– Obecnie to i to, i to tak naprawdę. Ale bardziej wiadomo, klocki lego – przyznał wprost, zapytany o to, co daje mu więcej frajdy: jazda tramwajem czy budowanie modeli.
Mateusz w MPK pracuje od dekady.
– Motorniczym jestem od 10 lat. Pracuję w MPK Poznań – mówił, podkreślając, iż pasja do komunikacji miejskiej pojawiła się jeszcze wcześniej. Jak się okazuje, w jego rodzinie to nie przypadek.
– Z tego co wiem, to tak. To były osoby, które pracowały jako motorniczowie w MPK Poznań – wspominał, dodając przy okazji, iż w dużej rodzinie niełatwo choćby „całą tę rodzinę poznać”.
W pamięci została też pierwsza linia.
– Wydaje mi się, iż to była szesnastka i też to była na Helmucie… taka zmiana tam od czwartej do dziewiątej – relacjonował.
Przypomniał, iż początki to praca pod opieką bardziej doświadczonego kolegi.
– Po zdanym egzaminie jazdy z patronem, czyli osobą taką… który ma większy staż – tłumaczył.
W rozmowie pojawił się wątek poznańskiego szybkiego tramwaju, który, jak zauważył prowadzący, ma już 29 lat i bywa nazywany „poznańskim metrem”. Mateusz nie miał wątpliwości, iż to powód do dumy.
– Myślę, iż można się tym chwalić, bo to jest w sumie trasa bezkolizyjna… jest takie małe metro, warte odwiedzenia, zobaczenia na żywo – powiedział.
Za swoją ulubioną wskazał właśnie linię 16, przebiegającą przez trasę PST.
– Najlepsza by była linia numer 16… od Franowa na Sobieskiego właśnie przez mini metro – wyjaśniał.
Ale dodał też, iż w tej pracy nie ma rutyny.
– Tak naprawdę każda linia jest ciekawa, bo tak naprawdę każdy kurs jest inny… nigdy w tej pracy nie wiadomo, co się wydarzy – podkreślił.
Dekada w kabinie to również historie z ekstremami pogodowymi: śnieżyce, nawałnice i sytuacje, które potrafią zaskoczyć choćby doświadczonych pracowników.
– Nieraz się zdarzają takie przypadki, że… czasami woda leci do kabiny i są atrakcje w postaci prysznica – opowiadał. Jak zaznaczył, dotyczy to najstarszych składów. – Ale już tych tramwajów jest coraz mniej. Mówimy o 105 – dodał.
Jednym z mocniejszych fragmentów rozmowy był temat relacji z pasażerami. Pytany, czy w ostatnich latach wzrosła kultura i uprzejmość wobec motorniczych, Mateusz odpowiedział bez owijania w bawełnę:
– Mi się wydaje, iż jest gorzej. Że jest gorzej przez to, iż ludzie są tak zabiegani, iż brakuje tego szacunku.
Zaznaczył, iż chce pokazywać kulisy tej pracy także poprzez swoją popularność w sieci.
– Chciałbym, żeby pokazać tą pracę, iż my też jesteśmy ludźmi… mamy swoje życie, pracę, ale to też od nas tak naprawdę nie zależy, iż na przykład tramwaj się spóźni – mówił, wskazując na „wiele czynników niezależnych”.
Wspominał też o drobnych gestach, które kiedyś były częstsze. – Jak zaczynałem pracę… otworzyłem te pierwsze drzwi i słyszałem dziękuję. Teraz tego słowa dziękuję, to naprawdę jest sporadyczne – przyznał. I dodał krótko: – To szkoda trochę.
Jednocześnie wyjaśniał, iż decyzje w kabinie bywają trudne: czasem warto komuś pomóc, ale czasem blokowanie drzwi generuje lawinowo rosnące opóźnienia.
– Nieraz są sytuacje, gdzie ktoś blokuje pierwsze drzwi… i to później przy każdym kolejnym przystanku się zwiększa, a nie zmniejsza – zauważył.
Mateusz Wawrowski przyznał, iż w jego pracy zdarzały się sytuacje wymagające natychmiastowej reakcji.
– Pan dostał zawału w moim tramwaju, to było chyba dwa lata temu – relacjonował.
W drugiej części rozmowy główną rolę przejęły klocki LEGO. Motorniczy pokazał jeden z najnowszych modeli, tramwaj wyposażony w element, który robi wrażenie choćby na osobach niezwiązanych z modelarstwem.
– Jest wyposażony w takie jakby prawdziwe wyświetlacze, które wyświetlają linię i kierunek jazdy – opowiadał.
Przy realizacji pomógł mu nastoletni członek rodziny.
– Pomógł mi czternastoletni chłopak Karol, który też mi tutaj pomaga – mówił, a prowadzący przesłał chłopcu pozdrowienia. Mateusz dodał, iż Karol buduje z nim również autobusy przygotowywane na potrzeby projektów związanych z firmą Solaris.
Mateusz „Buduje” od lat łączy swoją pasję z pomaganiem.
– Z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy gram już od 11 lat. I co roku wystawiam na aukcjiprzedmioty takie niepowtarzalne, zbudowane z klocków Lego – powiedział.
W tym roku na licytacje trafiły m.in. dwa modele autobusów „Bolek i Lolek” kursujące w Bielsku-Białej.
– W tym roku przekazałem dwa autobusy Bolek i Lolek… Zaprosiłem też Solaris… także MZK Bielsko-Biała, która też przekazała upominki – wyliczał, podkreślając, iż pakiet miał być atrakcyjny dla licytujących.
Szczególną uwagę przyciągnęła też historia „minifigurki motorniczego”, którą Mateusz zabiera do pracy.
– Towarzyszy mi przez cały dzień. Taki troszkę słonik na szczęście – uśmiechnął się. – Zauważyłem, iż jak tę figurkę posiadam przy sobie, to jest mniej przypadków, iż gdzieś tam ktoś mi zajedzie drogę – dodał.
Jednocześnie zwrócił uwagę na problem, o którym rzadko mówi się głośno: wygrana aukcja nie zawsze oznacza wpłatę.
– Mam nadzieję, iż każdy, kto zalicytuje i wygra aukcję, zapłaci, bo niestety co roku się zdarzają z tym problemy – podkreślił.
Przytoczył przykład sprzed roku.
– W zeszłym roku wylicytowany został autobus za kwotę około 3000 zł. No ale ostatecznie osoba, która wygrała licytację nie zdecydowała się zapłacić, choćby mnie nie poinformowując – opowiadał.
Jak wyjaśnił, wtedy często trzeba wystawiać aukcję ponownie.
Na koniec rozmowy Piotr Szulc życzył gościowi „szerokich torów”.
I choć wywiad dotyczył dwóch pasji, trudno oprzeć się wrażeniu, iż łączy je jedno: uważność. Zarówno w kabinie tramwaju, jak i przy składaniu klocków liczy się precyzja, cierpliwość i szacunek – do ludzi, do miasta i do drobiazgów, które potrafią zmienić codzienność.

1 godzina temu













