Zapytaliśmy poznaniaków co sądzą o podwyżkach cen za parkowanie. „Czuję się jak skarbonka miejskiego budżetu”

7 godzin temu

Władze miasta tłumaczą, iż to element polityki transportowej, zachęta do korzystania z komunikacji publicznej. Tylko że… tramwaje i autobusy też od września podrożeją. Kierowcy mówią więc wprost: „To nie jest zachęta, to podwójny cios”.

Pan Krzysztof, który codziennie dojeżdża do pracy do centrum:
„Trzy godziny za ponad 30 zł? To więcej niż obiad na mieście. Do tego jeszcze bilet droższy o złotówkę. Miasto traktuje mieszkańców jak skarbonkę, do której można sięgnąć, kiedy tylko brakuje w budżecie”.

Pani Marta z Jeżyc, mama dwójki dzieci, jest równie rozgoryczona:


„Mam sprawy do załatwienia w centrum, ale zaczynam się zastanawiać, czy nie taniej byłoby po prostu wziąć taksówkę w obie strony. To absurdalne, iż własnym autem nie stać mnie na godzinny postój”.

Paradoks polega na tym, iż choć dla osób płacących podatki w Poznaniu przewidziano zniżki, to kilka to zmienia. Pierwsza godzina w centrum kosztuje „tylko” 7,5 zł. –

„To ma być ulga? To przez cały czas najdroższa stawka w Polsce. Za chwilę będziemy płacić więcej za parking niż za abonament Netfliksa” – ironizuje pan Piotr z Rataj.

Miasto argumentuje, iż pieniądze z podwyżek idą na rozwój transportu publicznego i poprawę jakości powietrza. Ale mieszkańcy zwracają uwagę, iż alternatywy są wciąż niewystarczające. Parkingów buforowych brakuje, komunikacja bywa przeciążona, a rower miejski dopiero odbudowuje swoją markę po latach problemów.

Efekt? Poznań staje się miastem, w którym samochód powoli traktowany jest jak luksus – dostępny dla nielicznych. Tylko iż zamiast realnie ograniczać ruch, nowe stawki wywołają przede wszystkim frustrację i poczucie, iż kierowców łupi się dla zasady.

Idź do oryginalnego materiału