Pamiętacie lekcje historii o średniowieczu? Król, książęta, lennicy, chłopi odrabiający pańszczyznę… Fascynująca lektura, ale na szczęście to już dawno za nami. No, chyba iż mieszkacie w tzw. „Polsce lokalnej”. Wtedy gratulacje! Żyjecie w rezerwacie najczystszej formy neofeudalizmu, pięknie opakowanego w unijne dotacje i nowoczesne logotypy gmin.
Publicysta Tomasz Borejza i socjolog prof. Piotr Nowak wyłożyli kawę na ławę w swoim głośnym wywiadzie. I co się okazuje? Że słowo „klika” czy „sitwa”, to określenia zdecydowanie zbyt prostackie, wręcz raniące uczucia estetyczne naszych lokalnych partyjnych elit.
Poprawna, elegancka nazwa to „sieć interesów”. Brzmi niemal jak nowoczesny networking z Doliny Krzemowej, prawda?
Przyjrzyjmy się tej uroczej piramidzie, która – zupełnie przypadkowo – przypomina strukturę PZPR, tyle iż z lepszymi samochodami i, niebotycznym wynagrodzeniem.
Na samym szczycie znajduje się: Poseł-dobrodziej. To postać mityczna. najważniejsze jest, aby miał „przełożenie na Warszawę” i korytarze ministerstw deptał, jak własny dywan. To on zabezpiecza strumień złotówek i euro. Prawdziwy król feudalny, który łaskawie rzuca terytorialnym lennikom zasoby do podziału.
Niżej lokują się: Gwiazdy Powiatu i Urzędy Marszałkowskie. Polityczni pośrednicy, regionalni menedżerowie układu, architekci sukcesu (swojego i szwagra). To tutaj zapadają strategiczne decyzje, które fundusze pójdą na „właściwe” projekty i do których „zaprzyjaźnionych” firm.
Na samym dole: Gmina, czyli tam, gdzie rzeczywistość skrzeczy. To tutaj makroekonomia spotyka się z życiem.
Na dole piramidy sieć materializuje się w postaci konkretów: intratnego kontraktu na koszenie trawy dla kuzyna radnego albo etatu w wodociągach dla lojalnego działacza, który ładnie roznosił ulotki w kampanii.
Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, jak doskonale ten system zorganizował sobie „bezpieczeństwo”. Wolne media? Proszę was. Lokalne portale i gazetki często wiszą na kroplówce ogłoszeń i zleceń z urzędu gminy. Kto by kąsał rękę, która karmi?
Do tego dorzućmy czasem lokalnego „ważnego”, który razem z wójtem przetnie wstęgę na otwarciu nowego chodnika i wspólnie zjedzą radosny obiad. Pełna harmonia.
Państwo teoretycznie istnieje, ale praktycznie jest bezradne wobec tej pajęczyny.
Jeżeli więc naiwnie myśleliście, iż o awansie, wygranym przetargu czy rozwoju waszego miasta decydują takie bzdury jak „kompetencje”, „uczciwa konkurencja” czy „wolny rynek” – czas dorosnąć. W Polsce lokalnej rządzi tradycja, lojalność i święta zasada: „jeśli nasz, wszystko masz”.
Jak widać, Robert Putnam, pisząc o mafijnych mechanizmach we Włoszech południowych, mógłby śmiało przyjechać na staż do przeciętnego polskiego powiatu. U nas dostałby po prostu lepszy catering.
Czy są tu wśród czytających mieszkańcy takich „autonomicznych księstw”? Jak się mają wasze lokalne sieci? Trzymają się mocno? Podyskutujmy! Chyba iż pracujecie w budżetówce – wtedy dla własnego dobra dajcie tylko lajka.
Edmund Szwed










