
Można obejrzeć dziesiątki filmów instruktażowych, przeczytać setki artykułów i mieć poczucie, iż wie się już naprawdę dużo. Jednak dopiero chwila, w której trzeba uklęknąć przy człowieku walczącym o każdy oddech, i konieczność udzielenia mu pomocy uświadamia, iż wiedza bez praktyki może zamienić się w bezradność. Wiedziałam to od dawna, od lat powtarzałam sobie, iż zapiszę się na kurs pierwszej pomocy i - jak prawdopodobnie większość z nas - odkładałam to na później. Praca, obowiązki, brak czasu. Zawsze było coś pilniejszego. Ale… czy jest coś pilniejszego niż… życie? Pamiętam jeszcze szkolne lata. Miałam może osiem lat, gdy podczas ćwiczeń obronnych odgrywałam rolę rannej na „wojnie”. Leżałam na noszach, starsi koledzy i koleżanki opatrywali mnie i przenosili przez symboliczne okopy. Wtedy była to zabawa, trochę przygoda. Dziś patrzę na tamte chwile inaczej. To, co wtedy wydawało się zabawą, było pierwszą lekcją odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Lekcją zespołowej współpracy, by je ratować. Po wielu latach, razem z Agnieszką, wydawcą Pułtuskiej Gazety Powiatowej, odwiedziłyśmy OSP w Pniewie. Tam, pod okiem strażaka Marka Linki – założyciela Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej, wiceprezesa OSP w Pniewie – mogłyśmy przećwiczyć to, co znałyśmy głównie z teorii - pomoc osobie zadławionej (którą odgrywał sam Marek Linka), resuscytację krążeniowo-oddechową i obsługę defibrylatora AED. I wtedy wszystko stało się prawdziwe… Uciskając klatkę piersiową fantoma, człowiek p















