Piachy 2026

wkw.org.pl 5 dni temu

Idąc po jasnym piachu między zboczami jagód i mchu, mógłbym pomyśleć, iż jestem nad morzem. Gdyby tylko nie te ściany dookoła. Dziwne uczucie. Mimo to ciekawe. Inne.

To już tu – przed nami mnóstwo skalnych wież o kształtach zupełnie innych niż te w Sokołach. Życia nie wystarczy, by to wszystko wywspinać.

Kolejny raz jestem w Teplicach i kolejny raz czuję ten dreszczyk na karku, gdy wchodzę pomiędzy piaskowcowe turnie. Stoimy pod jedną z nich, Paweł opowiada, a ja głodnym wzrokiem szukam tej drogi, którą można dostać się na samą górę. Czeskie topo tego nie ułatwia. Krótki, zdawkowy opis: “uprostřed chodoby spárou v severovýchodní sténé na vrchol”, prostokątne jak klocki rzuty turni, czasem jeden lub dwa kruchy w ścianie. A dalej radź sobie sam. Filozofia wspinania tak różna od tego co znamy u siebie. Nic tu nie jest podane na tacy. I to jest najbardziej ekscytujące.

Przeciskamy się z Rudą przez skalny labirynt pod upatrzoną drogę. Lekka przerysa na starcie, łatwy komin, a potem rysa na dłonie. Luzik. Tylko to śmieszne uczucie, gdy zamiast metalowych zabawek w szczelinę wciskasz szmaciany węzełek lub pozwijaną w ufona taśmę.

Sprawnie pomknęła na szczyt, ja zaraz za nią. A na górze inny świat. Siedzimy na czubku wieży powyżej drzew, gdzie inne iglice są niemal na wyciągnięcie ręki. Setki. A na każdej z nich (czy aby na pewno?) puszka szczytowa. “Alex Honnold – tu byłem”. Na niektóre było tylko parę wejść w roku. Na część pewnie wcale.

To sprawia, iż czeskie piachy są tak inne od polskiego mydła. To nie tylko to niesamowite tarcie. Też to, iż kończąc drogę na skalnym murze nie przewiązujesz się i byle na dół. Bo buty cisną. Tu siadasz na szczycie żeby się zatrzymać. Żeby ochłonąć. Żeby wchłonąć to, co jest wokoło. Wtedy czujesz iż coś zdobyłeś. Lubię to…

Na turnię obok prowadzi ciasnym komin. W Sokołach to mało popularna formacja, a tu to świetny poligon, by oswoić się z tym specyficznym, pełzającym ruchem. I mieszanką ekscytacji, gdy wbijesz się w drogę bez asekuracji. Rezygnacji, gdy w połowie drogi twoje nogi rozpaczliwie szukają oparcia, a plecy, łokcie i dupa niemiłosiernie szorują po ścianie. Oraz euforii, gdy w końcu wyjdziesz na półkę, by paść i złapać oddech.

Mikołaj wspiął się kominem i ściągnął mnie, Rudą, Lidkę i Tomka. Drugi wyciąg był mój – łatwy komin, jedna kula oraz dwa ucha skalne. I znów siedzimy obok siebie na szczycie patrząc na morze piaskowcowych wież, a nogi dyndają w lufie. Lubię to… Lubię, gdy łazimy sobie po plecach, by przejść z wierzchołka na wierzchołek. I to, gdy później siedzimy pod ścianą z kubkiem herbaty słuchając deszczu. Bo w tym całym wspinaniu wcale nie chodzi o wspinanie…

Andrzej

Idź do oryginalnego materiału