Smoła, pierze i ciecierzyca
Rewolucja od zawsze pchała się do kuchni. Fabre d’Églantine, poeta, aferzysta i autor kalendarza republikańskiego (skończył zresztą na gilotynie razem z Dantonem), wyrzucił z kalendarza świętych, a w ich miejsce powtykał marchew, pasternak i kartofle. Jego dzisiejsi spadkobiercy okazali się konsekwentniejsi i ten pasternak przenieśli z kalendarza prosto na talerz. Komisja EAT-Lancet łaskawie dopuszcza kilkanaście gramów czerwonego mięsa na dzień, czyli tyle, co nic. Robespierre, który w imię „cnoty republikańskiej” posyłał ludzi na gilotynę, twierdził, iż cnota bez terroru jest bezsilna. Planetarni moraliści zaprowadzają więc cnotę terrorem na talerzu. Do tego jeszcze „dzień bez soli”, bo sól, jak wiadomo choćby z Kazania na Górze, ma jakiś podejrzany związek z uczniami Chrystusa. Nasza pani ministra zdrowia nazwy „dieta planetarna” w rozporządzeniu wprawdzie nie użyła, ale z tego źródła zaczerpnęła pełną garścią – oczywiście bez soli.
Słychać, iż tu i ówdzie uczniowie w taki bezsolny dzień rozwijają przedsiębiorczość, o jakiej ministerstwo rozwoju może tylko pomarzyć, i czipsy krążą po korytarzach jak spirytus za prohibicji. Nikogo, kto choć raz czytał List do Rzymian, nie powinno to dziwić. Święty Paweł dawno zauważył, iż grzech, „wziąwszy przyczynę przez zakazanie, sprawił we mnie wszelaką pożądliwość” (Rz 7, 8), a mówił przecież o Prawie danym przez Boga, nie o okólniku z kuratorium. Już szesnastoletni Augustyn, jak sam wyznaje, ukradł gruszki nie z głodu, ale dla samej przyjemności złamania zakazu, po czym rzucił je świniom. Ci uczniowie są pod tym względem uczciwsi, bo swoje czipsy przynajmniej zjadają. Gdzie indziej pełne talerze idą prosto do kosza, co jest o tyle zabawne, iż dieta miała między innymi zwalczać marnotrawstwo żywności. Jedynym więc beneficjentem reformy jest jak dotąd pojemnik na bioodpady.
Kościół też zna post, i to dłużej niż ktokolwiek. Święty Tomasz wylicza, iż pości się dla poskromienia pożądliwości ciała, dla swobodniejszego wzniesienia umysłu ku rzeczom Bożym i dla zadośćuczynienia za grzechy (STh II–II, q. 147, a. 1). Post planetarny ma to wszystko na opak. Pożądliwość tylko podsyca, umysł przykuwa do liczydła emisji, a zadośćuczynienie każe składać za grzech węglowy, z którego nie rozgrzeszy żaden spowiednik. Nie ma w nim Wielkanocy, na którą człowiek mógłby wreszcie poświęcić kiełbasę. Jest tylko piątek, który trwa bez końca i z którego nikt nie zwolni. Tu akurat trzeba oddać rewolucji sprawiedliwość, bo swoich postów pilnuje gorliwiej niż niejeden hierarcha postów kościelnych. W zasadzie cóż to dziś za piątek, skoro wystarczy, iż jakiś dobry purpurat da dyspensę, bo akurat wypadł sylwester? Na dyspensę od diety planetarnej nie ma jednak co liczyć..
Nikt nam nie wmówi, iż chodzi tu o zwykłą urzędniczą nieudolność. To programowe zohydzanie i dotyczy nie tylko jadłospisu, ale wszystkich rewolucyjnych dekretów, od kalendarza Fabre’a poczynając. „Wydaje się je po to, by nas wytarzać w smole, pierzu i łajnie, a potem jeszcze sprawdzić, czy się uśmiechamy”, jak celnie ujął pewien dobry znajomy. Samo posłuszeństwo nowemu porządkowi nie wystarcza, on chce jeszcze entuzjazmu. Niesoloną ciecierzycę trzeba zjeść, podziękować, sfotografować i opatrzyć podpisem „zdrowy wybór”. Kto się krzywi, ten „nie rozumie wyzwań klimatycznych” i nadaje się do natychmiastowej reedukacji.
My tymczasem zostaniemy przy starym porządku, w którym po poście przychodzi święto. I przy soli, także tej ewangelicznej, bo co się robi z solą zwietrzałą, Pan Jezus powiedział dość jasno.
LIM.

5 godzin temu












