
Przez lata patrzyłem na siatkówkę z kilku perspektyw ,zawodnika , nauczyciela , trenera
i dziś obserwatora z boku parkietu. Wiem, jak wyglądają emocje pod siatką, jak pachnie szatnia po pięciosetowym boju i jak boli cisza po przegranym meczu . Wiem, jak długo
w głowie wraca ostatnia akcja i jak trudno zasnąć po meczu, który miał smakować złotem Mistrzostw Polski .Ale wiem też coś jeszcze . Prawdziwy obraz siatkarza nie kończy się wraz z ostatnim gwizdkiem. Halogeny oświetlające boisko pokazują wyskok, dynamikę, reakcję po punkcie. Pokazują siłę i emocje. Nie pokazują jednak zmęczenia po podróży, rozmów z dziećmi przez telefon, odpowiedzialności, która czeka w domu, ani ciszy w hotelowym pokoju po porażce. Dlatego w tym cyklu chcę przedstawić sylwetki siatkarzy inaczej. Nie przez pryzmat tabeli, procentów przyjęcia czy liczby asów serwisowych. Chcę pokazać ludzi, mężów, ojców, synów. Z ich spokojem, dojrzałością, wątpliwościami i codziennością, która nie mieści się w statystykach. Bo sport buduje charakter. Ale to życie poza boiskiem pokazuje, kim naprawdę jest zawodnik.
Zaczynam od historii człowieka, który na parkiecie jest herosem stabilności, a poza nim kochającym mężem i ojcem, dla którego fundament zawsze zaczyna się w domu. Paweł Rusin nie należy do grona zawodników, którzy przyciągają uwagę warunkami fizycznymi. Nie mierzy dwóch metrów, nie imponuje „zasięgiem z kosmosu”. A jednak od lat udowadnia, iż w siatkówce równie ważne jak centymetry są timing, czytanie gry i głowa.








