„Mazurek Dąbrowskiego” nie zabrzmiał ani razu, ale polscy sportowcy nie dali plamy we Włoszech. W 25. zimowych igrzyskach olimpijskich Mediolan-Cortina d’Ampezzo wywalczyli cztery medale. Lepiej na tym polu było tylko w Vancouver (2010) i w Soczi (2014), gdy zdobywali po sześć krążków.
Kacper Tomasiak wszedł do wąskiego grona polskich sportowców, którzy zdobyli na igrzyskach 3 medale. Fot. Kacper Tomasiak/facebookPrzed imprezą na medale w skokach narciarskich nie liczono za bardzo. W ostatnich latach trwał wynikowy regres w tej dyscyplinie. Szans upatrywano, co najwyżej, w postaci jakiegoś pojedynczego wystrzału formy u któregoś z zawodników, połączonego ze sprzyjającymi okolicznościami (czytaj: wiatr pod narty, pech rywali). W tym kontekście dokonania Kacpra Tomasiaka okazały się absolutną rewelacją (nie ma na koncie podium w pucharze świata) i w żadnym razie nie były skutkiem sportowego farta.
Na skoczniach w Predazzo 19-latek z Bystrej k. Bielska Białej prezentował równą, wysoką formę, tym samym zdobył srebro na normalnej skoczni, brąz na dużej oraz wraz z Pawłem Wąskiem srebro w konkursie duetów. Polak pokazał klasę i mocny mental, bo w indywidualnych konkursach po I serii zajmował lokatę poza podium.
– Nie jestem przygotowany na powrót do domu, bo będziemy zdecydowanie bardziej popularni i nie wiem, czego powinienem oczekiwać. Będzie to interesujące – uśmiechał się nastoletni multimedalista po swej medalowej serii. Po powrocie do Bystrej witało go kilkuset mieszkańców. Bohater igrzysk otrzymał m.in. tort, pamiątkowe patery, obraz, drewnianą figurę anioła, a jego mama – kwiaty.
Elitarne grono
– Chciałbym podziękować, iż przyszliście, mimo mrozu. Bardzo dużo to dla mnie znaczy, iż lubicie ten sport, emocje z nim związane. Dziękuję – powiedział skoczek miejscowego LKS-u Klimczok, a któremu kilka razy zaśpiewano mu „sto lat”, a na koniec hymn Polski (miało to też miejsce podczas konkursów we Włoszech).
Tomasiak znalazł się w elitarnym gronie polskich sportowców, którzy zdobyli trzy medale na jednych igrzyskach. Przed nim sztuka ta powiodła się tylko lekkoatletce Irenie Szewińskiej (Tokio 1964), pływaczce Otylii Jędrzejczak (Ateny 2004) oraz biegaczce narciarskiej Justynie Kowalczyk (Vancouver 2010).
Wysoko w niebie
Paweł Wąsek przed wyjazdem do Włoch nie błyszczał formą, stąd nie posiadał się ze szczęścia, iż wylądował na olimpijskim podium. – Przed igrzyskami zastanawiałem się, czy w ogóle na nie pojadę. Trener Maciek ze sztabem uwierzyli we mnie, zaryzykowali. Gdzieś na turnieju byłem mentalnie rozwalony. Teraz jestem wysoko, wysoko w niebie ze szczęściem – uśmiechał się pochodzący z Cieszyna.
– Teraz jestem wysoko, wysoko w niebie ze szczęściem – cieszył się po konkursie duetów Paweł Wąsek (z prawej). Fot. Paweł Wąsek/facebook– Medal dedykuję rodzinie, bo zawsze mnie wspierała. Od dziadka, który zaszczepił we mnie miłość do skakania, po rodziców i siostrę – dodał skoczek WSS Wisła.
W Predazzo po raz ostatni startował w igrzyskach, już szóstych, Kamil Stoch. 38-letni mistrz z Zębu, trzykrotny złoty medalista olimpijski, miał przebłyski na treningach, ale konkursy mu nie wyszły. Już wcześniej zapowiedział, iż jest to jego ostatni sezon w karierze.
„Władek” nie zawiódł
Przed igrzyskami dużo mówiono o medalowych szansach w łyżwiarstwie szybkim. Upoważniały do tego wyniki w pucharze świata i mistrzostwach Europy, szczególnie sprinterów Damiana Żurka i Kai Ziomek-Nogal oraz urodzonego w Jekaterynburgu długodystansowca Władimira Semirunnija.
– Nie stresujcie mnie, medal będzie – zapewniał przed igrzyskami Władimir Semirunnij i słowa dotrzymał. Fot. Władymir Semirunnij/facebookWiecznie uśmiechnięty Rosjanin, który od półtora roku posiada polski paszport, w Mediolanie wykonał plan – zdobył srebro na dystansie 10,000 metrów. – Mówiłem: nie stresujcie mnie, medal będzie. Jestem Polakiem, mogę reprezentować ten kraj i próbuję to robić – komentował popularny „Władek”.
– Nie rzucam słów na wiatr, jak powiedziałem, iż zdobędę medal dla Polski, tak też zrobiłem. Gdy ktoś mówi do mnie „wiesz, jesteś nasz”, to wtedy czuję się naprawdę jak w domu! – przyznał wicemistrz olimpijski, który został chorążym polskiej reprezentacji podczas uroczystości zamknięcia igrzysk. – Jestem bardzo dumny, iż wybrali właśnie mnie. Będę trzymał tę flagę, jak najwyżej mogę – zapewniał 23-letni sportowiec.
Setne sekundy Damiana Żurka
Przynależność do czołówki światowej potwierdzili sprinterzy, ale niestety nie wystarczyło to do podium. Damianowi Żurkowi zabrakło bardzo kilka – 0.07 i 0.09 sekundy odpowiednio na 1000 i 500 m. Polak zajął dwukrotnie czwarte miejsce. Nogal-Ziomek była szósta na 500 m, ze stratą 0.12 s do trzeciej zawodniczki.
Damian Żurek był po swych startach niepocieszony, bo dwa razy otarł się o olimpijskie podium. Fot. Damian Żurek/facebook– Mam nadzieję, iż zdrowie mi pozwoli i odbiję sobie to niepowodzenie za cztery lata. Szkoda, bo nikt mnie nie zapamięta, iż byłem dwa razy na czwartym miejscu – komentował ze smutkiem panczenista Pilicy Tomaszów Mazowiecki. – To nie koniec sezonu, są jeszcze mistrzostwa świata w wieloboju. Z tych zawodów nie mam jeszcze medalu, dlatego to będzie mój cel. Mam nadzieję, iż chociaż takie małe marzenie się spełni – dodał.
Łyżwą w… twarz
W ubiegłorocznych mistrzostwach świata w short tracku w Pekinie Polska zdobyła trzy brązowe medale. W obecnym sezonie Biało-Czerwoni na krótkim torze już nie błyszczeli za bardzo, ale po cichu liczono, iż może akurat na najważniejszej imprezie forma pójdzie w górę. Nic z tego jednak nie wyszło.
Start okazał się w dodatku pechowy. Podczas ćwierćfinałowego biegu na 1500 m Kamila Sellier upadła i została uderzona łyżwą w twarz przez Amerykankę Kristen Santos-Griswold. W mediolańskim szpitalu musiała przejść zabieg chirurgiczny, ponieważ okazało się, iż uszkodzeniu uległa jedna z kości twarzy.
Niczyja wina
W sieci oczywiście zawrzało, a pod adresem rywalki Polski pojawiło się niemało ostrych komentarzy. Sellier zaapelowała do kibiców o zaprzestanie ataków na swą przeciwniczkę.
Polka opublikowała oświadczenie, w którym stanowczo odcięła się od hejtu.
– To, co się stało, nie było niczyją winą. Taka jest natura naszego sportu – wiąże się on z nieodłącznym ryzykiem, a ja mam tego pełną świadomość za każdym razem, gdy wychodzę na lód. Proszę, pamiętajcie, iż wypadki się zdarzają i nikt nie chciał, aby do tego doszło. Wspierajmy się nawzajem zamiast wytykać palcami – napisała Sellier w relacji na Instagramie.
Polka zwróciła się również bezpośrednio do obwinianej zawodniczki z USA. – Wybierzmy życzliwość zamiast nienawiści. Kristen, przesyłam ci mnóstwo miłości i uścisków, wiem, iż dla ciebie to również nie jest łatwy czas – dodała 25-latka.
Złość i łzy
Jedną z najpoważniejszych polskich kandydatek do medalu była snowboardzistka Aleksandra Król-Walas, plasująca się w czołówce zawodów pucharu świata w slalomie gigancie równoległym. W tym sezonie kilkukrotnie stawała na podium zawodów pucharu świata, pokonując najbardziej utytułowane rywalki. Występ w igrzyskach, już czwarty w karierze, zakończyła jednak na ćwierćfinale.
Starty w pucharze świata napawały optymizmem, ale Aleksandra Król-Walas dotarła tylko do ćwierćfinału. Fot. Aleksandra Król-Walas/facebookPo wszystkim snowboardzistka rodem z Zakopanego mocno przeżywała porażkę, ocierając łzy z twarzy. – Czuję głównie złość – mówiła do dziennikarzy. – Jest mi po prostu smutno, bo uważam, iż było mnie stać na więcej. No ale taki jest ten sport. Szkoda, bo prowadziłam cały czas ten przejazd i wystarczył jeden błąd przed samą metą, który zdecydował, iż to nie ja zdobyłam brązowy medal – mówiła na gorąco 35-letnia zawodniczka.
Jeden błąd Maryny
Blisko pełni szczęścia był alpejka Maryna Gąsienica-Daniel. Krajanka Król-Walas zajęła siódme miejsce w slalomie gigancie, z niewielką stratą do podium. Gdyby nie błąd na pierwszym przejeździe, fakt, iż w najtrudniejszym miejscu trasy (stromy uskok tuż po ostrym zakręcie), Polka zdobyłaby medal, którego polskie narciarstwo alpejskie dotąd się nie dorobiło.
– Ciężko mi coś powiedzieć. Przegrać o 12 czy 13 setnych sekundy medal to naprawdę boli – powiedziała Gąsienica-Daniel w wywiadzie dla Eurosportu przeprowadzanym na mecie przez Justynę Kowalczyk-Tekieli. – Ale naprawdę dałam z siebie wszystko. Wiem, iż w drugim przejeździe kilka razy „chwyciło” mi nartę. Podejrzewam, iż to zaważyło na tym, iż straciłam trochę prędkości. To już nie są same umiejętności, tylko trochę szczęścia w narciarstwie – komentowała Maryna, ocierając z twarzy łzy.
Magiczny come back
Nie namieszały na igrzyskach biathlonistki, choć tu liczono na co nieco. Skończyło się na szóstej pozycji w sztafecie i ósmej indywidualnie w sprincie Kamili Żuk. Dla odmiany ta sama ósma lokata wśród kobiet, w biegu na 50 km techniką klasyczną, spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem. Nic dziwnego, bo od czasów Justyny Kowalczyk Polki zajmowały dalekie lokaty, a poza tym Eliza Rucka-Michałek (MKS Istebna), uzyskała życiowy wynik 4 lata po tym, gdy… mdlała na trasie. Diagnoza lekarska – zespół wazowagalny – zdawała się przekreślać marzenia o zawodowym sporcie. Biegaczka wyszła za mąż, urodziła dwójkę dzieci i to ją uzdrowiło. – Gdy zaszłam w ciążę, wszystko zniknęło. Samo. Magia – komentowała przed sportsmenka.
Eliza Rucka-Michałek ozdrowiała po urodzeniu dzieci i pokazała niezłą moc na igrzyskach. Fot. Eliza Rucka-Michałek/facebookWe Włoszech Polka, która raptem trzy razy meldowała się w czołowej trzydziestce zawodów PŚ, walczyła z całych sił. – Nie mam choćby siły mówić. Miałam dużą stratę, którą udało mi się odrobić. Później było już ciężko, ale walczyłam do ostatnich metrów – tłumaczyła za metą.
Stare, ale jare…
Po stronie plusów dodać trzeba szóstą lokatę w dwójkach saneczkowych Nikoli Domowicz i Dominiki Piwkowskiej. W tej dyscyplinie biało-czerwoni nie byli tak wysoko od igrzysk w Sapporo (1972). Po wszystkim gruchnęła wieść, iż Polki miały do dyspozycji dziewięcioletnie, czyli stare, wysłużone sanki. Działacze ripostowali, iż związek zakupił nowe, ale zawodniczki nie chcą na nich jeździć.
Burzę ucięła Nikola Domowicz, wyjaśniając, iż padła wypowiedź, której sens był zupełnie inny. – Ludzie nie znają naszego sportu, więc te słowa wprowadziły ich w błąd. Same sanki, choćby były najlepsze na świecie, niczego nie zmienią. Tutaj chodzi o kompleksowe podejście, czyli najlepsze metale, przygotowanie, możliwość testów, tor treningowy – przyznała polska olimpijka.
Zakazana pamięć…
Igrzyska miały swoich bohaterów, którzy niekoniecznie zdobywali medale. Ukraiński skeletonista Władysław Heraskewycz został wykluczony z rywalizacji, bo włożył kask, na którym umieścił wizerunki ponad 20 poległych na wojnie z Rosją ukraińskich sportowców i trenerów. MKOl powołał się na artykuł 50. Karty Olimpijskiej, który wprowadza „zakaz wszelkiego rodzaju demonstracji lub propagandy politycznej, religijnej albo rasowej na obiektach olimpijskich i w innych miejscach”. Decyzja władz olimpijskich spotkała się z powszechną krytyką.
Dramatycznie udział w igrzyskach zakończyła Lindsey Vonn, 41-letnia legenda narciarstwa alpejskiego. Amerykanka przed wyjazdem do Włoch doznała poważnej kontuzji więzadła krzyżowego (czwartej już w karierze), ale stanęła na starcie. Chciała raz jeszcze zaczarować alpejski stok, ale skończyło się fatalnym upadkiem i serią zabiegów chirurgicznych.
Sportowym szokiem dla kibiców łyżwiarstwa figurowego był występ Ilji Malinina. Noszący przydomek „Quad God” Amerykanin miał jako pierwszy pokazać na igrzyskach poczwórnego Axla, spekulowano choćby o skoku z pięcioma obrotami. Zamiast historycznego występu, wyszła wielka klapa. Podwójny mistrz świata nie wytrzymał presji, totalnie zawalił start w programie dowolnym (m.in. dwa upadki i 15. lokata) i ostatecznie wylądował na 8. miejscu.
Złoty Johannes
Bank ze złotymi medalami rozbił na igrzyskach Johannes Hoesflot Klaebo. Norweski biegacz narciarski zdobył we Włoszech 6 złotych medali, triumfując w każdej konkurencji, w której startował. Ciekawostkę stanowi fakt, iż nie przysporzy mu to finansowych nagród w kraju. Prezes norweskiej federacji wyjaśnił, iż medaliści z tego państwa nie dostają premii finansowych, bo związek woli przeznaczyć pieniądze na rozwój młodych talentów i pomoc dla biedniejszych dyscyplin. Argumentem jest to, iż najlepsi sportowcy posiadają lukratywne kontrakty sponsorskie i zarabiają odpowiednio dużo w pucharze świata.
Polska jest hojna
Kanał fińskiej telewizji YLE porównał premie medalowe poszczególnych państw uczestniczących na IO. Według stacji, jedne z najciekawszych wynagrodzeń przygotowała… Polska. – Ten kraj, poza Singapurem i Hongkongiem, najlepiej dba o złotych medalistów i jest to pokaźna gotówka, samochód oraz mieszkanie, a poza tym sportowa emerytura. To jest naprawdę coś – podkreślono.
Jako przykład podano Kacpra Tomasiaka, który we Włoszech zyskał nie tylko sławę i chwałę. Po zsumowaniu premii z PKOl i Ministerstwa Sportu nastolatek zainkasuje kwotę w granicach 2 milionów złotych (brutto). Z kolei po osiągnięciu 40. roku życia będzie otrzymywał emeryturę w wysokości 5,116.99 złotych netto miesięcznie – plus to, co wypracuje w ZUS. Kolejna szansa na takie profity za 4 lata we francuskich Alpach.
Tomasz Ryzner














