Maciej Serafin jako pierwszy Polak w historii wystartuje w ekstremalnym rajdzie górskim w Kolorado

bialyorzel24.com 2 godzin temu

Już 21 czerwca Maciej Serafin zapisze się na kartach historii polskiego motosportu jako pierwszy Polak, który wystartuje w legendarnym Pikes Peak International Hill Climb – słynnym „Wyścigu do chmur” w Kolorado. To jeden z najbardziej wymagających i niebezpiecznych wyścigów świata, rozgrywany nieprzerwanie od 1916 roku na trasie liczącej 156 zakrętów i kończącej się na wysokości ponad 4300 m n.p.m. W rozmowie z „Białym Orłem” kierowca opowiada o marzeniu, które dojrzewało przez lata, trwających miesiącami przygotowaniach do historycznego startu, wyzwaniach logistycznych oraz ogromnym wsparciu Polonii w USA.

Polski kierowca zdobywał trofea w Polsce i Europie, ale wyścig w Kolorado będzie dla niego nowym wyzwaniem. Fot. FB Maciej Serafin

„Biały Orzeł”: Skąd wzięło się marzenie o starcie w Pikes Peak Race?

Maciej Serafin: To marzenie pojawiło się już kilka lat temu, kiedy zdobyłem pierwszy tytuł mistrza Europy. Od zawsze byłem człowiekiem, który chce się rozwijać i szukać nowych wyzwań. Nigdy nie lubiłem stać w miejscu. Zawsze staram się robić coś więcej, wychodzić poza schemat i podejmować wyzwania, których inni się obawiają. Po zdobyciu mistrzostw Polski zacząłem startować w Europie. Objechałem praktycznie cały kontynent – 10 krajów, 10 wyścigów, ponad 30 tysięcy kilometrów. Moja żona wyliczyła kiedyś, iż przez 93 dni praktycznie nie było mnie w domu. Ale właśnie taki jestem – lubię się rozwijać i próbować rzeczy, których wcześniej nikt nie robił.

Pikes Peak od początku wydawało mi się czymś absolutnie wyjątkowym. To nie tylko wyścig, ale ogromne przedsięwzięcie logistyczne i sportowe – przewiezienie samochodu do Stanów Zjednoczonych, organizacja całego projektu, przygotowanie auta i zespołu. Im więcej o tym czytałem i oglądałem materiały z poprzednich edycji, tym bardziej wiedziałem, iż chcę tam wystartować. Uwielbiam wysoko stawiać sobie poprzeczkę. Fascynują mnie rzeczy trudne, ryzykowne, wręcz nierealne do wykonania. Dla mnie Pikes Peak było właśnie takim celem – czymś legendarnym, niebezpiecznym, ale jednocześnie niesamowicie prestiżowym.

Jakie emocje budzi w Tobie ten legendarny, ale i niezwykle trudny wyścig?

Przede wszystkim ogromny szacunek. Im więcej dowiaduję się o tym wyścigu, tym bardziej rozumiem, dlaczego jest uznawany za jeden z najtrudniejszych na świecie. Podczas jednego podjazdu można spotkać praktycznie wszystkie warunki pogodowe. Do tego dochodzi wysokość i kilkusetmetrowe przepaście bez barier ochronnych. To robi ogromne wrażenie. Oglądam mnóstwo onboardów, reportaży i materiałów archiwalnych z Pikes Peak. Fascynuje mnie również historia tego miejsca. Ten wyścig jest organizowany od 1916 roku, przetrwał dwie wojny światowe i zmieniał się przez dziesięciolecia. Początkowo trasa była szutrowa, dziś jest asfaltowa, co sprawiło, iż samochody osiągają jeszcze większe prędkości.

Wiem, iż udział w wyścigu to ogromne ryzyko, ale jednocześnie właśnie takie wyzwania najbardziej mnie motywują. Zawsze lubiłem rzucać się na głęboką wodę i sprawdzać siebie w ekstremalnych sytuacjach. Oczywiście mam świadomość zagrożenia. Mam rodzinę, żonę i dzieci, więc chcę pojechać szybko, ale też rozsądnie. Nie zamierzam jednak tanio sprzedać skóry. Dla mnie Pikes Peak to coś więcej niż wyścig. To wielka życiowa przygoda, możliwość poznania niesamowitych ludzi i spełnienie marzenia, które dojrzewało przez lata.

Maciej Serafin to jeden z najbardziej utytułowanych polskich kierowców wyścigów górskich ostatnich lat. Fot. FB Maciej Serafin

Co czułeś, kiedy dowiedziałeś się, iż będziesz pierwszym Polakiem w historii na trasie „Wyścigu do Chmur”?

To był moment, którego nigdy nie zapomnę. Dwa lata wcześniej próbowałem dostać się na listę startową, ale wtedy trafiłem jedynie do rezerwy. Wiedziałem więc, jak trudno trafić do tego wybranego grona, bo zgłoszenia napływają z całego świata. Dokładnie pamiętam dzień, w którym dowiedziałem się, iż zostałem zakwalifikowany. Byłem wtedy z moim synem, Kubą. Po wyjściu z basenu spojrzałem na telefon i zobaczyłem dziesiątki nieodebranych połączeń oraz wiadomości. Ludzie pisali, iż pierwszy Polak pojawił się na liście startowej Pikes Peak. Miałem ciarki na plecach. Przytuliłem syna i powiedziałem mu: „Kubuś, jedziemy do Ameryki. Twój tata będzie startował w jednym z najbardziej prestiżowych wyścigów świata”. To były ogromne emocje i wielka duma. Już następnego dnia zacząłem planować cały projekt – logistykę, transport samochodu, przygotowanie zespołu. Taki już jestem, iż nie potrafię usiedzieć w miejscu. Gdy pojawia się cel, od razu przechodzę do działania.

Jak wyglądały przygotowania do startu?

Przygotowania były wieloetapowe i odbywały się praktycznie na każdej możliwej płaszczyźnie. Najpierw całkowicie przebudowaliśmy samochód. Powstał nowy silnik, nowa skrzynia biegów, specjalne zawieszenie i elektronika przygotowana typowo pod Pikes Peak. Na tej wysokości samochód zachowuje się zupełnie inaczej, bo wraz ze wzrostem wysokości spada ilość tlenu w powietrzu. Musieliśmy więc przygotować auto tak, by nie traciło mocy podczas podjazdu. Zmieniliśmy między innymi turbosprężarkę, elektronikę sterującą silnikiem i wiele innych elementów.

Równolegle przygotowywałem swój organizm. Treningi siłowe, bieganie i przede wszystkim treningi hipoksyjne, które pomagają mi przyzwyczaić się do zmniejszonej ilości tlenu w powietrzu. Spędziłem też kilkadziesiąt godzin na symulatorze ucząc się sekwencji wszystkich 156 zakrętów. Przy prędkościach przekraczających 200 km/h trzeba dokładnie wiedzieć, co znajduje się za kolejnym zakrętem. Nie ma miejsca na zawahanie.

Bardzo mocno odczułem też, czym jest hipoksja. Podczas jednego z treningów miałem na twarzy specjalną maskę symulującą wysokość około 3500 metrów. Nagle mój refleks wyraźnie zwolnił, pojawiły się zawroty głowy. To dało mi do myślenia i uświadomiło, jak wymagający będzie ten wyścig. Dlatego w domu śpię w specjalnym namiocie, który symuluje wysokość kilku tysięcy metrów. Cały czas monitorowany jest mój puls i poziom tlenu we krwi. Chcę być fizycznie przygotowany najlepiej, jak to możliwe.

Jak bardzo Pikes Peak International Hill Climb różni się od europejskich wyścigów górskich?

To zupełnie inny świat. W Europie znamy trasy, warunki i otoczenie. Tutaj dochodzi wysokość ponad 4300 metrów, tor przebiega nad przepaściami bez barier i w otoczeniu bardzo zmiennych warunków pogodowych. Na Pikes Peak trzeba myśleć nie tylko o jeździe, ale też o tym, jak organizm zachowa się przy niedoborze tlenu. choćby najlepszy refleks może tu nagle spowolnić. Do tego samochód również zachowuje się inaczej. To sprawia, iż ten wyścig wymaga kompletnie innego podejścia niż zawody w Europie.

Czy miałeś okazję rozmawiać z innymi kierowcami, którzy wcześniej startowali na tej trasie?

Udało mi się nawiązać kontakt tylko z jednym kierowcą. W przygotowaniach bardzo pomógł mi Matus Huska, Amerykanin słowackiego pochodzenia, który startował w Pikes Peak Race już kilka razy. Dzięki niemu mój samochód bezpiecznie trafił do Kolorado. Matus pomógł nam też organizacyjnie i dał wiele przydatnych, praktycznych rad dotyczących przygotowania auta i samego startu. Poznałem również wiele innych osób, głównie wśród Polonii amerykańskiej, które zupełnie bezinteresownie wyciągnęły do mnie rękę. To dla mnie niezwykłe doświadczenie.

Co było dla Ciebie i Twojego zespołu największym wyzwaniem organizacyjnym przed wyjazdem do Kolorado?

Zdecydowanie logistyka i transport samochodu do Stanów Zjednoczonych. Procedury były bardzo skomplikowane i trwały tygodniami. Potrzebowaliśmy specjalnych pozwoleń na wwiezienie samochodu do USA, a każde kolejne dokumenty zależały od poprzednich decyzji administracyjnych. Do Stanów wysłaliśmy nie tylko samochód, ale też kilka ton części zamiennych, zebranych na siedmiu paletach – koła, zapasowy silnik, skrzynię biegów i wiele innych elementów. To była ogromna operacja logistyczna. Drugim wielkim wyzwaniem było techniczne przygotowanie auta do jazdy na takiej wysokości.

Maciej Serafin może liczyć na wsparcie rodziny. Fot. FB Maciej Serafin

Jak ważne w tym projekcie jest wsparcie Polonii i polskich kibiców w USA?

Ogromnie ważne. Szczerze mówiąc, jestem wzruszony tym, jak wielu ludzi zaangażowało się w ten projekt. Otrzymujemy choćby pomoc od osób, które wcześniej nie miały nic wspólnego z motosportem. Niesamowicie wspiera nas Dorota Kamieniecki, prezes klubu American & Polish Heart of Colorado, która pomaga mojemu zespołowi organizacyjnie, kontaktuje się z lokalną Polonią, mediami i konsulatami, a choćby ambasadą RP w Waszyngtonie, oraz organizuje spotkania z kibicami w Colorado Springs. Polacy mieszkający w różnych rejonach USA deklarują, iż specjalnie na wyścig przyjadą do Kolorado, żeby nas wspierać i kibicować mi na miejscu. Niektórzy zapraszają nas choćby do swoich domów. To dla mnie coś wyjątkowego. Wzruszam się, kiedy o tym mówię. Czuję, iż nie jadę tam wyłącznie jako kierowca, ale również jako reprezentant Polski i Polaków zamieszkałych za oceanem.

Co chciałbyś udowodnić sobie i innym w tym wyścigu?

Chciałbym przede wszystkim udowodnić, iż warto walczyć o marzenia, choćby jeżeli wydają się bardzo trudne do osiągnięcia. Sam udział w Pikes Peak Race jest już ogromnym sukcesem, ale moim celem jest ukończenie wyścigu i zatknięcie biało-czerwonej flagi na szczycie góry. Chciałbym zostać zapamiętany jako pierwszy Polak, który ukończył ten legendarny wyścig. Oczywiście będziemy walczyć o jak najlepszy wynik, ale najważniejsze dla mnie będzie bezpieczne dotarcie do mety.

Czy masz jakiś specjalny rytuał, który pomaga ci opanować emocje przed startem?

Zawsze przed startem pojawia się stres. Wiem, iż za chwilę będę jechał górską trasą ponad 200 km/h i muszę zachować pełną koncentrację. Staram się wtedy uspokoić oddech i odsunąć od siebie negatywne myśli. Mam też swój mały rytuał. W samochodzie na dachu wożę zdjęcia dwóch bliskich mi osób, które już odeszły – mojego włoskiego przyjaciela i kierowcy Angelo Gilliego oraz Jana Zastępy, wielkiego pasjonata motosportu. Zawsze przed startem dotykam tych zdjęć, biorę głęboki oddech i mówię sobie: „Jedziemy”.

Ogromne znaczenie ma dla mnie także wsparcie rodziny. Często przed ważnym startem, który zadecyduje o wyniku w klasyfikacjach czy mistrzostwie, dzwonię do mojej żony Bogusi albo do mojej mamy. Ich głos mnie uspokaja i pozwala mi opanować nerwy. Jestem przekonany, iż bez wsparcia rodziny nigdy nie zaszedłbym tak daleko. Moi bliscy są ze mną na każdym etapie tej sportowej drogi i dają mi ogromną siłę do działania.

Rozmawiała Dorota Kamieniecki

Maciej Serafin to jeden z najbardziej utytułowanych polskich kierowców wyścigów górskich ostatnich lat. Pochodzący z Gorlic zawodnik swoją sportową karierę rozpoczynał od wyścigów motocyklowych, w których startował w latach 2000-2013. Po poważnym wypadku przeniósł się do sportu samochodowego i od 2018 roku rywalizuje w wyścigach górskich. Jest trzykrotnym mistrzem Polski (2019, 2020 i 2025) oraz dwukrotnym mistrzem Europy FIA European Hill Climb Championship. W 2022 roku został pierwszym Polakiem w historii, który zdobył tytuł mistrza Europy w wyścigach górskich, triumfując w grupie 5. Rok później wywalczył kolejne mistrzostwo Europy – tym razem w grupie 4 – oraz zajął trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej kategorii 1 mistrzostw Europy. Na swoim koncie ma też kilka tytułów Sportowca Roku województwa małopolskiego i powiatu gorlickiego, a także wyróżnienie „Złoty Gigant Motorsportu”. 21 czerwca Serafin zapisze się również w historii jako pierwszy Polak, który wystartuje w legendarnym Pikes Peak International Hill Climb w Kolorado, nazywanym „Wyścigiem do Chmur”.

Idź do oryginalnego materiału