Patrząc dziś na Katowice, coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, iż mamy do czynienia z miastem, które na papierze spełnia kolejne normy, a w codziennym doświadczeniu mieszkańców traci zdolność do normalnego oddychania. To nie jest publicystyczna przesada, ale coś, co wielu z nas odczuwa na co dzień: powietrze często „stoi”, upał bywa coraz bardziej uciążliwy, a deklarowana poprawa jakości powietrza jest krótkotrwała i mało przekonująca. Kolejne etapy uchwały antysmogowej, które weszły w życie od początku roku, w oczywisty sposób dotykają przede wszystkim mieszkańców. To oni wymieniają systemy grzewcze, modernizują instalacje, coraz częściej też stają przed koniecznością wymiany samochodów.
W całej tej dyskusji rzadko jednak pada pytanie najważniejsze: czy miasto, w którym te wszystkie działania są realizowane, ma w ogóle warunki, aby powietrze mogło się skutecznie wymieniać? Katowice nie są miastem położonym w naturalnej niecce, a mimo to coraz częściej funkcjonują jak przestrzeń zamknięta. Dogęszczanie Śródmieścia, zabudowa dawnych terenów otwartych i kolejowych, domykanie kwartałów bez pozostawiania przerw powietrznych sprawiają, iż miasto samo stawia bariery dla naturalnego przepływu powietrza. Ulice obudowane zwartą, wysoką zabudową zaczynają działać jak kaniony, w których powietrze krąży zamiast się wymieniać.
W takich warunkach choćby realne ograniczenie emisji nie zawsze przekłada się na poprawę jakości życia. Zanieczyszczeń może być mniej, ale pozostają one dokładnie tam, gdzie oddychają ludzie. Stąd coraz częściej pojawiające się poczucie, iż „coś się poprawia w statystykach, ale niekoniecznie w codziennym życiu”. Warto przy tym pamiętać, iż wentylacja miasta nie jest sprawą wyłącznie lokalną. Układ przewietrzania Katowic wpływa na wymianę powietrza w miastach sąsiednich i w całej aglomeracji. Zamykanie klinów napowietrzania w jednym dużym ośrodku miejskim zaburza przepływy powietrza w skali regionalnej, a w dłuższej perspektywie również krajowej.
Co ważne, świadomość znaczenia przewietrzania miast nie jest nowym odkryciem. Już ponad sto lat temu warszawscy urbaniści planowali kliny napowietrzania jako element bezpieczeństwa zdrowotnego miasta. Traktowano to jako rzecz oczywistą – długo zanim pojawiły się współczesne strategie klimatyczne i środowiskowe.
Na tym tle coraz częściej pojawiające się pomysły tunelowania tras przelotowych przez Katowice budzą poważne wątpliwości. Takie rozwiązania efektownie wyglądają na wizualizacjach, ale nie dotykają istoty problemu. Filtry stosowane w tunelach mają ograniczony zasięg działania, liczony w setkach metrów, podczas gdy koszty utrzymania takiej infrastruktury są ogromne i długofalowe. Serwisowanie instalacji, utrzymanie wentylacji, zabezpieczanie konstrukcji narażonych na drgania i hałas oznacza stałe, wielomilionowe obciążenie budżetu miasta – a więc mieszkańców.
Równolegle w centrum Katowic postępuje intensywna zabudowa wysokościowa, realizowana w logice maksymalizacji powierzchni i zysków. Zabudowuje się działki „do granic możliwości”, a koszty tych decyzji – problemy z parkowaniem, chaos komunikacyjny, pogorszenie mikroklimatu – ponosi już nie inwestor, ale miasto i jego mieszkańcy. Zacienianie istniejącej zabudowy i pogarszanie warunków życia w sąsiedztwie to temat na osobną rozmowę, ale trudno nie zauważyć, iż jest to część tego samego mechanizmu.
Z perspektywy zdrowia publicznego ma to bardzo konkretne konsekwencje. Jak zwracał uwagę prof. Bolesław Pałczyński, brak skutecznej wentylacji miast prowadzi do długotrwałego utrzymywania się w powietrzu pyłów, metali ciężkich i związków chemicznych, co przekłada się na wzrost zachorowań na astmę, alergie i choroby układu krążenia. W takich warunkach choćby niewielkie emisje lokalne potrafią mieć nieproporcjonalnie silny wpływ zdrowotny.
To prowadzi do wniosku dość prostego: miasto nie jest zbiorem pojedynczych decyzji, ale jednym systemem środowiskowym. o ile ten system zostanie ukształtowany w sposób blokujący przepływ powietrza, to żadne technologie, uchwały ani kosztowne inwestycje infrastrukturalne nie będą w stanie w pełni naprawić skutków. Katowice stoją dziś przed wyborem: albo potraktują wentylację i strukturę przestrzenną jako infrastrukturę krytyczną, albo będą dalej realizować działania, które dobrze wyglądają w dokumentach, ale coraz słabiej sprawdzają się w codziennym życiu.
Warto dodać jeszcze jedną, być może niewygodną refleksję. Władze – samorządowe i centralne – funkcjonują w realiach kadencyjności. Naturalną pokusą staje się chęć jak najczęstszego „przecinania wstążek”: otwierania kolejnych inwestycji, wydawania kolejnych zgód, pokazywania namacalnych efektów w czasie jednej kadencji. Problem polega na tym, iż miasto nie kończy się wraz z kadencją. Z konsekwencjami decyzji przestrzennych będą żyli nie tylko mieszkańcy, ale też sami decydenci, ich rodziny i urzędnicy podejmujący te decyzje. Z dusznością, przegrzanym miastem i zablokowanym przepływem powietrza nikt się po prostu nie wyprowadzi do innej rzeczywistości.
Inwestorzy i deweloperzy działają według innej logiki – realizują projekt i przenoszą kapitał gdzie indziej. Miasto natomiast zostaje z efektami tej zabudowy na dziesięciolecia. Dlatego odpowiedzialność władz publicznych polega na myśleniu dłuższym niż jedna kadencja i jeden kalendarz inwestycyjny. Być może zamiast dziesięciu zgód wydanych w cztery czy pięć lat, lepiej wydać jedną, dobrze przemyślaną decyzję, która będzie służyć miastu przez następne dziesięć czy dwadzieścia lat. Być może zamiast kolejnej wstęgi i kolejnych nożyczek warto pokazać mieszkańcom coś mniej widowiskowego, ale znacznie ważniejszego: konsekwentną ochronę przestrzeni, powietrza i zdrowia. Taka postawa nie daje szybkich zdjęć do folderów promocyjnych, ale buduje zaufanie i pokazuje, iż władze działają w interesie mieszkańców – a nie w interesie statystyki inwestycji czy liczby symbolicznych otwarć. W dłuższej perspektywie to właśnie poczucie odpowiedzialności jest fundamentem dobrze zarządzanego miasta.
Dobrym, lokalnym przykładem pokazującym, jak zmieniało się myślenie o przestrzeni w Katowicach, są okolice ronda katowickiego. Dawniej był to otwarty plac, pozbawiony intensywnej zabudowy, czytelny w osiach północ–południe oraz wschód–zachód. Taka przestrzeń nie była przypadkowa – pełniła funkcję rozprężenia i „oddechu” w centralnej części miasta. Podobną rolę odgrywały tereny w rejonie dzisiejszej pętli Słonecznej, zanim pojawiła się tam dominująca, wysokościowa zabudowa. Były to miejsca, w których powietrze mogło się rozproszyć i wyrównać swój przepływ, zanim trafiło w gęściej zabudowane kwartały Śródmieścia.
Nie sposób nie zauważyć, iż współczesna zabudowa – choć dla wielu atrakcyjna wizualnie i dobrze prezentująca się na wizualizacjach – zaczyna dziś pełnić zupełnie inną rolę. To, co architektonicznie może się podobać, coraz częściej staje się przeszkodą dla prawidłowej wentylacji miasta. Miasto może wyglądać efektownie, ale jednocześnie oddychać coraz gorzej.
W tym sensie pytanie, przed którym stoimy, jest w gruncie rzeczy proste: co jest dla nas ważniejsze – estetyka i zagęszczanie kolejnych prestiżowych inwestycji w niewielkiej przestrzeni, czy zdrowie mieszkańców, w tym dzieci, oraz długofalowa jakość życia w mieście? Zyski inwestorów i deweloperów są krótkoterminowe, natomiast skutki przestrzenne i zdrowotne pozostają z nami na lata.
W tym kontekście warto przywołać klasyczne łacińskie ostrzeżenie: „Timeo Danaos et dona ferentis” – „Bójcie się Greków, choćby gdy niosą dary”. Nie jako odrzucenie działań proekologicznych czy polityk antysmogowych jako takich, ale jako przypomnienie, iż rozwiązania przedstawiane jako dobro wspólne wymagają szczególnie uważnej analizy ich długofalowych skutków przestrzennych, zdrowotnych i społecznych. W przeciwnym razie łatwo przeoczyć fakt, iż pozorny dar może nieść konsekwencje, z którymi miasto i jego mieszkańcy będą musieli mierzyć się przez kolejne dekady.

14 godzin temu













