Są takie stanowiska, które powinny znaczyć więcej niż nazwisko człowieka, który akurat je zajmuje.
Prezydent państwa. Rektor uniwersytetu. Dowódca jednostki. Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Bo można lubić człowieka albo go nie lubić. Można popierać jego poglądy albo uważać je za kompletnie nietrafione. Można zachwycać się jego skutecznością, znajomościami, przebojowością i umiejętnością zdobywania pieniędzy.
Ale kiedy ktoś siada w fotelu prezesa PKOl, przestaje reprezentować wyłącznie siebie.
Za jego plecami stają ludzie, którzy przez lata wstawali o piątej rano na trening. Którzy jechali na zawody ze złamanym palcem, naderwanym mięśniem i świadomością, iż kolejnej szansy mogą już nie dostać. Ludzie, którzy dla medalu poświęcali dzieciństwo, młodość, zdrowie, rodzinę i często normalne życie.
I właśnie dlatego dzisiejsza sytuacja wokół Polskiego Komitetu Olimpijskiego boli bardziej niż kolejna historia z pierwszych stron gazet.
Radosław Piesiewicz został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące. Usłyszał poważne zarzuty. Nie przyznaje się do winy i trzeba bardzo wyraźnie powiedzieć jedno: tymczasowy areszt nie jest wyrokiem, a o winie człowieka decyduje sąd.
Tę zasadę trzeba szanować zawsze. Także wtedy, kiedy emocje podpowiadają coś innego.
Ale pozostało odpowiedzialność innego rodzaju.
Odpowiedzialność za instytucję.
I tutaj problem zaczyna się dużo wcześniej niż na sali sądowej.
Bo Polski Komitet Olimpijski nie może być organizacją, która dopiero wtedy zaczyna zastanawiać się nad swoim wizerunkiem, kiedy jej prezes trafia do aresztu.
To trochę za późno.
Minister sportu Jakub Rutnicki mówi dziś o potrzebie „szybkich i stanowczych działań”. Wzywa zarząd PKOl do odbudowy zaufania.
I trudno się z tym nie zgodzić.
Tylko iż ja mam jedno pytanie.
Gdzie byli wszyscy wcześniej?
Gdzie były władze polskiego sportu, związki, działacze, członkowie PKOl, kiedy kolejne kontrowersje wokół funkcjonowania komitetu trafiały do opinii publicznej?
Dlaczego w Polsce tak często reagujemy dopiero wtedy, kiedy budynek już płonie?
Najpierw przez miesiące obserwujemy dym.
Potem ktoś mówi, iż chyba czuć spaleniznę.
Ktoś inny odpowiada, iż nie należy przesadzać.
Kolejny tłumaczy, iż to polityczna nagonka.
A kiedy płomienie wychodzą przez dach, wszyscy nagle biegną po gaśnicę.
Tak nie powinno działać państwo.
Tak nie powinien działać sport.
A już na pewno tak nie powinien działać Polski Komitet Olimpijski.
Nie wiem, czy Radosław Piesiewicz zostanie uznany za winnego zarzucanych mu czynów. Nie wiem, jaki będzie finał postępowania. Od tego są prokuratura, obrońcy i niezawisły sąd.
Wiem natomiast jedno.
Prezes PKOl powinien być człowiekiem, którego nazwisko otwiera drzwi dzięki autorytetowi, a nie dzięki znajomościom.
Powinien być kimś, komu młody zawodnik może podać rękę i powiedzieć: chciałbym kiedyś reprezentować to, co pan reprezentuje.
Czy tak było?
Każdy może odpowiedzieć sobie sam.
Sport ma bowiem niezwykłą cechę. Jest brutalnie uczciwy.
Na bieżni nie pomoże ci legitymacja partyjna.
Przy stanie 24:24 w siatkówce nie pomoże telefon do ministra.
Na ostatnich stu metrach maratonu nie uratuje cię znajomość z prezesem spółki Skarbu Państwa.
Albo jesteś lepszy, albo przegrywasz.
I może właśnie dlatego ludzie wciąż kochają sport. Bo chcą wierzyć, iż przynajmniej tutaj istnieją jasne zasady.
Dlatego działacze sportowi powinni podlegać jeszcze wyższym standardom niż przeciętny menedżer.
Nie niższym.
Wyższym.
Bo zarządzają czymś, czego nie da się wpisać do Excela.
Zaufaniem.
Orzełkiem na koszulce.
Łzami podczas Mazurka Dąbrowskiego.
Marzeniem dzieciaka z małego miasteczka, który patrzy na igrzyska i myśli: kiedyś tam będę.
Kiedy wokół władz sportu pojawiają się kolejne afery, dzieciak tego wszystkiego może jeszcze nie rozumieć.
Ale sponsor już rozumie.
Rodzic młodego zawodnika również.
Kibic także.
A zaufanie ma paskudną adekwatność: buduje się je latami, a traci czasem w jeden weekend.
Dlatego dziś nie wystarczy zmienić nazwisko na drzwiach gabinetu prezesa.
Jeżeli Polski Komitet Olimpijski chce odzyskać wiarygodność, powinien zrobić coś znacznie trudniejszego.
Otworzyć okna.
Pokazać finanse.
Pokazać umowy.
Pokazać sposób podejmowania decyzji.
Wyjaśnić relacje ze sponsorami.
Wprowadzić takie standardy jawności, żeby kolejny prezes wiedział, iż każde publiczne euro i każda publiczna złotówka mogą być obejrzane z każdej strony.
Nie dlatego, iż wszyscy są podejrzani.
Dlatego, iż transparentność chroni również uczciwych.
I jeszcze jedno.
Bardzo łatwo będzie teraz zrobić z tej historii polityczną pałkę.
Jedni powiedzą: „to człowiek tamtych”.
Drudzy odpowiedzą: „to polityczne polowanie”.
Za chwilę będziemy mieli konferencje prasowe, zdjęcia, wpisy, wzajemne oskarżenia i oczywiście obowiązkowe „a za waszych czasów…”.
Tylko iż sportowcy nic z tego nie będą mieli.
Dlatego politycy wszystkich stron mogliby tym razem zrobić polskiemu sportowi jedną przysługę.
Nie zawłaszczać go.
PKOl nie potrzebuje prezesa tej czy innej partii.
Nie potrzebuje człowieka premiera A, ministra B ani prezesa C.
Potrzebuje prezesa sportowców.
Człowieka, który rozumie, iż stanowisko jest służbą, a nie trofeum.
Bo trofea w sporcie są dla zawodników.
Działaczom powinno wystarczyć, iż stworzyli im warunki, by mogli je zdobywać.
Może więc obecny kryzys rzeczywiście okaże się momentem przełomowym.
Może środowisko sportowe wreszcie powie: dosyć.
Dosyć politycznych nominacji.
Dosyć układów.
Dosyć traktowania federacji i komitetów jak miejsc do budowania własnych wpływów.
Niech wrócą tam sport, kompetencje i zwykła przyzwoitość.
Bo medal rzeczywiście ma dwie strony.
Z jednej jest sukces.
Z drugiej wszystko to, czego kibic zwykle nie widzi: lata pracy, wyrzeczeń i potu.
Wstyd również ma dwie strony.
Po jednej jest człowiek, który go wywołał.
Po drugiej ci wszyscy, którzy widzieli, co się dzieje, ale uznali, iż wygodniej będzie milczeć.
I mam wrażenie, iż właśnie na tę drugą stronę powinniśmy dziś patrzeć najmocniej.
Marcus
















