
Wokół Stadionu Miejskiego im. dr. Władysława Krupy w Bochni dało się wyczuć powiew prawdziwego piłkarskiego święta. Przed 14. kolejką TEXOM Małopolskiej IV Ligi pisaliśmy o „twierdzy przy Parkowej”, która miała ponieść gospodarzy do kolejnego cennego zwycięstwa. Wszystko układało się w idealną narrację. Zaledwie tydzień wcześniej BKS pokazał charakter, remisując 1:1 na wyjeździe z wiceliderem – Victorią Jaworzno. Kibice, zachęceni tą postawą, przyszli na stadion przekonani, iż starcie z bezpośrednim sąsiadem z tabeli będzie przełomowym momentem sezonu.
Rzeczywistość okazała się jednak bezlitosna. Zamiast zaciętego pojedynku o każdy metr murawy, licznie zgromadzeni fani obejrzeli taktyczny pogrom bocheńskiego zespołu. Lubań Maniowy przyjechał do Bochni z chłodną głową, perfekcyjnym planem i wywiózł stąd miażdżące zwycięstwo 5:1.
Początkowy kwadrans nie zwiastował katastrofy. Obie drużyny badały swoje możliwości, szukając luk w ustawieniu rywala. Jednak z biegiem minut to przyjezdni z Maniów zaczęli przejmować kontrolę nad środkiem pola, spychając BKS do głębokiej defensywy. Gospodarze sprawiali wrażenie sparaliżowanych stawką meczu. Przed przedmeczowym gwizdkiem obie ekipy dzielił zaledwie jeden punkt. Lubań plasował się na 10. miejscu z dorobkiem 18 punktów, a BKS zajmował 12. pozycję mając 17 punktów na koncie. Ewentualna wygrana dawała Bochni upragniony skok w tabeli. Ta presja wyraźnie spętała nogi piłkarzom BKS-u.
Pierwszy cios nadszedł w 23. minucie. Po składnej akcji gości Mark Plewa zachował zimną krew w polu karnym i precyzyjnym strzałem otworzył wynik spotkania. Na trybunach zapadła pierwsza odczuwalna cisza. BKS próbował odpowiedzieć, ale jego ataki były chaotyczne i łatwe do rozszyfrowania przez dobrze zorganizowaną defensywę z Maniów.
Prawdziwa lawina ruszyła jednak w ostatnich dziesięciu minutach pierwszej połowy.W 36. minucie spóźniona interwencja bocheńskiego obrońcy we własnym polu karnym nie zostawiła sędziemu wyboru – podyktowany został rzut karny. Do piłki podszedł Jan Chlipała i bezproblemowo podwyższył prowadzenie na 0:2. Gdy kibice wyczekiwali gwizdka na przerwę z nadzieją, iż szatnia da zespołowi nowy impuls, Lubań zadał kolejny, niemal śmiertelny cios. W 44. minucie znów dał o sobie znać Mark Plewa, który skompletował dublet i ustalił wynik do przerwy na porażające 0:3.
Schodzących do szatni zawodników z Bochni żegnały niedowierzanie i wymowna konsternacja na trybunach.
Druga połowa miała być czasem próby i sportowej złości dla BKS-u. Trenerzy z pewnością szukali rozwiązań, które pozwoliłyby na nawiązanie chociażby kontaktu bramkowego. Gospodarze wyszli na drugą część spotkania z mocnym postanowieniem poprawy, próbując wyższym pressingiem zepchnąć rywala.Lubań przetrzymał te nieliczne zrywy z ogromnym spokojem, czekając na własne szanse z kontry. W 72. minucie bocheńska obrona po raz kolejny raz nie dała rady. W roli głównej wystąpił Kasperczyk, który w odstępie kilkudziesięciu sekund dwukrotnie pokonał bramkarza gospodarzy.
Wynik 0:5 na tablicy świetlnej wywołał konsternację choćby u najwierniejszych sympatyków BKS-u.Ostatnim, symbolicznym akcentem tego jednostronnego pojedynku była 90. minuta. Wówczas sędzia podyktował drugi w tym meczu rzut karny, tym razem dla gospodarzy. Do piłki podszedł Maksymilian Klimek i pewnym strzałem z „jedenastki” zdobył gola na otarcie łez.
Ustalony na 1:5 wynik nie zmienił jednak niczego w wymowie tego popołudnia. Rozmiary tej porażki muszą boleć tym bardziej, iż optymizm przedmeczowy opierał się na solidnych podstawach. Dobrej postawie w Jaworznie i bramce walecznego Michała Rycki. Sobotnie starcie pokazało jednak, jak zmienne bywają losy w IV lidze.
Lubań Maniowy udowodnił, iż potrafi bezlitośnie wykorzystać każdy błąd przeciwnika, zgarniając zasłużony komplet punktów i umacniając swoją pozycję w środku tabeli. Z kolei przed zespołem BKS-u Hal-Mont Bochnia staje trudne zadanie: zresetować głowy, przeanalizować przyczyny tak głębokiej zapaści w defensywie i udowodnić w kolejnych meczach, iż potrafią grać z takim charakterem, jaki pokazali na wyjeździe tydzień wcześniej.
















