Koneser może być kibicem sportu, ale nie każdy kibic – koneserem.
Z pierwszymi koneserami sportu, a w zasadzie lekkiej atletyki, spotkałem się już w wieku 10 lat.
W 1958 roku w Warszawie odbył się mecz między reprezentacjami USA i Polski.
Odbył się na stadionie X-lecia i cały stadion pękał w szwach.
Mój ojciec zabrał mnie na ponad 300-km wycieczkę pociągiem do Warszawy, aby zobaczyć polskie i amerykańskie gwiazdy.
Tak, polskie też.
W tamtych czasach właśnie powstawała najlepsza w historii polska drużyna lekkoatletyczna, później nazwana „Wunderteamem.”
Z uwagi na straszliwy tłok i wielkość stadionu kilka widziałem, jednak zauważyłem mężczyznę obok, który obserwował wszystko przez porządną lornetkę i dodatkowo łapał czasy biegaczy swoim stoperem.
Spytałem ojca, czy to jest jakiś dziwoląg, ewenement na stadionach.
Odpowiedź była prosta: pewnego dnia, gdy zostaniesz koneserem tego sportu, sam będziesz używał lornetki i własnego stopera.
To jest właśnie przykład kibica, który takim sportem się delektuje.
Termin „koneser” wywodzi się z języka francuskiego, od słowa connaisseur, które z kolei wywodzi się od czasownika connaître, oznaczającego „znać” lub „wiedzieć”.
W ujęciu kulturowym i leksykograficznym, koneser to osoba posiadająca głęboką, specjalistyczną wiedzę w określonej dziedzinie, połączoną z wyrafinowanym gustem oraz autentycznym zamiłowaniem do przedmiotów lub zjawisk wysokiej jakości.
Nie ma co ukrywać, z biegiem czasu zostałem koneserem lekkiej atletyki, ale nigdy nie musiałem używać lornetki czy własnego stoperu. Postęp techniczny wszystkie niewygodności mi wynagrodził.
Jaka jest więc różnica między koneserem a zwykłym kibolem?
Ano – wielka.
Weźmy na przykład piłkę nożną.
Najlepszą ligą na świecie jest bez wątpienia EPL (English Premier League) i poszczególne kluby mają swoich zażartych kiboli.
Kibole należą do „plemienia”. „My” wygraliśmy, „oni” to cienkasy itd.
Ja oglądam EPL od samego jej powstania i kibicuję, nie, nie kibicuję, ale oglądam z wielkim zainteresowaniem mecze klubów, których trenerzy mnie fascynują.
Moja rodzina kibicuje klubowi Manchester United. Dlaczego? Dlatego, iż na początku historii EPL ten klub był najlepszy i już.
Ja z kolei z zaciekawienia oglądałem mecze Arsenalu, w których trenerem był wtedy młody Francuz Arsène Wenger.
Dlaczego?
Dlatego, iż jego zespół wyróżniał się elegancją i finezją wśród topornych angielskich zespołów.
Gdy do tego doszło, zrozumienie jego filozofii trenerskiej (Ja wybieram tylko takich zawodników do zespołu, którzy rozumieją grę.)
Oczywiście, bez indywidualnej techniki czy doskonałych cech motorycznych nie ma czego szukać. Zrozumienie gry jest jednak zdecydowanie najważniejsze.
W chwili obecnej takim moim piłkarskim guru jest Pep Guardiola.
W tym przypadku choćby mój syn, który jest dozgonnym kibicem MU, a nie cierpi MC, zgadza się ze mną w 100%.
Pep Guardiola zna futbol lepiej niż ktokolwiek w dzisiejszych czasach. Wygrał wszystko, co możliwe do wygrania, ale najważniejszym faktem jest to, iż w dalszym ciągu szuka nowych rozwiązań.
Jego wypowiedzi pomeczowe są jakby wyzwaniem dla wszystkich, który chce swe zainteresowanie futbolu pogłębić.
Bogdan















