W stu dziesiątą rocznicę urodzin. Jan Wagner – brat słynnego żeglarza Władysława Wagnera.
Władysław Wagner miał również brata Janka, którego życiorys jest równie fascynujący. Urodził się w 1916 r. w Wierzbniku, gdzie spędził dzieciństwo wychowując się z trójką rodzeństwa, w domu rodzinnym, blisko Góry Trzech Krzyży. Podobnie jak bracia od najmłodszych lat interesowało go żeglarstwo. Będąc dziećmi wspólnie z Władkiem zbudowali pierwszą łódź, nie mając najmniejszego pojęcia o szkutnictwie. Do jej wykonania wykorzystali deski z rozebranych wrot od stodoły. Ich dzieło niedługo stanęło na rzece Kamiennej. Ojciec bezskutecznie poszukiwał sprawcy kradzieży wrót. W 1927 r. tak jak reszta rodziny Janek wyjeżdża do Gdyni. Tam po skończeniu szkoły podstawowej uczy się w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim w Wejcherowie. Tak jak pozostali bracia należy do harcerstwa w drużynie związanej z żeglarstwem. Harcerstwo ukształtowało jego charakter, który w późniejszym czasie okazał się być niezłomny. Po wczesnej śmierci ojca, młodociany Janek utrzymywał rodzinę początkowo pracując fizycznie, a w późniejszym czasie jako urzędnik. W 1934 r. stał się właścicielem ośmiometrowego jachtu o sosnowym kadłubie, zbudowanym w gdańskim warsztacie szkutniczym Kroppa. Po wyremontowaniu żeglował na nim aż do wybuchu wojny. Wojna ujawniła jego postawę patriotyczną. By bronić wybrzeża zaciągnął się na ochotnika do słynnego Batalionu Kosynierów. Walczył z kosą osadzoną na sztorc w obronie Gdyni pod Chylonią. Wojowanie skończył w Babich Dołach, wydostając się na własną rękę z okrążenia. Wtedy byli już zepchnięci do strefy przybrzeżnej, narażeni na ostrzał z karabinów maszynowych od strony lądu i ognia artylerii pływających okrętów wojennych. Kielka dni po powrocie do domu Janek zostaje aresztowany przez gestapo. Ktoś usłużny doniósł na niego jako uczestnika ochotniczej formacji samoobrony. Przewieziony do Nowego Portu pracuje przymusowo przy porządkowaniu pobojowiska na Westerplatte, a niedługo w niemieckim gospodarstwie rolnym u Baurea na Żuławach. Razem ze współwięźniem próbuje porwać łódź z zamiarem wypłynięcia na morze i przedostania się do Szwecji. Ich plany jednak nie powiodą się i zamiast do Szwecji, zostaje więźniem obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Pomimo strasznych warunków pobytu Janek nie traci nadziei, jest wzorem dla innych więźniów, pociesza ich w trudnych chwilach, o czym dowiadujemy się z listu napisanego przez współwięźnia do rodziny Wagnerów, gdy ten został zwolniony po pobycie w szpitalu. W liście prosi, aby rodzina milczała na ten temat, gdyż nie chce „wrócić do piekła”. niedługo Janek Wagner zostaje przeniesiony do obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen położonego w Austrii, około 170 km od Wiednia. Mauthausen był obozem macierzystym, a Gusen filią odległą o 4 km. Nie ma potrzeby szczegółowo opisywać warunków obozowych, gdyż ukazało się na ten temat wiele opracowań naukowych i artykułów publicystycznych (Dość interesująco opisał swoje własne przeżycia bard Warszawski Stanisław Grzesiuk w swojej książce „Pięć lat kacetu”). Należy tylko wspomnieć, iż obóz ten należał do kategorii tzw. Vernichtugslager nr 3 czyli wyniszczania najgorszej kategorii. Od tej pory Janek stał się numerem 3050. Przebywa w obozie w najgorszym czasie. W archiwum rodzinnym zachowało się kilka kartek z tego okresu, wysłanych z obozu przez Janka. Każda karta była cenzurowana, wobec czego nie można się z nich dowiedzieć o faktycznych warunkach panujących w obozie. Napisanie prawdy równałoby się bowiem ze skazaniem na śmierć. Wysłana karta była tylko potwierdzeniem dla rodziny, iż więzień jeszcze żyje. Gehenna Janka Wagnera trwała niecałe trzy lata. Gdy pewnego dnia w 1942 r. otrzymuje polecenie zgłoszenia się do komendatury obozu, żegna się z towarzyszami niedoli, myśląc, iż są to ostatnie chwile jego życia. Komendant miał taki zwyczaj, iż od czasu do czasu trenował strzelanie na więźniach. Upatrzonego więźnia wzywał do siebie, aby służył mu za tarczę strzelecką. Nie sposób wyobrazić sobie co przeżywał wówczas Janek oraz jakie było jego zdziwienie, gdy kazano mu przygotować się do opuszczenia obozu. Umyty i ubrany w strój cywilny, podpisując wcześniej oświadczenie zakazujące mówienia o warunkach obozowych pod rygorem śmierci, wydostaje się na zewnątrz, by niedługo przybyć do rodziny w Krzyżowej Woli. W pierwszej chwili matka go nie poznaje, gdyż po strasznych przeżyciach jest tak wychudzony, iż waży zaledwie 45 kg i jest cieniem człowieka. Podobnych przypadku zwolnień było bardzo niewiele. W tym przypadku był to wynik starań brata Mariana, który znając język niemiecki pisał listy do władz niemieckich o uwolnienie Janka. Dokładnie nie wiemy co skłoniło Niemców do podjęcia takiej decyzji – historia rodzinna (nie potwierdzona faktami) mówi, iż Janek został zwolniony ze względu na nazwisko, które kojarzyło się z uwielbianym przez Niemców kompozytorem. Być może jeden z listów trafił w ręce miłośnika muzyki Richarda Wagnera. Przybycie Janka Wagnera do Starachowic wiązało się z dużym ryzykiem, gdyż nie miał podstaw do zameldowania mieszkając wcześniej w Gdyni. Przez pewien czas ukrywał ten fakt, ale nie chciał być obciążeniem dla rodziny i postanowił pracować. Pewnego razu zdesperowany zdecydował się udać do Arbeitsamtu w Starachowicach, aby uzyskał skierowanie do pracy. Wystraszona urzędniczka Polka, nie tylko nie dała potrzebnego skierowania, ale prosiła, aby nikomu nie wspominał o swojej wizycie i odbytej rozmowie. Janek nie widząc innej możliwości rozwiązania problemu ryzykuje zgłaszając się do gestapo, mieszczącego się w budynku przy obecnej ulicy Konstytucji 3-go Maja. W pokoju podczas przesłuchiwania było kilku funkcjonariuszy gestapo. Uznali, iż jest bezczelny przybywając do Starachowic, zamiast udając się do Gdyni. Wrzeszcząc na niego zapewniali, iż dopilnują, aby wrócił do obozu koncentracyjnego. Rozmowie przysłuchiwał się z boku starszy rangą gestapowiec i w pewnej chwili zabrał głos. Powiedział, iż skoro zgłosił się dobrowolnie, bez interwencji i posiada tutaj swoją rodzinę, to należy załatwić sprawę pozytywnie. Ta interwencja spowodowała, iż Arbeitsamt już nie utrudniał w uzyskaniu pracy w Starachowickich Zakładach Zbrojeniowych. W zakładach pracował do chwili zaprzestania produkcji w 1944 r. Jan Wagner mając za sobą ciężkie doświadczenia, był niebywale wrażliwy na ludzką niedolę. Jakież było zdziwienie rodziny, gdy pewnego dnia wrócił z pracy do domu bez butów, z nogami poowijanymi szmatami. Okazało się, iż litościwy Janek podarował swoje buty Żydowi, który przyszedł do pracy na bosaka. Zaraz po wojnie Janek wyjeżdża do Gdańska, gdyż nie wyobraża sobie życia bez morza. W międzyczasie poślubia Irenę Zawadzką, mieszkankę Skarżyska-Kamienna. W Gdyński zamieszkują w dzielnicy stogi w bliskiej odległości od morza. Domek udostępniony przez miasto, ładnie położony, z ogrodem i tuż obok przepływającą martwą Wisłą, idealnie nadaje się na rekreacyjne spędzanie czasu. Tam też w ciepłe wieczory przy posiłkach na powietrzu, wielokrotnie miałem okazję przebywać w towarzystwie Jana Wagnera, słuchając jego opowieści. Był człowiekiem o delikatnym usposobieniu, spokojnym, niewyrażającym złości, potrafiącym obrócić każdą sporną sytuację w żart. Zastanawiałem się jak człowiek, który przeszedł „piekło” w obozach koncentracyjnych może mieć tyle energii i pozytywnego myślenia. Mając sześć córek i syna musiał dużo pracować. Był tytanem pracy. Po godzinach w pracy zawodowej, prawie sam wybudował domek jednorodzinny na osiedlu Zakosy w Gdańsku. Starczyło mu jeszcze czasu, by we własnej łodzi pływać po Bałtyku. Pracował kolejno w zawodach związanych z morzem jak Stocznia Gdyńska, Stocznia Rybacka w Gdańsku, Państwowe Centrum Wychowania Morskiego w Gdyni, przedsiębiorstwach połowowych, Polskim Rejestrze Statków. Jednocześnie czynnie uprawiał żeglarstwo w Akademickim Klubie Morskim w Gdańsku – Górkach Zachodnich, w okresie pełnym dramatycznych momentów w latach stalinowskich. Po październikowej odwilży politycznej w 1956 r. postarał się o załatwienie wyjazdu na Karaiby, aby odwiedzić brata Władka Wagnera. W 1957 r. spędził tam osiem miesięcy pomagając bratu. W swoich wspomnieniach utkwiły mu w pamięci wspólne rejsy na „Rubiconie”. Prowadzenie tego ciężkiego, dwudziestosiedmiometrowego Jola nie sprawiało mu najmniejszych trudności. Potrafił doskonale manewrować pomiędzy najeżonymi rafami koralowymi wysepkami karaibskimi. Pamiętał ciężką prace przy manualnie obracanej windzie kotwicznej i wysiłek jakiego wymagało kręcenie wielkim kołem sterowym. Władek Wagner ograniczał się do wydawania poleceń i korygowania błędów. Jan Wagner będąc już na emeryturze często przebywał na przystani Akademickiego Klubu Morskiego, gdzie stał jego ośmiometrowy jacht. Był człowiekiem niezwykle lubianym i cenionym przez brać żeglarską. Będąc już człowiekiem w podeszłym wieku nie rozstaje się z łodzią. Samotnie wypływa na Bałtyk, co wprawa w zakłopotanie straż morską, przychylnie do niego nastawioną. Niejednokrotnie próbują mu wyperswadować tego typu rejsy, tłumacząc, iż jest to niebezpiecznego w jego wieku i musza reagować z racji wykonywanej funkcji. Dopiero choroba tuż przed śmiercią uniemożliwiła mu dalsze żeglowanie. Umiera w 2007 r. przeżywszy 91 lat. Pochowany w grobie rodzinnym Wagnerów na cmentarzu Witomino w Gdyni.
Autor: Zbigniew Porajoski











![Lewandowski w MLS to osiwieje ze frustracji [OPINIA]](https://sf-administracja.wpcdn.pl/storage2/featured_original/6a93ae19d16cf8_31183417.jpg)
![Memoriał Wagnera: Polska - Francja. Gdzie oglądać siatkarzy? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/-/000N87MFJ545FO5P-C461.jpg)



