Z Przasnysza na dach Pamiru. Mariusz Cichowski rusza na podbój siedmiotysięcznika

1 dzień temu

Ma na swoim koncie afrykański Toubkal, legendarny Ararat oraz wymagający Island Peak w Himalajach. Już pod koniec lipca Mariusz Cichowski, przasnyski trener i pasjonat gór wysokich, wyruszy na swoją kolejną, dotychczas najtrudniejszą wyprawę. Celem jest Pik Lenina, potężny siedmiotysięcznik wznoszący się na granicy Kirgistanu i Tadżykistanu. jeżeli mu się uda, ponownie zapisze się na kartach historii swojego rodzinnego miasta.

Cel: Pik Lenina (7134 m n.p.m.)

Choć w środowisku wspinaczkowym Pik Lenina bywa nazywany „najłatwiejszym siedmiotysięcznikiem świata”, to pozory mogą mylić. Tak wielkiej góry zwyczajnie nie można lekceważyć. Pik Lenina to szczyt gdzie choroba wysokościowa bardzo często powstrzymuje potencjalnych zdobywców. Na tej wysokości nie ma mowy o spacerze.

– To już jest siedmiotysięcznik, więc kluczowa będzie aklimatyzacja – tłumaczy Mariusz Cichowski. – Czekają nas wielokrotne wyjścia i zejścia do baz, tzw. rotacje, by przyzwyczaić organizm do rozrzedzonego powietrza. Bez tego atak szczytowy jest niemożliwy.

Wyprawa rusza 28 lipca, a powrót planowany jest na 19 sierpnia. Czas nie jest przypadkowy – lipiec i sierpień to okres najlepszych warunków pogodowych w tym regionie świata. Jednak choćby w lecie góra ta potrafi pokazać swoje najgroźniejsze oblicze. Największym wrogiem jest tam wiatr, osiągający w otwartej przestrzeni prędkości rzędu 70–80 km/h.

Ekipa, z którą jedzie przasnyszanin, jest jednak elastyczna. Liderem grupy jest doświadczony himalaista. W razie załamania pogody zespół jest gotowy przeczekać w namiotach na wysokości 6000 metrów, by bezpiecznie uderzyć w okno pogodowe.

80 treningów w miesiącu

Mariusz Cichowski to sportowiec z krwi i kości – w sporcie aktywnie działa od 32 lat. Jako trener doskonale zna swoje ciało, co pozwala mu na mordercze, ale samodzielne przygotowania. Z reguły trenuje siłowo, więc przed wyprawą na szczyt musi całkowicie przemodelować swój plan treningowy.

– Wspinaczka to sport z reguły kojarzony z drobniejszymi osobami. Zaplanowałem więc, iż zrzucę wagę do 78 kilogramów (obecnie 92 kg). Zamiast więc treningów siłowych skupiam się też bardziej na wytrzymałości i poprawie wydolności oddechowej – przekazuje.

Dla przeciętnego człowieka jego weekendowy plan przygotowań brzmi jak abstrakcja. Mariusz potrafi wykonywać po 5 jednostek treningowych dziennie: od porannego szybkiego marszu przez miasto, przez ciężki trening wydolnościowy na siłowni, 50-kilometrową trasę rowerową, aż po ćwiczenia eliminujące asymetrię mięśniową i wieczorne rolowanie oraz rozciąganie.

– W górach wysokich mięśnie potrzebują ogromnych ilości tlenu. Dlatego przed wylotem muszę drastycznie zejść z wagi, przewartościować trening z siłowego na tlenowy i po prostu przetrwać ten proces dzień po dniu – mówi Mariusz.

Górski charakter: „Zawracamy dopiero na górze”

O tym, iż przasnyszanin potrafi walczyć, świadczy jego zeszłoroczna wyprawa w Himalaje na Island Peak. Mariusz musiał tam stawić czoła nie tylko potwornemu zmęczeniu, ale i złośliwości lokalnego szerpy, który zamiast pomagać, na każdym kroku go demotywował i sugerował odwrót.

To wtedy, na wysokości kilku tysięcy metrów, podczas zejścia, omal nie doszło do tragedii. Mariusz najprawdopodobniej z powodu hipoglikemii był o krok od zapaści i zatrzymania akcji serca.

Przez silny wiatr helikopter ratunkowy nie mógł wylądować, a przasnyszanin choć skrajnie wycieńczony, po krótkim odpoczynku, zszedł o własnych siłach.

W pamięć zapadła mu też lekcja od ratownika TOPR, który wbił mu do głowy żelazną zasadę: zawsze miej dwie czapki i dwie pary rękawic. Gdy na pionowej ścianie w Himalajach jedna rękawica poleciała w 200-metrową przepaść, zapasowa para uratowała przasnyszanina przed amputacją z powodu odmrożeń.

Tak to już jednak jest, iż szczytów nie zdobywają osoby, które paraliżuje strach o własne zdrowie i życie.

– Każdy z nas kiedyś umrze. Czuję się w życiu spełniony, robię to, co kocham. Równie dobrze mogę wyjść na ulicę w Przasnyszu i może potrącić mnie samochód. Góry mnie fascynują i to myślenie nie zmieni moich planów. Tam na górze najważniejsza jest głowa. Kiedy mózg mówi „stop”, nasz prawdziwy potencjał dopiero zaczyna się ujawniać – komentuje nasz rozmówca.

Z Przasnysza w historię

Mariusz, swoją przygodę z górami zaczął tradycyjnie – od wycieczki w Tatry z Janem i Martą Czas. Od tamtego momentu, wiedział, iż ciągnie go w górę. Pik Lenina traktuje jako kolejny, naturalny krok w chmurach – jego marzeniem na kolejny rok jest już pełnoprawny ośmiotysięcznik.

Mieszkaniec Przasnysza nie ukrywa, iż motywuje go również chęć zapisania się w lokalnej historii miasta. – Z moich informacji wynika, choć podkreślam, iż nie wykluczam, iż po prostu o kimś nie wiem, iż nikt z naszych okolic nie był tak wysoko. To niesamowite uczucie wiedzieć, iż można zapisać się w historii Przasnysza. Chciałbym, aby moje nazwisko kiedyś kojarzyło się z pasją do gór i udowadnianiem, iż chcieć to móc – kończy z uśmiechem Mariusz Cichowski.

Korzystając z okazji dziękuje wszystkim dotychczasowym sponsorom za wsparcie. – A szczególnie Angelice Berk, za to iż wspierała mnie w moich dwóch ostatnich wyprawach. Ona tak naprawdę bardziej martwiła tu na dole, niż ja tam na górze – przekazuje.

Trzymamy kciuki za bezpieczną aklimatyzację, dobre okno pogodowe i szczęśliwy powrót do Przasnysza!

ren

Idź do oryginalnego materiału