Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej wydał ostrzeżenie pierwszego stopnia przed intensywnymi opadami deszczu z burzami dla całego województwa mazowieckiego, w tym dla Warszawy oraz 26 powiatów. Alert obowiązuje do wtorku do godziny 8:00, a prognozowana suma opadu sięga miejscami od 40 mm do 60 mm. Deszczowi mają towarzyszyć porywy wiatru do około 75 km/h i możliwy grad.
Fot. Warszawa w PigułceW nocy z poniedziałku na wtorek na Mazowszu spadnie lokalnie tyle, ile zwykle przez cały miesiąc
Fala upałów, która w niedzielę podnosiła temperaturę w południowej i wschodniej Polsce do 35 stopni, kończy się wraz z wejściem chłodnego frontu atmosferycznego od zachodu. Front przemieszczał się przez kraj przez cały poniedziałek, a wieczorem strefa najsilniejszych opadów dotarła nad Mazowsze i Ziemię Łódzką. Według prognozy IMGW w nocy z poniedziałku na wtorek we wschodniej połowie kraju spadnie od 10 mm do 20 mm deszczu, w pasie ciągnącym się od Śląska i Małopolski przez Ziemię Łódzką i Świętokrzyską aż po Mazowsze i Podlasie od 20 mm do 40 mm, a lokalnie na Mazowszu i Podlasiu do około 60 mm. W czasie burz wiatr ma osiągać w porywach do 70 km/h, a początkowo choćby do 90 km/h. Strefa opadowa opuści Polskę dopiero we wtorek rano.
Wtorek będzie najzimniejszym dniem tej zmiany. W stolicy termometry pokażą maksymalnie około 18 stopni, a nocą temperatura spadnie do mniej więcej 11 stopni. Różnica względem weekendu przekracza 15 stopni i to ona odpowiada za wrażenie gwałtownego przeskoku z lata w jesień. Kolejne dni przyniosą stopniowe ocieplenie: w środę około 22 stopni, w czwartek około 25, w piątek około 26. To jednak nie będzie powrót upału ani stabilnej pogody, bo model wskazuje wysokie prawdopodobieństwo opadów w czwartek i w sobotę, przy temperaturze w okolicach 24 stopni w weekend. Reszta sierpnia zapowiada się więc zmiennie, z przewagą pochmurnych dni i przelotnych opadów, a nie z jednym ciągłym deszczem.
Przesuszona ziemia przyjmuje wodę wolniej, dlatego 60 mm zachowuje się inaczej niż zwykle
Ryzyko podtopień nie bierze się z samej ilości wody, tylko z tego, w jakim stanie jest grunt, na który ta woda spada. Mazowsze wchodzi w ten okres po długim, suchym lecie. Jak powiedział synoptyk Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej Przemysław Makarewicz w rozmowie z portalem zero.pl w lipcu tego roku, prognozy długoterminowe mówiły o suszy i to się potwierdza, bo cały czas mamy do czynienia z suszą hydrologiczną, a opady związane z burzami mają miejscami bardzo intensywny, ale lokalny charakter. Ten mechanizm działa niekorzystnie w obie strony: przesuszona gleba nie odbudowuje zapasów wody podczas krótkiej ulewy, a jednocześnie przyjmuje ją wolniej, niż spada.
Powód jest czysto fizyczny. Wysuszona warstwa wierzchnia zbija się i traci strukturę porów, przez które woda wnika w głąb. Przy gwałtownym deszczu chłonność takiego gruntu jest niższa niż przy opadzie rozłożonym na kilka dni, więc znaczna część wody nie wsiąka, tylko spływa po powierzchni do najniżej położonych punktów. Stąd bierze się pozorny paradoks, przy którym podtopienia pojawiają się po okresie suszy, a nie po tygodniach deszczu. W terenie zabudowanym dochodzi do tego uszczelnienie powierzchni: dachy, parkingi i asfalt nie wchłaniają wody w ogóle, a całość obciążenia trafia do kanalizacji.
W Warszawie woda zbiera się tam, gdzie zawsze, czyli w tunelach i na obniżeniach terenu
W stolicy skutki takiego opadu widać najszybciej w miejscach, w których ukształtowanie terenu robi za naturalny zbiornik. Chodzi o przejazdy pod wiaduktami, tunele, przejścia podziemne i zjazdy do garaży położone poniżej poziomu ulicy. Warszawska straż pożarna po każdej większej ulewie notuje serie wyjazdów do wypompowywania wody z piwnic i garaży podziemnych, a najwięcej zgłoszeń pochodzi z dzielnic o zabudowie jednorodzinnej, gdzie działki są niżej położone względem drogi albo nie mają odprowadzenia wód opadowych. Miasto od lat rozbudowuje system retencji, ale przy opadzie rzędu kilkudziesięciu milimetrów w kilka godzin kanalizacja przyjmuje wodę wolniej, niż ta napływa.
Drugą kwestią jest komunikacja. Zalane zaniżenia jezdni oznaczają wyłączone pasy ruchu i objazdy, a przy porywach wiatru sięgających 75 km/h dochodzi ryzyko połamanych konarów, które blokują torowiska tramwajowe i drogi dojazdowe. Kierowcy powinni liczyć się z tym, iż po intensywnej nocy część utrudnień utrzyma się do wtorkowego poranka, mimo iż sam deszcz już ustanie. Woda schodzi z jezdni szybciej niż z terenów zielonych i z piwnic.
Wypompowanie wody z piwnicy kosztuje więcej niż kwadrans przy studzience
Jedna liczba porządkuje tę kalkulację: 60 mm opadu to 60 litrów wody na każdy metr kwadratowy powierzchni. Na dachu domu o rzucie 100 metrów kwadratowych daje to 6000 litrów, które w ciągu kilku godzin muszą gdzieś odpłynąć. o ile rynna kończy się przy fundamencie, a studzienka jest zapchana liśćmi po suchych tygodniach, ta woda znajdzie drogę do piwnicy. Sprawdzenie i przetkanie odpływu zajmuje kilkanaście minut, natomiast osuszanie zalanego pomieszczenia to koszt liczony w setkach, a przy zniszczonej podłodze i sprzęcie w tysiącach złotych.
Najczęstszy błąd popełniają jednak kierowcy, którzy przy zalanym przejeździe pod wiaduktem oceniają głębokość wody na oko i wjeżdżają dalej. Trzydzieści centymetrów wystarczy, żeby unieruchomić samochód osobowy, a woda zassana do układu dolotowego oznacza naprawę silnika, której żadne ubezpieczenie autocasco nie musi pokryć, jeżeli uzna, iż kierowca wjechał świadomie. Objazd zabiera kilka minut, a alternatywa potrafi kosztować równowartość kilku miesięcznych rat.
Warto też przestawić plany na wtorek. Przy 18 stopniach, deszczu i wietrze rezygnacja z ogródka działkowego, wyjazdu nad Zalew Zegrzyński czy pracy w ogrodzie nie jest wielkim wyrzeczeniem, natomiast wyjście z domu bez kurtki przeciwdeszczowej po tygodniach 30 stopni zdarza się nagminnie. Kolejne dni przyniosą już wyższą temperaturę, więc chłód potrwa krótko. Deszcz i zachmurzenie zostaną z nami dłużej.

3 godzin temu














