Protesty w sprawie STC nie wygenerowały oczekiwanych emocji. Prezydent Miszalski może spać spokojnie. Oddala się widmo referendum

4 godzin temu

FELIETON. Skala i przebieg weekendowych protestów przeciwko Strefie Czystego Transportu w Krakowie wskazują na ograniczony potencjał mobilizacyjny tego tematu w obecnym układzie politycznym miasta. Rozproszenie aktorów protestu, brak jednolitej narracji oraz niska zdolność do generowania trwałych emocji społecznych sugerują, iż SCT nie pełni dziś funkcji efektywnego katalizatora destabilizacji władzy lokalnej. W konsekwencji scenariusz referendum pozostaje polityczną iluzją, a pozycja prezydenta Aleksandra Miszalskiego – krótkoterminowo i średnioterminowo – pozostaje bezpieczna.

Nie dla STC…

To był gorący weekend w Krakowie i w krakowskiej polityce. Odbyły się dwie odrębne manifestacje przeciwko Strefie Czystego Transportu, zorganizowane przez różne środowiska i mające odmienny charakter.

Pierwszy protest miał miejsce przed siedzibą Zarząd Dróg Miasta Krakowa. Była to manifestacja o charakterze ogólnopolskim, w której udział wzięli politycy oraz działacze związani z Prawem i Sprawiedliwością, Konfederacją i Konfederacją Korony Polskiej. Według szacunków w zgromadzeniu uczestniczyło około 1000 – 1500 osób. Protest miał głośny i wyraźnie konfrontacyjny charakter, a jego przekaz wykraczał poza lokalny kontekst Krakowa. Uczestnicy podnosili postulaty całkowitego odrzucenia idei stref czystego transportu w Polsce, krytykując je jako rozwiązanie systemowo szkodliwe i uderzające w kierowców.

Druga manifestacja odbyła się kilka godzin później przed Muzeum Narodowe w Krakowie. Było to zgromadzenie środowisk krakowskich sprzeciwiających się SCT, o zdecydowanie mniejszej skali i spokojniejszym przebiegu. Protest miał charakter lokalny i obywatelski, bez udziału polityków szczebla ogólnopolskiego. Uczestnicy akcentowali swoje niezadowolenie z kształtu i sposobu wprowadzania strefy w Krakowie.

Brak emocji mówi więcej niż transparenty

Weekendowe protesty – zarówno przed siedzibą Zarządu Dróg Miasta Krakowa, jak i pod Muzeum Narodowym – nie wywołały oczekiwanej mobilizacji społecznej. Wbrew zapowiedziom i narracji organizatorów nie pojawiły się wielkie tłumy, nie było masowego sprzeciwu, ani atmosfery politycznego przesilenia. Obie manifestacje miały charakter kameralny, a ich oddziaływanie emocjonalne było ograniczone.

Z perspektywy społeczno-politycznej to fakt znaczący. Protest, aby był skuteczny i opiniotwórczy, musi wywoływać rezonans – emocjonalny, społeczny, symboliczny. Tymczasem w Krakowie tego rezonansu zabrakło. Uczestnicy protestów pozostali w wyraźnej mniejszości, a skala zgromadzeń nie potwierdziła tezy o powszechnym buncie mieszkańców wobec Strefy Czystego Transportu.

Można zaryzykować tezę, iż brak masowych emocji jest sam w sobie komunikatem społecznym. Wskazuje on, iż dla większości krakowian SCT nie jest dziś tematem, który mobilizuje do wyjścia na ulice. Co więcej – coraz więcej sygnałów sugeruje, iż mieszkańcy miasta nie tylko nie negują strefy, ale w praktyce akceptują jej funkcjonowanie jako element poprawy jakości życia w Krakowie. I paradoksalnie może się w rzeczywistości okazać, iż są nie zadowoleni z jej ograniczonej skali i to może wywołać falę kolejnych protestów tym razem z drugiej strony.

Czystsze powietrze, ograniczenie tranzytu samochodowego z gmin ościennych, mniejszy ruch w centrum miasta – to argumenty, które dla wielu mieszkańców okazują się ważniejsze niż hasła o „wolności transportowej” czy ogólnopolskie spory ideologiczne. Strefa Czystego Transportu przestaje być postrzegana jako radykalna ingerencja, a coraz częściej jako narzędzie porządkowania przestrzeni miejskiej.

W tym kontekście dzisiejsze protesty – mimo medialnej oprawy i politycznych akcentów – nie spełniły swojej podstawowej roli. Nie wygenerowały społecznego napięcia, nie narzuciły nowej narracji, nie pokazały masowego sprzeciwu. A w polityce miejskiej brak emocji bywa równie wymowny jak ich nadmiar. To sygnał, iż temat SCT – przynajmniej na tym etapie – nie dzieli Krakowa w sposób fundamentalny, a próby jego eskalowania trafiają na ograniczony oddźwięk społeczny. Tym bardziej nie wywołuje oburzenia obsadzenie politykami PO kluczowych stanowisk w mieście bo po latach rządów PIS i partyjnych nominatów w każdej bodaj sferze życia te dzisiejsze wydają zupełnie w swojej skali nie istotne dla krakowian.

Brak paliwa dla referendum

Dzisiejsze protesty pokazują również coś więcej niż tylko stosunek mieszkańców do Strefy Czystego Transportu. Wyraźnie ujawniają one brak społecznych emocji i politycznej energii, które byłyby niezbędne do uruchomienia poważniejszego scenariusza – w tym referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa, Aleksandra Miszalskiego.

Tego rodzaju inicjatywy wymagają nie tylko formalnych struktur i zaplecza organizacyjnego, ale przede wszystkim masowego impulsu społecznego. Tego impulsu dziś w Krakowie wyraźnie brakuje. Nastroje widoczne na ulicach nie wskazują na powszechne niezadowolenie z kierunku, w jakim miasto zmierza, ani na gotowość mieszkańców do eskalowania sporu politycznego do poziomu referendum.

Nieprzypadkowo głównym organizatorem najbardziej wyrazistej, politycznej manifestacji była Konfederacja. To ugrupowanie ma Krakowie stabilne, ale ograniczone poparcie, szacowane na poziomie około 10–15 procent. Jest to wynik, który pozwala zaznaczać obecność w debacie publicznej, organizować protesty i nadawać ton części elektoratu protestu, ale nie wystarcza do samodzielnego przeprowadzenia referendum ani do zbudowania szerokiego frontu przeciwko urzędującemu prezydentowi.

Kluczowa jest tu także postawa Prawa i Sprawiedliwości. PiS – mimo krytycznego stosunku do części decyzji władz miasta – nie jest zainteresowane politycznym wzmacnianiem Konfederacji w Krakowie. Otwarte wejście w sojusz referendalny oznaczałoby ryzyko odpływu własnych wyborców oraz utratę kontroli nad przyszłym układem sił po ewentualnym kryzysie władzy. Z perspektywy długofalowej strategii PiS gra o Kraków toczy się raczej o zachowanie i odbudowę wpływów, a nie o krótkoterminowe akcje, których beneficjentem mogłoby być inne ugrupowanie. Najlepszym scenariuszem dla PiS było by ogłoszenie przez Konfederację referendum a później referendalna porażka, bo w polityce nic tak nie cieszy bliźniego jak nieszczęście drugiego.

Maszynista pociągu pędzącego na ścianę poszukiwany

Warto przy tym podkreślić, że referendum w trakcie kadencji jest w polityce samorządowej narzędziem wyjątkowo wysokiego ryzyka. Przyjęło się, iż w jednej kadencji realnie „mieści się” co najwyżej jedno takie podejście – i tylko wtedy, gdy istnieje silny, społeczny impuls. jeżeli referendum nie dochodzi do skutku lub kończy się porażką, jego konsekwencje są daleko idące: urzędujący prezydent wychodzi z niego wyraźnie wzmocniony, zyskując polityczną legitymację na dalsze rządzenie, często już bez realnej presji społecznej czy instytucjonalnej. Z kolei inicjatorzy przegranego referendum zostają w oczach opinii publicznej jednoznacznie obciążeni odpowiedzialnością za klęskę. W praktyce oznacza to utratę wiarygodności, marginalizację polityczną, a bardzo często faktyczny koniec kariery politycznej osoby lub środowiska, które firmowało nieudaną próbę. Dlatego referendum nie jest instrumentem do testowania nastrojów ani elementem bieżącej walki politycznej – to decyzja o charakterze ostatecznym, która albo zmienia układ władzy, albo cementuje go na długie lata.

W efekcie brakuje dziś politycznego splotu interesów, który mógłby nadać protestom realną siłę sprawczą. Nie ma masowego poparcia społecznego, nie ma jednego, wspólnego frontu opozycyjnego i nie ma przekonania, iż temat SCT czy partyjnych nominacji może stać się skutecznym zapalnikiem szerszego buntu przeciwko władzom miasta. Protesty pozostają więc sygnałem niezadowolenia określonych środowisk, ale nie punktem zwrotnym w krakowskiej polityce.

Bez nowej narracji referendum pozostanie iluzją

Jeżeli w ogóle w przyszłości w Krakowie miałoby dojść do referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego, to dzisiejsze doświadczenia jasno pokazują jedno: nie mogą go prowadzić te same środowiska i te same twarze co spór o STC, które od dłuższego czasu próbują mobilizować sprzeciw wobec obecnych władz miasta. Dotychczasowe inicjatywy okazały się nieskuteczne – nie wygenerowały społecznej energii, nie przebiły się poza własne bańki informacyjne i nie zbudowały realnej większości.

Brakuje im siły rażenia, ale przede wszystkim brakuje im w tym momencie świeżości i wiarygodności, którą miały jesienią ubiegłego roku, kiedy emocja referendalna w Krakowie była znacznie większa. Społeczny odbiór tych działań jest czytelny: powtarzalność argumentów, przewidywalność przekazu i koncentracja na personalnej krytyce prezydenta nie przekładają się na realne poparcie mieszkańców. W efekcie protest i potencjalne referendum tracą charakter obywatelskiego impulsu, a zaczynają być postrzegane jako kolejna odsłona politycznego sporu, oderwana od codziennych potrzeb krakowian.

Jeśli więc miałoby dojść do skutecznej próby odwołania prezydenta, musiałoby to oznaczać kompletne przewartościowanie strategii. Referendum nie może opierać się wyłącznie na negacji i krytyce osoby prezydenta. Taki model w Krakowie nie działa. Mieszkańcy oczekują nie tyle protestu, co konkretnej, wiarygodnej alternatywy – jasno zarysowanych rozwiązań, które realnie poprawią jakość życia w mieście.

Paradoksalnie to właśnie postacie spoza środowisk prawicowych mają dziś w Krakowie potencjał do wygenerowania emocji o charakterze promiejskim. W tym sensie bardziej prawdopodobne byłoby powodzenie inicjatywy firmowanej przez Aleksandrę Owce albo konsekwentnie budowanej ścieżki politycznej Łukasza Gibały, niż przedsięwzięcia opartego na narracji konfrontacyjnej i ideologicznej.

Kraków jest bowiem miastem wymagającym szczególnej wrażliwości politycznej. Pozostaje bowiem miastem innym, specyficznym, nie spotykanym nigdzie indziej w Polsce: z jednej strony konserwatywnym w sensie przywiązania do stabilności i przewidywalności, z drugiej – liberalnym, europejskim i nowoczesnym w aspiracjach. To miasto, które nie chce cofania się ani radykalnych zwrotów, ale rozwiązań pragmatycznych: czystego powietrza, uporządkowanej przestrzeni, nowoczesnego transportu i polityk miejskich zgodnych z europejskimi standardami

To właśnie osoby środowiskowo związane z miastem, działające w logice rozwiązań, a nie negacji, są w stanie w dłuższej perspektywie zbudować społeczne emocje wystarczające do realnej zmiany układu władzy. Bez takiego przesunięcia akcentów każda próba referendum pozostanie inicjatywą marginalną – głośną medialnie, ale pozbawioną faktycznej siły sprawczej.

(KK)

Idź do oryginalnego materiału