Wałbrzych: 26.01.2026 r. Historia 80 lat KS Górnik – Syberyjskie Losy Zesłańca i Sportowa Pasja. Wspomnienia Trenera Kolarstwa Jarosława Nowickiego

obserwator.walbrzych.pl 1 godzina temu

Fot. Archiwum Jarosława Nowickiego

Jarosław Nowicki z Dariuszem Baranowskim
Zdjęcie klasy w szkole na Syberii
Od prawej JarosłaW Nowicki




Do dzieciństwa nie zatęsknię!
Jeśli ktoś przypuszczał, iż wywózki Polaków na Sybir zakończyły się wraz z końcem II wojny światowej, jest w grubym błędzie. Z całą stanowczością zaprzecza temu Jarosław Nowicki – znany od lat w Wałbrzychu trener kolarstwa w klubie „Górnik”. Człowiek powszechnie kojarzony z życiową pasją do sportu, o którym niewielu wie, iż jest sybirakiem.
Na daleką Syberię został wywieziony w 1949 roku z rodzinnego domu na Litwie. Trafił tam razem z mamą, ciocią oraz młodszym braciszkiem. Obie kobiety ciężko pracowały w różnych kołchozach aż do wiosny 1957 roku, kiedy zezwolono im na powrót do Polski. Ojciec pana Jarosława, skazany na dziesięć lat pobytu w łagrze, miał złagodzony wyrok i po siedmiu latach mógł dołączyć do rodziny w siole zesłańców.
– To było dla nas ogromne szczęście – wspomina. – Ojciec został uznany za politycznego wroga sowieckiej władzy. Początkowo z łagrów wolno było wysłać do rodziny tylko jeden list rocznie. Dopiero po śmierci Stalina przepisy nieco złagodzono.
Dzień wywózki
– Było to wiosną 1949 roku. Dobrze pamiętam ten dzień, choć miałem zaledwie sześć lat – opowiada Jarosław Nowicki. – Pogoda była już ładna, typowo wiosenna. Mieszkaliśmy wtedy na terenie dzisiejszej Litwy, w osadzie Alfredowo, w rejonie kowieńskim, choć do samego Kowna było jeszcze około 50–70 kilometrów.
Rodzina zarówno ze strony ojca, jak i matki posiadała ziemię – prawdopodobnie dość rozległą. Nie podobało się to ani Litwinom w czasie wojny, ani później Rosjanom, którzy wprowadzali tam swoje sowieckie rządy. Sama nazwa Alfredowo miała rodzinne uzasadnienie: Alfred miał na imię dziadek, ojciec i sam Jarosław – była to rodzinna tradycja.
– Pierwsze wywózki w naszej rodzinie miały miejsce już w 1940 roku i dotyczyły wujków ze strony mamy oraz dziadka, który – jak dowiedzieliśmy się po wojnie – zmarł z głodu gdzieś w Autonomicznej Republice Komi – wspomina.
Moment własnej wywózki zapamiętał bardzo wyraźnie. Był to dzień, w którym mama wyszła na zakupy i długo nie wracała. Wieczorem po Jarosława i jego dwuletniego brata przyjechali enkawudziści. Dzieci przebywały wtedy u sąsiadów. Zabrano je wojskowym samochodem na stację kolejową, gdzie w dużej sali zgromadzono już wielu Polaków. Po kilku dniach dołączyła ciocia, a tuż przed wyjazdem – mama.
Ludzi upchnięto w bydlęcych wagonach. Warunki podróży były skrajnie ciężkie. Pociąg często zatrzymywał się w polu, karmiono zesłańców gorącą zupą. Eskortowali ich uzbrojeni żołnierze, pilnując choćby podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych. Dochodziło do prób ucieczek – słychać było strzały, ale ich los pozostał nieznany. W jednym wagonie podczas podróży zmarły trzy osoby. Pierwszą kąpiel umożliwiono dopiero po kilku tygodniach, w Omsku.
Targ niewolników
– Jako dziecko czytałem książkę o niewolniku Kunta Kinte. Po latach mogę powiedzieć, iż przeżyłem coś bardzo podobnego – mówi Nowicki. – W Abakanie, zaraz po wyjściu z pociągu, wystawiono nas na swoisty targ. Brygadziści z kołchozów, fabryk i kopalń wybierali ludzi do pracy – oczywiście za darmo.
Matka, ciotka i dwoje małych dzieci nie przedstawiali atrakcyjnej siły roboczej, dlatego długo nikt ich nie chciał. Dopiero pod wieczór zabrano ich do niewielkiego kołchozu „Krasnaja Zaria” (Czerwona Zorza). Spędzili tam ponad rok. Zamieszkali w ciasnych, drewnianych izbach, wspólnie z innymi rodzinami. Zimą krowy stały na mrozie, konie żyły niemal dziko. W pobliżu rozciągała się groźna tajga, a nocami pod osadę podchodziły wilki.
Kołchoz był wielonarodowościowy: Litwini, Niemcy znad Wołgi, Ukraińcy, Austriak i tylko jedna polska rodzina. Tam Jarosław uczęszczał do pierwszej i drugiej klasy.
Odwiedziny, które zapadły w sercu
– Pewnego dnia przyjechała do nas bardzo stara kobieta, wywieziona na Sybir jeszcze w XIX wieku. Ktoś powiedział jej, iż w tym kołchozie są Polacy. Przez kilka dni jechała tylko po to, by móc przez chwilę porozmawiać po polsku – w języku swojego dzieciństwa. Tego spotkania nigdy nie zapomnę – mówi wzruszony.
Po roku pracy w kołchozie kobiety otrzymały zgodę na przeniesienie do Askizu, a następnie w rejon Krasnojarska, do Szumkowa nad Jenisejem, gdzie przebywał brat ojca. Początkowo pozwolono wyjechać tylko Jarosławowi – samotnie, pod eskortą żołnierza. Dopiero po kilku miesiącach dołączyły do niego mama, ciocia i brat. Po śmierci Stalina do Szumkowa dotarł także ojciec, zwolniony z łagru.
Wyjazd do Polski
– W maju 1957 roku wracaliśmy pociągiem. Ojciec bardzo się wzruszył, gdy zobaczył pierwszy polski mundur po przekroczeniu granicy – wspomina. – Pamiętam też Rosjankę z Leningradu, która zazdrościła nam powrotu do ojczyzny. Miała czego zazdrościć.
Rodzina osiedliła się na Dolnym Śląsku – najpierw w Walimiu, potem w Wałbrzychu i Szczawnie-Zdroju, gdzie Jarosław Nowicki mieszka od 1959 roku. Polska po Syberii wydawała mu się rajem.
– Nigdy nie zatęskniłem za tamtymi stronami. Panował tam zabójczy klimat: zimy do minus 40 stopni i upalne lata. Dwukrotnie chorowałem na malarię. To właśnie te warunki mnie zahartowały. A pasja do kolarstwa? Zawdzięczam ją Stanisławowi Królakowi. Jego zdjęcie znalazło się na okładce „Przekroju”, który dotarł do nas na Syberię – kończy rozmowę.
Krystyna Smerd
2012 r.

Idź do oryginalnego materiału