Pan Andrzej regularnie pokonuje ten odcinek i przesłał do redakcji swoje spostrzeżenia. Nie ma pretensji o sam pomiar. Ma pretensje o narodową panikę, która zaczyna się tam, gdzie pojawia się znak informujący o kamerach.
– Ludzie zachowują się tak, jakby nagle na autostradzie wprowadzono ograniczenie do 50 km/h. Widzą tablicę, zdejmują nogę z gazu i zaczyna się procesja. Jeden jedzie 100, drugi 95, trzeci lewym pasem 105 i wszyscy patrzą na siebie, jakby przejeżdżali przez strefę skażenia radioaktywnego – mówi pan Andrzej.
Tymczasem warto przypomnieć rzecz podstawową: odcinkowy pomiar prędkości nie zmienia autostrady w drogę osiedlową. Na A1 dla samochodów osobowych przez cały czas obowiązuje limit 140 km/h, chyba iż znaki w danym miejscu wskazują inaczej. System nie mierzy jednego gwałtownego „piknięcia” na liczniku, tylko średnią prędkość przejazdu między punktem początkowym i końcowym.
I właśnie dlatego gwałtowne hamowanie pod kamerą ma mniej więcej tyle sensu, co zakładanie kasku dopiero po upadku z roweru.
– Najgorsze jest to czajenie się. Niektórzy jadą tak, jakby kamera miała wyskoczyć zza barierki i zapytać: „A dokąd to?”. Przecież skoro można jechać 140, to jedźmy 140, oczywiście rozsądnie, prawym pasem, z odstępem i bez wariowania. Ale nie róbmy z autostrady konduktu żałobnego – dodaje Czytelnik.
Pan Andrzej zwraca uwagę, iż przez zbyt zachowawczą jazdę płynność ruchu na tym odcinku bywa jeszcze gorsza. Samochody jadą nierówno, część kierowców hamuje bez potrzeby, inni próbują wyprzedzać kolumny wolniej jadących aut, a całość zamiast poprawiać komfort jazdy, tworzy nerwową układankę.
– Apeluję do kierowców: nie bądźcie baranami. Nie blokujcie drogi bardziej, niż chcieli to zrobić ustawodawcy. Odcinkowy pomiar jest po to, żeby wyłapywać tych, którzy naprawdę przesadzają, a nie po to, żeby wszyscy nagle bali się własnego licznika – pisze pan Andrzej.
W jego opinii najlepszym sposobem na przejazd przez odcinkowy pomiar nie jest panika, tylko równa, przewidywalna jazda. Bez szarpania, bez gwałtownego hamowania, bez jazdy lewym pasem „na wszelki wypadek” i bez patrzenia na każdą bramownicę jak na fotoradar z ambicjami.
- Bo odcinkowy pomiar prędkości naprawdę nie wymaga od kierowców wielkiej filozofii. Wystarczy jechać płynnie, zgodnie z przepisami i z głową. Autostrada przez cały czas jest autostradą. Kamera nie gryzie. A prawy pas nie jest ujmą na honorze - podsumowuje nasz Czytelnik.
A czy Wy też macie podobne spostrzeżenia, jak pan Andrzej? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach.
















