Fot: Powiat ChełmskiHubertus to święto z ogromną tradycją sięgającą w Polsce czasów saskich. Ale, żeby w pełni zrozumieć jego przesłanie, trzeba wiedzieć, kim adekwatnie był patron tego dnia, czyli św. Hubert? Dlatego trzeba cofnąć się aż do VIII wieku.Święty Hubert – za życia Hubertus z rodu Merowingów, rodem z Gaskonii, w młodości był zapalonym jeźdźcem i zagorzałym miłośnikiem polowań. Legenda głosi, iż do 40. roku życia oddawał się hulankom i swawolom, a w swej miłości do łowów był tak zapamiętały, iż wybrał się na polowanie w Wielki Piątek. I właśnie wtedy ukazał mu się wspaniały jeleń – albinos – z krzyżem jaśniejącym pośród poroża. Hubertus zrozumiał niestosowność swego postępowania i ogrom grzechu, jakiego się dopuścił. Od tej pory zarzucił polowania i postanowił wieść życie przykładne i pobożne. Za zasługi na tym polu został mianowany biskupem Liège, a za szerzenie wiary chrześcijańskiej pośród licznych jeszcze wówczas pogan, niedługo po śmierci uznany za świętego. Relikwie św. Huberta poświęcone zostały 3 listopada 743 r. i dlatego 3 listopada obchodzony jest Dzień św. Huberta, inaczej zwany Hubertusem – czyli święto jeźdźców, myśliwych i leśników. Dla tego grona ta legenda to przypomnienie, iż przyrodę trzeba szanować, a nie bezmyślnie eksploatować.Na wojsławickim hubertusie swoje stoisko wystawili myśliwi z Koła Łowieckiego 23 „Szarak”.– Uczestniczymy w święcie, bo tutaj prowadzimy gospodarkę łowiecką i chcemy integrować się z mieszkańcami – tłumaczy Tomasz Woliński.
– To też okazja, żeby uświadomić ludziom, na czym polega nasza działalność. Przede wszystkim dbamy o stan zwierząt i zachowanie równowagi między gatunkami, które żyją na tym obszarze. Podczas śnieżnych i mroźnych zim dokarmiamy zwierzęta. Mamy paśniki i różne urządzenia, które pozwalają przetrwać im w ciężkich warunkach. Staramy się również, aby zwierzęta dzikie nie wyrządzały szkód rolnikom. Na poletkach siejemy kukurydzę czy topinambur, co stanowi jakby zaporę, żeby zwierzęta dzikie nie wychodziły na pola
uprawne.Myśliwi z „Szaraka” przekonywali do siebie mieszkańców i gości tego wydarzenia także poprzez żołądek. Każdy, kto chciał, mógł spróbować przepysznego gulaszu z dziczyzny.Główną atrakcją święta były oczywiście konie i wielka gonitwa za
lisem.Jeźdźcy na koniach gonią lisa. Nie jest to oczywiście prawdziwy lis, tylko jeździec z uczepioną do lewego ramienia lisią kitą. Jak nakazuje tradycja, uciekającym lisem jest ten jeździec, który w poprzednim roku pierwszy dogonił lisa. Lis ma dwie „nory”. To umowne miejsca, gdzie jest nietykalny i może chwilę odpocząć.W tym roku w Wojsławicach z lisem uciekał Jacek Kozak na koniu Ori ze stajni Chutor Kozaka:- Fajna impreza, fajne wydarzenie. Pobiegaliśmy troszeczkę po pastwisku, uciekaliśmy z lisem. Tradycji stało się zadość – mówi z uś
miechem.Lisa schwytała tym razem Lena Rogucka, jadąca na sprytnym kucyku ze stajni Kucyki Pysi. – Nie było łatwo, bo konie są bardzo zwinne i szybkie. Trzeba było trochę się wysilić, ale poszło mi bardzo dobrze – mówi zwycięzczyni.A to nie pierwszy jej sukces: - Już dwa lata z rzędu wygrywam tutaj Hubertusa. W tamtym roku w małej gonitwie, a dwa lata temu też w dużej gonitwie.- W tej gonitwie aktywnie uczestniczą wszyscy jeźdźcy na koniach, poruszający się w trzech chodach – wyjaśnia Paulina Rogucka, właścicielka stajni Kucyki Pysi, odpowiedzialna za przeprowadzenie konkurencji jeździeckich. - Dbamy o bezpieczeństwo, o dobry humor oraz świetne widowiskowe, pokazowe zajęcia. Tak jak co roku, odbyła się także mała gonitwa za lisem. Wygrała ją Magdalena
Bajkowska.Rozegrano też dziecięco-młodzieżowe zawody w skokach. W kategorii tzw. "krzyżaki" wygrała Zuzanna Hamulczuk, a drugie miejsce zajęła Pola Pisarska. Trzecią nagrodę zgarnęła Lena Rogucka. W kategorii skoki do 50 cm wygrała Lena Rogucka, a drugie miejsce miała Pola Pisarska. Nagrodzono też zwycięzców zawodów Hobby Horse - Mikołaja Bojko, Patrycję Prokop i Polę
Dziedzic.Organizatorzy imprezy zadbali o atrakcje publiczności: dzieci i dorosłych. Można było m.in. pojeździć na mechanicznym byku, rywalizować we wbijaniu gwoździ, rzucie podkową i przeciąganiu na linie konia na biegunach. Kiedy zakończyły się wszystkie konkurencje, zawodnicy i goście wzięli udział w
biesiadzie.Wojsławice końmi słynęłyKoń jest obecny w historii Wojsławic od bardzo dawna. Kiedy cofniemy się do pierwszej połowy XIX wieku, spotkamy Leopolda Poletyłę, właściciela Wojsławic i oficera pułku jazdy lubelskiej. Z zachowanych dokumentów wynika, iż Leopold przekazał na potrzeby wojska 25 koni. Hodowla Poletyły miała konie różnych typów i pochodzenia. Były wśród nich konie arabskie, angielskie, a także konie półkrwi, z których w hodowli wykorzystywano m.in. ogiery trakeńskie. Pod koniec XIX wieku wojsławickie stado liczyło około 150 źrebiąt. W dokumentach wymieniane są konkretne ogiery – Szejk, Jurginius, Noberman II, Landsman 1877. Wojsławice były więc znane w ówczesnym świecie z profesjonalnej hodowli koni. Franciszek Poletyło nie zrezygnował z hodowli koni arabskich, wręcz przeciwnie. Zakupił kilka koni orientalnych, m.in. klacze Melechę, Dagmarę, Pamelę oraz młodego ogiera Petroniusa. Z tej hodowli pochodziły również m.in. Rat Melech, ogier czystej krwi arabskiej. Wojsławice były jednym z nielicznych miejsc w Królestwie Polskim, gdzie prowadzono hodowlę koni
arabskich.Czytaj też: