Piotr Misztal 20 lat później. Kiedyś miał ferrari i złote łańcuchy. Dziś mówi: pieniądze to tylko kłopot

3 godzin temu

Nie kupił pan nowego jachtu po tym, który spłonął w ubiegłym roku?

Nie mam zdrowia na to. Miło jest popatrzeć i to wygląda wszystko różowo. Na zdjęciu - tak, ale jak się fizycznie jest na łódce i ma się pod sobą załogę, to zawsze są problemy. A to coś się zepsuje, a to parkowanie, a to opłaty.W ostatnim roku, jak jeszcze miałem łódkę, zapytałem księgowość, ile kosztuje jej utrzymanie. Usłyszałem: „Panie Piotrze, 2 miliony 200 tysięcy”. A ile było mojej pracy fizycznej, której nikt nie wycenił? Ile stresów? Ile zdrowia? Wolę wynająć.

Kiedy rozmawialiśmy o tym parę miesięcy temu, wywnioskowałam, iż nie była to wielka strata. Mówił pan, iż teraz luksus nie ma już takiego znaczenia, jak kiedyś, iż ma pan kilkanaście zegarków, a nosi tylko jeden, bo jest wodoodporny. Po tych 20 latach przyszła refleksja, iż pieniądze szczęścia nie dają?

Każdy myśli, iż jak ktoś jest bogaty, to nie ma problemów. Że żyje jak w bajce. A to nieprawda. Ma dokładnie tyle samo problemów, co każdy inny. Tylko dochodzi jeszcze jeden - co zrobić z pieniędzmi, gdzie je ulokować, gdzie inwestować. Nigdy nie wiesz, co się stanie z krajem, giełdą czy biznesem. Non-stop problemy. Jasne, łatwiej wydawać i człowiek mniej patrzy na ceny, ale to nie znaczy, iż życie staje się idealne. Z zewnątrz wszystko wygląda pięknie - pełne torby z drogich sklepów i luksusowe auta. A prawda jest zupełnie inna.

A panu sklepy już nie imponują?

Dawno minęły te czasy. W ogóle do nich nie chodzę. Nie noszę bluzek z nazwami. To nie ma żadnej wartości. To jest szpan. A szpan też trzeba w życiu przejść. To taka choroba.

Czyli pan już ją przeszedł?

Oczywiście. To było jak grypa. Pokazywanie się innym. Głupota trochę. Co ja mam teraz na rękach? Co ja mam? Nic nie mam. Nie mam potrzeby pokazywania się w złocie.

Kiedyś dzwonił pan do dziennikarzy, żeby się pochwalić złotą nokią z prywatnym concierge’em.

To już historia. Teraz mam zwykły telefon, który działa. I to jest wystarczające dla mnie.
Miałem kiedyś siedem samochodów. Teraz mamy po jednym. Ja i Renata. Po co mi więcej?

A co się stało z czerwonym ferrari?

Wszystko zostało sprzedane. Nie ma potrzeby. To był tylko sprzęt. To było bez sensu. Jeździłem raz na dwa miesiące. Potem to stało, i stało i traciło na wartości.

Jak Pan widzi siebie z perspektywy tych 20 lat?

Teraz to się choćby zastanawiam po co mi taki duży dom był potrzebny do szczęścia? Dzisiaj wystarczą mi dwie sypialnie z łazienką. I jest super, bo człowiek nie musi daleko chodzić. Wszędzie blisko, do kibla blisko. A tak to trzeba wszędzie zapieprzać kilometrami.
Jak się obudzę w nocy i pójdę do kuchni, to już mi się nie chce wracać do sypialni. No to siedzę w salonie na kanapie przed telewizorem. Oszczędność czasu.
Chętnie bym się przeniósł do małego mieszkanka. Byłby spokój z koszeniem trawy.

Pamiętam to słynne zdjęcie, gdy wrócił pan z USA. W tym dresie, obwieszony łańcuchami...

To były czasy... Nosiłem te łańcuchy jak krowa, jak teraz Rutkowski. On z tego nie wyrósł (śmiech). Ja też miałem te łańcuchy podobne do tych, jakimi krowy wiążą. Na szyi, na ręce, na tym zegarek - złoto, żółte złoto. Wtedy to lubiłem.
Ale pamiętam, jak zadzwonili, iż przyjedzie do mnie z Warszawy młodzież. Co roku wybierali się do kogoś majętnego. Zbierali pieniądze na jakieś akcje charytatywne. Wcześniej byli u Kulczyka. Jechali do niego na kosiarce. Do mnie przyjechali na welocypedzie. No i co ja im dam - myślę? No to dałem im wtedy bodajże 20 tysięcy. Zdjąłem też całe moje złoto, żółte, z łańcuchami i zostawiłem w koszyku.
Później dostałem podziękowanie, iż to było zlicytowane w Londynie i poszło na zakup pomp insulinowych dla dzieci. Piękne to było.

I od tamtej pory nie nosi pan złota?

Tak, zrozumiałem, iż najważniejsze to jest zdrowie. Jak nie ma zdrowia, nie ma nic. Nie ma wakacji, nie ma wczasów.
Trzy miesiące temu pojechałem do Stanów i co? Zachorowałem. Wylądowałem z szpitalu. Pojechałem do Turcji. Ile z siedmiu dni byłem w hotelu? Siedem, ale godzin godzin. Resztę spędziłem w szpitalu. Potem od razu mnie zabrali do samolotu i przywieźli do Polski.
Pojechałem do pięknego hotelu, którego nigdy nie widziałem i pewnie nie zobaczę, bo już nigdy tam nie pojadę.
Ja teraz w obcych krajach zwiedzam tylko szpitale.

Co się stało?

Sześć lat temu przeszedłem transplantację nerki. Od tamtej pory mój system immunosupresyjny jest bardzo osłabiony. Potrafię się bardzo gwałtownie przeziębić, a najgorzej, iż łapię zapalenie płuc. Wystarczy trochę różnych temperatur i bum - zapalenie płuc.
Jak ja przechodzę zapalenie płuc, to dostaję hektolitry antybiotyków. Nie ma szans, żebym przeżył to w domu. Muszę być w warunkach szpitalnych. Teraz tracę oddech, jeżdżę z butlami do oddychania. Co mi po pieniądzach? Po złocie? Po szpanie? Po samochodach? To mało istotne rzeczy są.
Teraz muszę powoli wszystko odpuszczać.

Mówił mi pan, iż najchętniej pojechałby na wakacje na Mazury, tylko żona nie chce, bo się boi komarów. Udało się ją przekonać?

Tak, byliśmy. Wynająłem jacht. No, wiadomo, był największy na Mazurach. Ale i tak wchodziłby do bagażnika tego mojego, który spłonął. Pływaliśmy w trzy pary. Było trochę ciasno, ale naprawdę super.
Jeździłem po całym świecie i często byłem rozczarowany nowymi miejscami. Ale Mazury mocno zaskoczyły. Pięknie jest. W tym roku też jedziemy.

Czyli już nie jezioro Como?

Como też. Renata mówiła mi ostatnio: Piotr, co roku jeździliśmy, objeżdżaliśmy Como, potem Saint-Tropez. Powiedziałem: jak zdrowie pozwoli, pojedziemy. Ale już powoli. Nie tysiąc kilometrów naraz, tylko 350 i stop. Dziadkowie już tak długo nie jeżdżą.

Ile lat jesteście razem?

Ponad dwadzieścia na pewno.

Ile razy były oświadczyny?

Pierwszy raz się oświadczyłem piętnaście, siedemnaście lat temu. choćby dałem pierścionek. Tych pierścionków było kilka chyba. Dawałem je dla świętego spokoju. Wtedy był taki moment, iż trzeba było dawać brylanty. Ale ona nie przepadała za tym mocno.

Jak się obraziła, to były kolejne zaręczyny?

Cały czas. Aż po tym ostatnim, co nawywijałem, to już musiał być ślub. Nie był alternatywy (śmiech). I od tego czasu się ustatkowałem. Już trzeci rok.

Opowiadał pan o Adamie. To wasze dziecko?

Nie, ale jest traktujemy go jak syna. Jest z nami od najmłodszych lat. Teraz to już 27-letni mężczyzna. To bardzo dobre dziecko. Bardzo go kochamy.

Pomagaliście też innym dzieciom?

Cały czas komuś pomagamy, wielu dzieciom. Mam też jeden szpital, który jest moim priorytetem. To taki mój drugi dom. Jak tylko mogę, wspieram ich. A iż jestem tam często, to inna rzecz.
No i kolejny raz leżałem tam, ze trzy tygodnie. Byłem chory, znowu zapalenie płuc. W końcu zacząłem się nudzić. Poszedłem do łazienki i patrzę: prysznic wyrwany, deska sedesowa nie taka, muszla stłuczona... Zadzwoniłem do Renatki: jedź do Castoramy, kup to, to i to. Będę remontował.
Przywiozła mi śrubokręty i części. Chodziłem po pokojach i wymieniałem kible w łazienkach.

Pozwolili remontować szpital?

Pozwolili. Robili mi zdjęcia. Dostałem choćby dyplom z podziękowaniem.

Który to szpital?

Barlickiego w Łodzi.

Pańskie życie to świetny temat na książkę...

Cały czas ktoś do mnie dzwoni, żeby ją napisać. Mam tych opowieści nieprawdopodobnych wiele. Jak ich nie zapomnę i nie będę chory na sklerozę, to może się kiedyś zdecyduję (śmiech).
Mało kto przeżył to, co ja. Dwa listy gończe, dwa listy żelazne... Komuna zamknęła mnie na półtora roku, a potem komuna mnie uniewinniła. Mając 18 lat, byłem biznesmenem w Łodzi, zarabiałem miliony w Centralu. Wtedy nazywano mnie spekulantem, dziś powiedzieliby: biznesmen.
Kto kupił i sprzedał z zyskiem, podlegał karze więzienia do lat dziesięciu. Nie wolno było sprzedawać z zyskiem. A ja to robiłem.

Na czym się pan dorobił na początku?

Sprzedawałem krawaty, elektronikę, odzież skórzaną, zegarki. Wtedy to szło. Jak ktoś miał zegarek elektroniczny z siedmioma melodyjkami, to na pewno był ode mnie.

A teraz na czym pan zarabia?

Teraz jestem emerytem. Pomocnikiem społecznym. Pomagam doświadczeniem Adamowi, mojej żonie. Ogólnie nie robię nic.

Liczył pan kiedyś ile pieniędzy zarobił przez całe życie?

Ile przeszło przez moje ręce? Bardzo dużo. W tamtych czasach nie korzystało się jeszcze tak często z kont i przelewów. Kiedy miałem fabrykę cementu, to dziennie do kasy wpływało po 500 tysięcy. 20-25 lat temu to były ogromne kwoty. Renata po dwóch dniach nie miała siły nosić pieniędzy w torbach.
Pamiętam, iż kiedyś 3 miliony leżały w kącie w biurze przez trzy dni i każdy o nich zapomniał. Renata woziła raz 2-3 miliony w samochodzie przez tydzień i choćby nie wiedziała, iż ma pieniądze w bagażniku.

To brzmi jak marzenie...

To była kara! Trzeba było te pieniądze ciągle liczyć. A największą karą było iść do banku. Dwie kasjerki były zablokowane i musiały cały dzień liczyć. Ty musiałeś stać albo siedzieć osiem godzin. Jedna osoba była tylko od tego, żeby pilnować pieniędzy. To było straszne. Miałaś mnóstwo pieniędzy, ale co z tego? Ile to było roboty z tym nieszczęściem!
Ale najwięcej miałem za komuny, kiedy miałem komis w Centralu. Kierownik mógł wystawić tzw. dokument A4 - wypłata od razu. Kasy na piętrze nie miały tyle pieniędzy, więc ściągali mnie windą do kasy centralnej. Ładowali mi gotówkę w reklamówki Marlboro. Wychodziłem tak co drugi dzień.
W domu wyrzucałem to wszystko i miałem całe pokoje w pieniądzach. Myślałem: co ja mam z tym zrobić? Jak tak dalej pójdzie, będę musiał większe mieszkanie kupić. To był horror. Liczenie i liczenie. Nikomu nie można było wtedy za bardzo zaufać, pokazać, iż się zarobiło, więc liczyłem sam.

Jak porówna pan swoje życie do tamtego. Jakie ono jest teraz?

Nuda. Nic wielkiego się nie dzieje. Wstaję o piątej rano, codziennie. Pierwsze co, to komputer i patrzę, co się dzieje na świecie. Czytam wiadomości, przeglądam internet. Śniadanie dostaję o ósmej. Sam nie robię, do kuchni praktycznie nie wchodzę.
Potem powoli się szykuję. Przyjadę do Adama, pogadam, pozałatwiam jakieś sprawy, pokręcę się trochę…

I już?

A co mam robić? O co walczyć? O co się bić? Mógłbym wejść jeszcze do polityki, namawiają mnie co jakiś czas. Wyłożyłbym duże pieniądze, zrobił reklamę za parę grubych milionów i taka partia od razu by zaistniała w okręgu. Pewnie sam dostałbym jedynkę albo dwójkę do Sejmu bez większego problemu. No i znowu byłbym wszędzie. Tylko po co? Zdrowia szkoda.
Kosztowałoby mnie to jeden, dwa, może trzy miliony złotych wyrzuconych pieniędzy, które nigdy by się nie zwróciły. Tak samo jak nie zwróciły mi się pieniądze włożone w Leppera. To była fanaberia. Jedna wielka fanaberia.

A ile wtedy pan zainwestował?

Dużo. Nie ma o czym mówić... choćby tego nie liczyłem.

To co teraz się liczy?

Dzisiaj człowiek inaczej patrzy na życie. Kiedyś musiało być ferrari, złoto, wielki dom. Teraz? Wystarczy święty spokój i żeby człowiek mógł normalnie oddychać. Bo jak nie ma zdrowia, to nie ma nic.

Idź do oryginalnego materiału