Kiedy sami zaczynali trenować koszykówkę, trudno było choćby marzyć, iż Bochnia będzie miała drużynę w Ekstraklasie. Dziś żeńska reprezentacja Miasta Soli szykuje się do drugiego sezonu w Basket Lidze Kobiet, a oni odgrywają w jej sztabie istotne role – Łukasz Nabielec jest asystentem trenera, Rafał Sroka kierownikiem drużyny. Jednocześnie obaj pracują w MOSiR-ze, szkoląc dzieci i młodzież. Ich historie dobrze pokazują, jak przez lata zmieniła się bocheńska koszykówka – i jak MOSiR korzysta dziś z ludzi, których sam kiedyś wychował.
Najpierw sami byli po drugiej stronie
Kiedy pytam Rafała Srokę (rocznik 1983), jak zaraził się miłością do basketu, oczywiście wskazuje na fascynację NBA, której Polska uległa na początku lat 90. (ja sam również jestem jej „ofiarą”): Michael Jordan, telewizyjne skróty meczów, pierwsze gazety o koszykówce… W kraju, który wyszedł zza „żelaznej kurtyny” i szerzej otwierał się na zachodnią kulturę i sport, NBA była wtedy czymś świeżym, efektownym i trochę z innego świata. Kultowe „Hej, hej, tu NBA!” Włodzimierza Szaranowicza i Ryszarda Łabędzia – zawołanie z telewizyjnych transmisji – weszło do popkultury i dla całego pokolenia pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych haseł tamtych lat.
Sroka trafił wtedy na zajęcia do tworzonej przez Witolda Jodłowskiego grupy chłopców i przez kolejne lata trenował w bocheńskim MOSiR-ze. Grał także w pierwszej bocheńskiej drużynie, a pod koniec liceum spróbował zrobić kolejny krok i przeniósł się do Cracovii Kraków. Ostatecznie w rozwoju kariery zawodniczej przeszkodziły kontuzje.
Po skończeniu studiów na AWF rozpoczął pracę w Szkole Podstawowej nr 1 w Bochni i prowadził zajęcia SKS z koszykówki. Dzieci zaczęły osiągać dobre wyniki w zawodach szkolnych, co zostało zauważone, i w 2009 roku dyrektor Sabina Bajda zaproponowała mu prowadzenie grupy w MOSiR. Pierwszym zespołem były dziewczęta z roczników 1998-99. Później przyszła grupa rocznika 2000 – ta, z którą Sroka przeszedł niemal całą drogę od dziecięcej koszykówki aż do wieku seniorskiego.
To właśnie o niej mówi dziś, iż była jednym z fundamentów pod to, co w Bochni powstało później.

Łukasz Nabielec (rocznik 1986) również wyrósł z bocheńskiej koszykówki. Jako chłopak trenował w SP nr 1 pod okiem Krzysztofa Kierońskiego, a później grał w grupie MOSiR-u, która jeździła na turnieje (nie była zgłoszona do regularnych rozgrywek ligowych). Później były studia na AWF-ie, gra w tamtejszym AZS-ie i ligi amatorskie – z koszykówką adekwatnie nigdy się nie rozstał.
Do MOSiR-u wrócił już jako trener. Początkowo chciał rozwijać w Bochni koszykówkę chłopców i z takim pomysłem trafił do dyrektor Sabiny Bajdy. Ostatecznie dostał propozycję pracy z dziewczętami. W MOSiR-ze pracuje od 2014 roku. Najpierw prowadził roczniki 2005 i 2006, później przejął grupę dziewcząt z rocznika 2011, z którą pracuje do dziś. Zawodniczki, które zaczynał szkolić jako dzieci, wchodzą już teraz do rozgrywek juniorskich i seniorskich. Z czasem trafił także do sztabów reprezentacji Małopolski. Pracował w nich zarówno jako asystent, jak i pierwszy trener, prowadząc kolejne roczniki młodzieżowe.
W jego przypadku historia również zatoczyła więc koło – kiedyś sam był jednym z chłopaków trenujących w bocheńskim MOSiR-ze, dziś szkoli tam kolejne pokolenie młodzieży.

Co ciekawe, Łukasz Nabielec zawodowo pracuje jako grafik komputerowy. Sam śmieje się, iż wszystko ułożyło się trochę na odwrót. Z wykształcenia jest po AWF-ie, ale jego dawne hobby – grafika – stało się główną pracą, a sport formalnie jest zajęciem dodatkowym.
Tyle iż trudno nazwać dodatkiem coś, co wypełnia niemal każde popołudnie i wiele weekendów. Koszykówka weszła też do jego domu. Córka ma grać w KLK, syn trenuje w klubie Krakowie.
Kolejna ciekawostka: Łukasz od około 20 lat kolekcjonuje karty NBA. Ma ich tak dużo, iż część rozdaje dzieciakom na treningach. Traktuje to jako drobny sposób na zaszczepienie zainteresowania koszykówką.
Obaj podkreślają, iż przy takim zaangażowaniu w koszykówkę ogromne znaczenie ma wyrozumiałość najbliższych. Treningi po pracy, mecze, wyjazdy i weekendy spędzane na hali trudno byłoby pogodzić z życiem rodzinnym bez wsparcia w domu.
Robić tak, jak samemu chciało się mieć
Rafał Sroka bardzo jasno mówi, co od początku było jego motywacją: chciał tworzyć dla swoich zawodniczek takie warunki, jakich sam jako młody koszykarz w Bochni nie miał.
Gdy trenował, czymś wyjątkowym był np. jednodniowy turniej w Nowym Sączu. Wyjazd na kilkudniowy turniej zagraniczny, dobry sprzęt, kilka kompletów strojów czy częsta rywalizacja z drużynami z innych regionów? Wtedy to było adekwatnie poza zasięgiem.
Dlatego później sam zaczął szukać dla swoich zawodniczek czegoś więcej. Pojawiły się turnieje w kraju i za granicą, wyjazdy m.in. do Budapesztu i Wiednia, a także pomysł organizacji międzynarodowego Bochnia Cup. Bywały miesiące, gdy zespół trzy razy wyjeżdżał na trzydniowe turnieje.
– Zawsze moim motywem przewodnim było to, iż robię tak, jak sam chciałbym mieć – mówi Rafał Sroka.
Dziś podkreśla też coś jeszcze: z wieloma swoimi dawnymi zawodniczkami ma kontakt do tej pory. Część założyła już rodziny. Dla niego ważne jest nie tylko to, jakie wyniki osiągnęły, ale też to, jakimi ludźmi się stały.
Sportowo tamta grupa osiągała sporo. Były sukcesy w rozgrywkach małopolsko-świętokrzyskich, turniejach ogólnopolskich i międzynarodowych, a także mistrzostwo Polski szkół gimnazjalnych.
Spełnione marzenia
Rocznik 2000 miał jednak trudniej niż dzisiejsze młode zawodniczki. Przed nim nie było w Bochni starszej grupy, do której można było stopniowo wprowadzać najbardziej utalentowane dziewczęta. Nie było seniorskiej drużyny, do której można było kiedyś zapukać.
To one musiały przecierać szlak. I to one grały w drużynie, która zadebiutowała w II lidze.
Po kilku latach, wielu zmianach, Bochnia zaczęła grać w I lidze, a dziś ma zespół w Ekstraklasie.
– Kiedyś marzyłem, żeby w Bochni w ogóle była seniorska koszykówka. Nie myślałem od razu o Ekstraklasie. Chodziło o to, żeby był ten pierwszy poziom seniorski – wspomina z uśmiechem Rafał Sroka.
Na spełnienie tego marzenia czekał kilkanaście lat. Dziś jest kierownikiem ekstraklasowej drużyny, a w Bochni trafiają się mecze takie jak ten poniżej, komentowane kultowym głosem Ryszarda Łabędzia…
Dziś sami stoją po drugiej stronie boiska
Mimo pracy przy pierwszym zespole ani Sroka, ani Nabielec nie odeszli od szkolenia dzieci.
Rafał prowadzi dziś dziewczęta z roczników 2013-14. Część z nich już trenuje ze starszą grupą.
Łukasz z kolei przez lata prowadził kolejne roczniki MOSiR-u. w tej chwili młode zawodniczki z grupy, którą się opiekuje, wejdzie do rozgrywek Krajowej Ligi Koszykówki (grają w niej rezerwy ekstraklasowych zespołów). W kadrze, którą ma prowadzić w tym sezonie, stawia właśnie na młodość. Chce, by ta liga była dla nich miejscem do ogrywania się i kolejnym etapem w drodze do seniorskiej koszykówki.
W tym miejscu warto wspomnieć jeszcze o dwóch innych osobach – z młodymi koszykarkami pracuje w MOSiR Piotr Lizak, który również był zawodnikiem tej pierwszej, męskiej drużyny MOSiR-u. Trenerką została też Małgorzata Zuchora, która do Bochni trafiła jeszcze jako zawodniczka, gdy zespół grał w I lidze, pomogła wywalczyć awans do Ekstraklasy, została w mieście i dziś sama szkoli kolejne pokolenie młodych koszykarek.
Ekstraklasa daje coś także trenerom młodzieży
Łukasz Nabielec jest też asystentem trenera drużyny występującej w ekstraklasie. Podkreśla, iż praca przy pierwszym zespole ma duże znaczenie – pozwala mu podpatrywać najwyższy poziom od środka. Jak sam mówi, nie chodzi o żadne „rocket science” i wymyślne ćwiczenia. Wiele z nich jest bardzo podobnych do tych, które wykonuje młodzież.
Różnica tkwi w jakości. W organizacji treningu, kulturze pracy, detalach, taktyce, sposobie pracy indywidualnej i zespołowej. To doświadczenie może później wrócić na treningi młodzieży.
– Możliwość bycia częścią takiego sztabu na pewno pozwala trenerowi się rozwijać – mówi Nabielec.
Rafał Sroka przy pierwszym zespole pełni funkcję jej kierownika. Odpowiada za logistykę – organizuje dzień meczowy, wyjazdy, noclegi, kontakt z ligą i innymi klubami.
Koszykówka w Bochni zmieniła się nie do poznania
Rafał Sroka nie ma wątpliwości, iż warunki, jakie mają dziś młode zawodniczki, są nieporównywalne z tymi sprzed ponad 20 lat, kiedy on trenował w MOSiRze: więcej treningów, lepszy sprzęt, regularna rywalizacja, turnieje krajowe i zagraniczne, większe doświadczenie trenerów. – Wszystko się zmieniło – mówi.
Podkreśla również rolę dyrektor MOSiR Sabiny Bajdy. Jak mówi, trenerzy mają dużą swobodę w rozwijaniu własnych pomysłów i mogą liczyć na realne wsparcie przy ich realizacji. Dotyczy to zarówno wyjazdów na turnieje, jak i organizacji większych przedsięwzięć – od międzynarodowego Bochnia Cup, po streetball. Sroka zaznacza, iż kiedy pojawia się interesująca inicjatywa służąca rozwojowi sekcji i zawodniczek, ze strony dyrekcji jest otwartość, pomoc i zielone światło do działania.

Każdy może znaleźć tu miejsce
Dziś sekcja nie narzeka na brak zainteresowania. Rafał Sroka zwraca uwagę, iż na treningi przyjeżdżają nie tylko dzieci z Bochni. Są rodzice, którzy dowożą młode zawodniczki z dalszych miejscowości, a choćby z Krakowa.
Jego zdaniem rodzice widzą dziś przede wszystkim, iż po pierwszych treningach może być kolejny etap. Jest starsza grupa, są rozgrywki młodzieżowe, jest koszykówka seniorska, a na samym szczycie tej drabiny – Ekstraklasa.
Do grup można dołączać również w trakcie roku. – Najważniejsze są dobre chęci i chęć trenowania koszykówki. Każdy znajdzie u nas swoje miejsce – mówi Rafał Sroka.
Partnerem publikacji jest MOSiR Bochnia.


2 tygodni temu














