Sobotni wieczór na Tarczyński Arenie miał być dla Śląska okazją do przełamania, ale zamiast tego zamienił się w pokaz skuteczności mistrza Polski. Lech od początku wyglądał jak drużyna bardziej konkretna, spokojniejsza i przede wszystkim bezlitosna, kiedy pojawiała się możliwość zadania ciosu.
Pierwszy przyszedł w 31. minucie.
Do siatki gospodarzy trafił Filip Jagiełło i Kolejorz objął prowadzenie, na które swoją grą zasługiwał. Poznaniacy kontrolowali wydarzenia na boisku i nie pozwalali Śląskowi rozwinąć skrzydeł.
Po przerwie zamiast bronić wyniku Lech zrobił coś dokładnie odwrotnego – ruszył po kolejne bramki.
Niedługo po rozpoczęciu drugiej połowy wynik podwyższył Pablo Rodríguez. Przy stanie 2:0 sytuacja wrocławian zrobiła się bardzo trudna, ale prawdziwy nokaut miał dopiero nadejść.
W 60. minucie na boisku pojawił się Patrik Wålemark.
I rozpoczął własny koncert.
W 70. minucie Szwed zdobył pierwszą bramkę. Zaledwie trzy minuty później trafił ponownie. Rezerwowy Lecha w ciągu kilku chwil całkowicie odebrał Śląskowi nadzieję na odwrócenie losów spotkania.
Tablica wyników pokazywała 0:4, a przewaga Kolejorza nie pozostawiała większych wątpliwości, która drużyna tego dnia była lepsza.
Dla Wålemarka był to występ niemal idealny. Wszedł z ławki, dostał kilka ponad pół godziny gry i wykorzystał ten czas w najlepszy możliwy sposób. Dublet w trzy minuty sprawił, iż właśnie jego nazwisko stało się jednym z najczęściej wymienianych po końcowym gwizdku.
Śląsk zdołał odpowiedzieć dopiero w doliczonym czasie gry. Honorową bramkę zdobył Grzegorz Tomasiewicz, ale nie mogło to już niczego zmienić. Lech wygrał 4:1 i wywiózł z Wrocławia komplet punktów.
To zwycięstwo ma dla poznaniaków większe znaczenie niż tylko efektowny wynik.
Przed 10. kolejką Lech miał 19 punktów po ośmiu rozegranych spotkaniach i znajdował się w ścisłej ligowej czołówce. Wygrana we Wrocławiu pozwoliła Kolejorzowi przesunąć się na pozycję lidera tabeli.
Warto również przypomnieć, iż przed spotkaniem historia bezpośrednich pojedynków przemawiała za Lechem. Poznaniacy wygrali 36 z wcześniejszych 80 meczów ze Śląskiem, przy 19 remisach i 25 zwycięstwach wrocławian. W sobotę jeszcze poprawili ten bilans.
Dla Kolejorza trudno było wyobrazić sobie lepszy scenariusz przed kolejnym wielkim wyzwaniem.
Już w czwartek, 15 października, na stadion przy Bułgarskiej przyjedzie Bayer 04 Leverkusen. Spotkanie drugiej kolejki Ligi Europy rozpocznie się o godz. 18:45.
Lech przystąpi więc do starcia z niemieckim zespołem po czterech golach strzelonych na wyjeździe i meczu, w którym ofensywa działała niemal bez zarzutu.
A jeżeli Patrik Wålemark zachował choć część formy pokazanej we Wrocławiu, kibice przy Bułgarskiej mają prawo oczekiwać w czwartek kolejnych wielkich emocji.

1 godzina temu













