– Przez jedną nieuzasadnioną decyzję lekarza moje życie zmieniło się w koszmar – pani Magdalena z Giewartowa opisuje to, co przeżyła w słupeckim szpitalu.
W jakich okolicznościach trafiła Pani do słupeckiego szpitala?
6 stycznia 2024 r. dokuczał mi silny ból brzucha. Pojechałam na pomoc doraźną, gdzie zdiagnozowano u mnie kolkę wątrobową. Otrzymałam leki przeciwbólowe i rozkurczowe. Po pewnym czasie ból powrócił. W styczniu byłam hospitalizowana dwukrotnie – diagnoza dyskineza pęcherzyka żółciowego oraz dyskinęza dróg żółciowych. Podczas drugiej hospitalizacji po badaniach obrazowych stwierdzono okołobrodawkowy uchyłek dwunastnicy. Zakwalifikowano mnie do zabiegu. Wyznaczono termin na 16 lutego 24 r. Do szpitala przyjęto mnie 15 lutego 24 r. W tym miejscu pragnę zauważyć, iż nie chorowałam przewlekłe i nie przyjmowałam żadnych leków na stałe. Moje wyniki z badań wykazały, iż pęcherzyk żółciowy, watroba i trzustka są prawidłowe.
Na czym miał polegać Pani zabieg?
Według mojej wiedzy, którą zmuszona byłam posiąść w ciągu bez mała trzech lat, dzisiaj dokładnie wiem na czym polega zabieg ECPW. W moim przypadku polegał na endoskopowym nacięciu Brodawki Vatera, które miało skutkować swobodnym odpływie żółci do dwunastnicy. Z uwagi na trudny dostęp do brodawki z powodu uchyłka okołobrodawkowego wciągającego dwunastnicy, było to ryzykowne. O godz. 8:55 zostałam przewieziona do pracowni endoskopowej. Otrzymałam narkozę i przystąpiono do zabiegu. Zabieg trwał 10 minut. Nie wprowadzono wszystkich procedur endoskopowych tj. podanie kontrastu i zdjęcia RTG. Podczas zabiegu doszło do krwawienia, w protokole czytamy „krwawienie opanowano. Do nadzoru”. Nie wprowadzono procedury leczenia zachowawczego, co zapobiegłoby powikłaniom, w moim przypadku wyciekowi żółci do otrzewnej i przestrzeni poza otrzewnowej, co zagrażało bezpośrednio mojemu życiu i wywołało zapalenie otrzewnej. Do dziś nie wiem dlaczego arbitralnie lekarz podjął decyzję o zabiegu, biorąc pod uwagę trudny dostęp z powodu uchyłka okołobrodawkowego. Dlaczego się nie wycofał i nie skierował mnie do ośrodka o podwyższonej referencyjności, gdzie mogłabym otrzymać realną pomoc.
Co wydarzyło się po zabiegu?
Po wybudzeniu z narkozy zostałam przewieziona na salę chorych. W tym momencie rozegrał się horror, który na zawsze zmienił moje życie! Poczułam niesamowity ból i mdłości. Zaczęły się wymioty treścią żółciową. Ból był tak silny, iż leki przeciwbólowe nie pomagały, pielęgniarka wydzwaniała do lekarzy i pytała co ma zrobić. Domyślam się, iż dzwoniła na blok operacyjny, bo na oddziale nie widziałam żadnego lekarza. O godzinie szesnastej, tj. 6 godzin po zabiegu zostałam przewieziona na tomografię. Ból był tak silny, iż wyłam, chyba słyszał mnie cały szpital. Leżąc pod tomografem zdałam sobie sprawę, iż to koniec, iż odchodzę. Balansowałam między życiem a śmiercią. Wyobrażałam sobie twarze moich bliskich, myślałam o tym, iż nie zdążę się pożegnać, co z nimi będzie jak odejdę. To było nie do zniesienia, wylewająca się żółć do otrzewnej dosłownie trawiła moje organy, i myśl, iż umieram. Po przewiezieniu na salę chorych pielęgniarka powiedziała „pani Magdo, niech pani dzwoni do męża, bo nie jest dobrze”. Nie byłam w stanie wybrać numeru, więc poprosiłam o pomoc. Oznajmiłam mężowi, iż jest źle i czeka mnie zabieg. Pamiętam drogę na salę operacyjną i przerażone twarze personelu. Niestety nie zdążyłam spotkać się z moim mężem, dosłownie się minęliśmy. Operacja zaczęła się po dziewięciu godzinach i piętnastu minutach. Otrzymałam narkozę i straciłam świadomość.
Kiedy ja Pani odzyskała?
Kolejnego dnia obudziłam się podpięta do aparatury, zacewnikowana, z rurkami w brzuchu i rurką w nosie, która z żołądka odprowadzała kwasy żołądkowe. Na brzuchu widziałam ogromny opatrunek. Lekarz poinformował mnie, iż podczas zabiegu endoskopowego doszło do perforacji tj. przecięcia przewodu żółciowego wspólnego i musiałam przejść trwającą 5,5 godziny operację ratującą życie. Z jednej strony cieszyłam się, iż przeżyłam, z drugiej nie mogłam pogodzić się z tym, co się stało. Kiedy zdałam sobie sprawę, iż mój stan jest ciężki, pytałam męża „czy ja umrę?” Oczywiście mój mąż zaprzeczał, robił dobrą minę do złej gry. Widziałam jego przerażenie. Czułam, iż jest źle.
Jak wygladała operacja ratująca życie?
Konieczne było rozległe cięcie brzucha i wykonanie zespolenia przewodowo jelitowego tj. podłączenie przewodu żółciowego do jelita cienkiego. Po operacji mój stan był ciężki, rozwinęło się zapalenie otrzewnej, co bezpośrednio zagrażało mojemu życiu. Otrzymałam leki w pompie, dożylne odżywianie, kroplówki nawadniające i leki przeciwbólowe. Nie mogłam pogodzić się z tą sytuacją. Przyjechałam do szpitala na mało inwazyjny zabieg, a teraz okaleczona, cierpiąca i załamana walczyłam o życie. Starałam się nie poddawać. Mimo ogromnego bólu wstawałam z łóżka i przy pomocy chodzika spacerowałam po korytarzu. Płakałam i spacerowałam. Wiedziałam, iż ruch pozwoli mi szybciej dojść do siebie. Nie sposób opisać co czułam. W jednej chwili odebrano mi moje szczęśliwe życie. Wcześniej miałam plany, marzenia, teraz miałam ból fizyczny i psychiczny, nasuwały się pytania, na które nie było odpowiedzi. W niedzielę po południu dwa dni po operacji, kiedy leki przestały działać poczułam ogromny napierający ból i powiększający się brzuch po prawej stronie. Poprosiłam siostrzenicę mojego męża, która była z wizytą u mnie, żeby podeszła do lekarza i poprosiła o pomoc, w odpowiedzi usłyszała „niech przyjdzie lekarz, który operował”. Rzecz jasna, iż tego lekarza nie było, miał być następnego dnia w pracy. Nie wierzyłam w to co usłyszałam. Lekarz dyżurny odmówił udzielenia pomocy pocjentce w stanie ciężkim. Nie wiedziałam co mam zrobić. Poprosiłam pielęgniarkę o silne leki przeciwbólowe, żeby przetrwać do następnego dnia. W środę otrzymałam kleik ryżowy na wodzie i Nutridrinka. Ku mojemu zaskoczeniu w czwartek, tj. sześć dni po rozległej operacji w trakcie leczenia zapalenia otrzewnej zostałam wypisana do domu. Oprócz badania krwi, nie zrobiono żadnych badań np. USG, żeby się upewnić, czy mogę kontynuować leczenie w domu. Po tygodniu stawiłam się na wyciągnięcie szwów do poradni chirurgicznej. Okazało się, iż powstał torbiel w dolnej części brzucha i to właśnie torbiel był przyczyną mojego napierającego bólu, który odczuwałam w niedzielę. Gdybym w ten dzień otrzymała pomoc, to w dużym stopniu ograniczyłoby to mój ból. Zostałam wypisana ze szpitala bez diagnostyki ze stanem zapalnym i torbielą w brzuchu do domu. Po powrocie z poradni położyłam się do łóżka i praktycznie dwa miesiące nie wstawałam.
Jak wtedy wyglądało Pani życie?
Mój mąż zmuszony był zrezygnować z pracy, żeby móc opiekować się mną. Chudłam w oczach, ważyłam 49 kg przy wzroście 172 cm. Cierpiałam fizycznie i psychicznie. Nie byłam w stanie zaakceptować zmian jakie zachodziły w moim wyglądzie. Wystające żebra i łopatki, pomarszczona skóra i wypadające garściami włosy. Traciłam atrybuty kobiecości. To było nie do przyjęcia. Kiedy doszłam do momentu, iż zjadałam kromkę chleba z twarogiem i wypijałam Nutridrinka, uznawałam to za wielki sukces. Sukces przypłacony ogromnym bólem po każdym posiłku. Traciłam chęci do życia. Ból towarzyszył mi nieustannie, silne leki przeciwbólowe jedynie tłumiły ten ból. Gdy nadchodził czas posiłku byłam przerażona, bo wiedziałam, iż czeka mnie cierpienie nie do opisania. To było takie uczucie jakby ktoś wkładał ręce do brzucha i ściskał moje organy wewnętrzne, miałam wtedy problemy z oddychaniem i często kończyło się omdleniem. To nie było życie, to była wegetacja. Nie godziłam się z tą sytuacją. Wcześniej realizowałam swoje pasje i marzenia, wycieczki rowerowe, nurkowanie, pływanie kilkunasto kilometrowe spacery każdego dnia, malarstwo, miałam plany i marzenia, teraz miałam cierpienie i myśli samobójcze. Każdej nocy śniłam koszmar, czułam, iż umieram. Pozbawiona nadziei, żyjąca w głodzie i bólu zastanawiałam się jaki rodzaj śmierci wybrać. Marzyłam o tym, żeby już nie cierpieć, chciałam mieć to z głowy.
Jak to Pani przetrwała?
To moja córka, zupełnie nieświadoma mojego stanu psychicznego wpłynęła na zmianę mojej decyzji. Podziwiała mnie, jak sobie dobrze radzę, jaka jestem silna, mówiła o tym co czuła patrząc jak choroba mnie wyniszcza, o swoich obawach, jak budząc się rano zastanawiała się czy ja przez cały czas żyję. Wiedziałam, iż moi bliscy bardzo cierpią, nie odczuwali bólu fizycznego, ale ogromny ból psychiczny. Pomyślałam, iż nie mogę odejść, iż muszę walczyć, muszę żyć dla moich bliskich. Moje dzieci: syn, córka, mój mąż pragnęli mojego zdrowia.
Później była jeszcze Pani w szpitalu?
Tak, w marcu mąż zawiózł mnie do szpitala z silnym bólem, zostałam przyjęta na oddział chirurgii, otrzymałam standardowo leki przeciwbólowe i rozkurczowe. Diagnoza: ostre zapalenie trzustki. Następnie w lipcu byłam hospitalizowana, ból był tak silny, iż córka była zmuszona wezwać zespół ratownictwa medycznego, zostałam przyjęta na oddział, oczywiście standard: leki przeciwbólowe i rozkurczowe, badanie krwi. Następnego dnia usłyszałam od lekarza, iż są to bóle czynnościowe i muszę nauczyć się z tym żyć i wszelkie leczenie endoskopowe w moim wypadku jest wykluczone, bo jestem po zespoleniu przewodowo-jelitowym i już nie ma drogi dostępu. Lekarz zignorował moje wyniki z rezonansu magnetycznego, które jednoznacznie wskazały na zwężenie zespolenia przewodowo jelitowego, spojrzał pobieżnie, nie obejrzał płyty z badania. 2 lipca, w moje urodziny, zostałam pozbawiona wszelkiej nadziei na życie bez cierpienia.

Szukała Pani pomocy w innych szpitalach?
Oczywiście. W kwietniu miałam rezonans magnetyczny, badanie jednoznacznie wykazało zwężenie zespolenia przewodowo-jelitowego i konieczna będzie reoperacja. Lekarze z Warszawy, Poznania i Bydgoszczy nie zdołali mi pomóc. W wyniku zwężenia zespolenia wystąpiły kolejne powikłania. Zdiagnozowano u mnie ropowicze zapalenie pęcherzyka żółciowego i konieczna była kolejna operacja. W samą rocznicę pierwszej operacji miałam kolejną operację usunięcia pęcherzyka żółciowego. Ból przez cały czas mi towarzyszył, szukałam dalej pomocy i po ponad dwóch latach, znalazłam wspaniałego specjalistę z dziedziny endoskopii, który podjął się mojego leczenia. Profesor z Torunia przeprowadził skomplikowany dwuetapowy zabieg endoskopowy, polegający na wytworzeniu zespolenia dwunasniczo jelitowego, co umożliwiło w drugim etapie poszerzenie zespolenia. Niestety w wyniku nawracającego ostrego zapalenia trzustki i uchyłka okołobrodawkowego zachorowałam na przewlekłe zapalenie trzustki, na postępującą, nieuleczalną chorobę. To jest bonusik, jaki otrzymałam w wyniku powikłanego zabiegu ECPW w słupeckim szpitalu.
Jak dziś wygląda Pani życie?
Po operacji w Toruniu jest trochę lepiej, mogę więcej jeść i lepiej funkcjonować Jestem na bardzo restrykcyjnej diecie trzustkowej, która utrzymuje mnie przy życiu. przez cały czas odczuwam ból po każdym posiłku, ale znacznie mniejszy. Przygotowuję posiłki dla mojej rodziny ze świadomością, iż ja już nigdy nie będę mogła tego jeść. To jest bardzo frustrujące i wyniszczające psychicznie. O życiu sprzed 16 lutego 2024r. mogę jedynie pomarzyć. Zostały mi jedynie wspomnienia. Już nigdy nie będę żyła pełnią życia. Na przestrzeni niespełna trzech lat byłam 12 razy hospitalizowana, 8 razy poddana zabiegom, w tym 2 operacje otwarte i 6 zabiegów endoskopowych. Czekają mnie następne zabiegi i pobyty w szpitalach. Mimo wszystko wierzę, iż w końcu będę mogła żyć bez bólu.
Niedawno postanowiła Pani walczyć o sprawiedliwość.
Wcześniej niej miałam siły, podjęłam decyzję we wrześniu ubiegłego roku. Świadomość krzywdy jaka mnie spotkała i moich bliskich skłoniła mnie do podjęcia tej decyzji. Moje dosłownie chore życie, cierpienie mojego męża, mojej córki, która chodzi regularnie na psychoterapię i depresja mojego syna jest wynikiem nieodpowiedzialnego działania lekarza i ciągu dramatycznych zdarzeń w słupeckim szpitalu. Najbardziej zaskakująca, a zarazem inspirująca była sytuacja, w której szpital nie chciał udostępnić danych ubezpieczyciela. Po dwukrotnym wysyłaniu pisma przez mojego pełnomocnika otrzymaliśmy dane ubezpieczyciela. Oczywiście ubezpieczyciel nie przychylił się do wniosku o zadośćuczynienie, co nie było żadnym zaskoczeniem, w odpowiedzi przedstawił bardzo sprzeczne informacje ze stanem faktycznym. Nie pofatygował się uważnie przeanalizować mojej dokumentacji medycznej. Po przeczytaniu odpowiedzi od ubezpieczyciela poczułam się poniżona i zlekceważona. Nie mogłam tego tak zostawić. Napisałam skargę do szpitala w Słupcy, zgłosiłam sprawę do Prokuratury Rejonowej w Słupcy i złożyłam wniosek o wszczęcie postępowania wyjaśniającego do Rzecznika Praw Pacjenta w Warszawie. Postępowanie zostało wszczęte.
Do czego ma Pani największe zastrzeżenia?
To długa lista, która w piśmie do prokuratury zajęła całą stronę. Mianowicie: Niezastosowanie podstawowych procedur endoskopowych podczas zabiegu ECPW. Nieuzasadniona decyzja o kontynuowaniu zabiegu, po stwierdzeniu anomalii anatomicznej, nieudzielenie pomocy przez lekarza dyżurnego na oddziale chirurgii, nieuzasadniona zwłoka 9 godz. i 15 minut do operacji ratującej życie i narażenie mnie na bezpośrednią utratę życia, przedwczesne, nieuzasadnione wypisanie mnie do domu, doprowadzenie do ciężkiego kalectwa i narażenie na niewyobrażalne cierpienie i wiele innych. Poszłam do szpitala praktycznie zdrowa, za dysfunkcją brodawki Vatera, a wyszłam okaleczona, wyniszczona. Cierpię na zespół pourazowy i depresję, której nie mogę leczyć ze względu na częste narkozy. Już nigdy nie będę zdrowa. Wszystkie rażące błędy i zaniechania w słupeckim szpitalu przyczyniły się do mojego kalectwa, do braku możliwości normalnego życia mojego i mojej rodziny. Horror, jaki zafundowano mi w słupeckim szpitalu będzie mnie prześladował do końca życia, udręczonego życia! Muszę podkreślić jedną kwestię, iż moje działania nie są wymierzone wobec całego personelu oddziału chirurgii w słupeckim szpitalu. Pracują tam wspaniałe Panie pielęgniarki, które swą postawą, empatią i doświadczeniem zawodowym każdego dnia walczą o pacjenta. Moim Aniołem Stróżem jest lekarz Pan Andrzej Durski. Uważam za swój moralny obowiązek wskazanie osoby Pana Andrzeja Durskiego, któremu zawdzięczam życie. Podjął heroiczną walkę o moje życie. W niezwykle trudnych okolicznościach przeprowadził bardzo skomplikowaną procedurę medyczną ratującą moje życie. Pan Andrzej Durski otoczył mnie nie tylko profesjonalną opieką medyczną, ale również niezwykłą życzliwością i wsparciem. W najtrudniejszych chwilach mojego życia czułam, iż jestem pacjentką, o którą naprawdę się walczy. Dzięki Panu Andrzejowi Durskiemu, całemu zespołowi z bloku operacyjnego i Paniom pielęgniarkom, dzisiaj mogę uczestniczyć w życiu mojej rodziny i dochodzić swoich praw. Do końca życia będę za to wdzięczna.

1 godzina temu











