklejone były plecy aż do miejsca, gdzie tracą one swą szlachetną nazwę. Problemem było to, iż trzeba było w końcu wstać od stołu, wsiąść na rower i jechać dalej.
Idź do oryginalnego materiału