Zdrowo, bo morsowo. To rodzaj pozytywnego uzależnienia

2 godzin temu

Zimna woda, gorące emocje i spora dawka endorfin – tak morsują członkowie grupy Morsy Foczki Kaczyce. Od kilku lat spotykają się regularnie, by zanurzyć się w lodzie i udowodnić, iż zimno może być sprzymierzeńcem zdrowia. O swojej pasji i rekordowych wyzwaniach opowiada Grzegorz Misiur, członek tej grupy.

Wasze gremium ma już kilkuletnią historię.

Nasza grupa zimnolubnych, Morsy Foczki Kaczyce, działa nieprzerwanie od 2019 roku. Cały czas ktoś nowy do nas dołącza, inni odchodzą, pojawiają się nowe twarze i tak to się kręci. To żywy organizm – raz ktoś wpadnie tylko na próbę, innym razem zostaje z nami na lata.

Czyli to grupa otwarta na nowe osoby?

Jak najbardziej, cały czas zapraszamy chętnych. Zawsze powtarzam, iż jeżeli ktoś choć raz pomyśli o morsowaniu, to już znaczy, iż się do tego nadaje. To naprawdę potrafi wciągnąć. Ostrzegam jednak wszystkich, iż może się skończyć tak, iż po pierwszym wejściu do zimnej wody człowiek będzie chciał wracać regularnie – minimum raz w tygodniu, a najlepiej dwa lub trzy razy. To coś w rodzaju pozytywnego uzależnienia.

Co według Pana jest najfajniejszego w morsowaniu?

Tych zalet jest naprawdę cały szereg – od wpływu na zdrowie fizyczne po niesamowite działanie na psychikę. Na własnym przykładzie widziałem, jak bardzo zmienia to samopoczucie. Organizm dostaje solidnego, ale pozytywnego szoku i momentalnie czuje się przypływ energii. Gdy wchodzi się do zimnej wody, często oddech na chwilę się zatrzymuje, ale wystarczy kilka sekund, by się uspokoić i skupić tylko na sobie. To pierwszy, bardzo istotny etap – oderwać się od codziennych spraw i wsłuchać w swoje ciało.

Czyli ma też znaczenie dla zdrowia psychicznego?

Oczywiście. Po każdym większym wysiłku fizycznym zimna kąpiel działa zbawiennie – przyspiesza regenerację mięśni, redukuje napięcie i daje uczucie głębokiego odprężenia. Ciało i głowa dostają sygnał, iż mogą odpocząć. To bardzo naturalny sposób na reset.

Kąpiel morsowa to wysiłek fizyczny?

Na początku – jak najbardziej. To wyzwanie dla organizmu, który uczy się reagować na zimno. Ale z każdym kolejnym wejściem ciało adaptuje się, a morsowanie zaczyna działać jak najlepszy trening oddechowo-krążeniowy. Człowiek czuje się coraz lepiej i coraz bardziej zrelaksowany.

Podobno daje to dużego „powera”?

Tak, zdecydowanie. W czasie kontaktu z zimnem w organizmie zachodzi cała reakcja chemiczna – wydzielają się endorfiny, adrenalina i dopamina. To prawdziwy zastrzyk energii i euforii. Po dłuższych spotkaniach z zimnem można odczuwać wręcz stan podobny do lekkiego odurzenia – taki naturalny „haj”. Organizm mobilizuje wszystkie siły, by się ogrzać, więc uruchamia wewnętrzne procesy, które nas wzmacniają i regenerują.

Lepiej, gdy temperatura powietrza jest jak najniższa, czy nie ma to znaczenia?

Wbrew pozorom, większe znaczenie ma temperatura wody. Idealna wynosi około 0,1°C. Mówię potocznie o „morsowaniu”, choć osobiście wolę określenie „świadome obcowanie z zimnem”. Samo słowo „morsowanie” kojarzy mi się z postawą „na jeńca” – czapka, rękawiczki, neopren i wejście do wody tak, żeby tylko nie zmarznąć. A przecież nie o to chodzi! Woda o temperaturze około 0,1°C delikatnie szczypie, ale nie paraliżuje – to uczucie orzeźwia i pobudza krążenie. Po wyjściu skóra jest czerwona, a ukrwienie znacznie lepsze. Oczywiście zanurzamy całe ciało. Polecam – dla wprawionych morsów – tzw. resety, czyli zanurzenia głowy, pamiętając o oddychaniu. Początkującym wystarczy minuta lub dwie. Najważniejsze – nie zakładać czapki, rękawiczek czy szalika, bo to przeczy idei zimnej kąpieli.

Czyli jak mówię o Panu „mors”, to nie do końca trafny, a może choćby nieco dezawuujący termin?

Nie, proszę się nie martwić (śmiech). Używam słowa „morsy”, ale bliższe mi jest właśnie to „świadome obcowanie z zimnem”, bo lepiej oddaje sens tego, co robimy.

To Pana własne określenie, czy wśród morsów są różne podejścia?

Różnice są i to spore. W Polsce mało kto – choćby wśród samych morsów – wie, iż istnieje pojęcie „ludzi zimna”. To osoby, które podchodzą do tego bardziej świadomie – bez rozgrzewki, bez presji czasu, ucząc ciało naturalnej reakcji na chłód. Wbrew powszechnym opiniom rozgrzewka przed wejściem do zimnej wody nie jest potrzebna, ponieważ rozgrzany organizm nastawia się na ochładzanie, a my chcemy, żeby sam się ogrzewał. Chodzi o odbudowanie utraconej umiejętności samoregulacji cieplnej. Dawniej człowiek miał to w naturze, ale centralne ogrzewanie i wygoda sprawiły, iż się rozleniwiliśmy. Dziś przez to więcej chorujemy, a odporność spada.

Od jak dawna Pan to praktykuje?

Zimne kąpiele stosuję regularnie od 2019 roku. Chciałem już jako dziecko, ale rodzice się bali. Dziś mam 42 lata i mogę śmiało powiedzieć, iż to najlepsza decyzja w moim życiu.

I startuje Pan też w zawodach morsowych…

Tak, od pewnego czasu. Rok 2024 był przełomowy – wtedy wystartowałem w Międzynarodowych Mistrzostwach w morsowaniu i zająłem 5. miejsce, spędzając w balii z wodą i lodem 2 godziny i 41 minut. W tym samym roku w Białej Rawskiej, razem z grupą zaprzyjaźnionych zimnolubnych, ustanowiliśmy rekord Polski w sztafecie morsowej. Cała akcja trwała 24 godziny – morsowaliśmy z przerwami, po kilkanaście minut w każdej godzinie, co finalnie dało mi czas ponad 6 godzin spędzonych w wodzie o temperaturze 0-1°C. To było ogromne przeżycie.

Rozumiem, iż w zawodach głównym kryterium jest czas, ale czasem też temperatura?

Tak, czas jest podstawowym kryterium, ale temperatura to już poziom ekstremalny. To wyzwania dla ludzi, którzy mają długie doświadczenie i świetnie znają swój organizm.

Kto jest w tym najlepszy na świecie?

Dla mnie nie ma wątpliwości – Polacy. Ludzie zimna, czyli moje koleżanki i koledzy, którzy są rekordzistami Guinnessa w tej dziedzinie. Zresztą sam też mam taki rekord.

Kiedy to było?

W grudniu 2024 roku w Międzyzdrojach braliśmy udział w największej sztafecie morsowej świata – 208 uczestników, każdy po 5 minut w wodzie z lodem, zanurzony po szyję. Liczyła się liczba uczestników, nie czas. I udało się – ustanowiliśmy oficjalny rekord Guinnessa. To było coś niesamowitego.

Rekord wciąż aktualny?

Aktualny. Nikt jeszcze go nie pobił.

Dla Pana morsowanie to sport, rekreacja czy filozofia życia?

Powiedziałbym, iż wszystko po trochu. Dla mnie to nieodłączna część życia – sposób na spędzanie czasu, utrzymanie zdrowia i kontakt z ludźmi. Ale też forma medytacji i pracy z ciałem. Człowiek po wyjściu z wody czuje się, jakby narodził się na nowo.

Zaczęliśmy od grupy Morsy Foczki Kaczyce i wróćmy do niej. Czy morsowanie w grupie jest lepsze niż solo lub w sposób niezorganizowany?

Na początku zdecydowanie tak. Daje to poczucie bezpieczeństwa i wsparcia. Z czasem pojawia się potrzeba wyciszenia, wtedy lubię wejść do wody sam. Ale z grupy bym nie zrezygnował – to fantastyczni ludzie z ogromną energią. No i w razie czego zawsze ktoś pomoże.

A propos bezpieczeństwa – są osoby, którym morsowanie może zaszkodzić?

To ważna kwestia, niektórym może zaszkodzić. Przeciwwskazaniami są choroby serca nieunormowane lekami, poważne wady serca, a także zaawansowane żylaki. W każdym przypadku warto skonsultować się z lekarzem, choć wielu lekarzy wciąż nie zna dokładnie tematu i reaguje z rezerwą. Klucz to słuchać swojego organizmu i zaczynać spokojnie.

Gdzie najczęściej morsujecie jako grupa?

Zaczynaliśmy na Olzie i czasem tam wracamy, zwłaszcza zimą, gdy woda jest czysta. Ale najczęściej wybieramy tzw. Karwińskie Morze – mamy tam świetne warunki: głęboką wodę, plażę i miejsce do przebrania. A iż to tuż za granicą, śmiejemy się, iż rozbieramy się w Polsce, a kąpiemy w Czechach.

W okolicy są prawdopodobnie inne interesujące miejsca do praktykowania tego stylu.

Jasne, na przykład w okolicach Brennej, Ustronia i Wisły jest sporo rzek i wodospadów, które świetnie się nadają. Wyglądają niepozornie, a bywają naprawdę głębokie i dzikie. Dają zupełnie inne wrażenia niż jezioro czy staw.

A jak się przygotować do morsowania?

Zawsze radzę, by przed morsowaniem nie ubierać się za ciepło. Na morsowanie jadę w rozpiętej kurtce, a po wyjściu z wody najważniejsze to stworzyć „termos” dla organizmu – pozwolić mu samemu dojść do normalnej temperatury. Pomaga gruba odzież, czapka, rękawiczki, można też wejść w śpiwór. Gdy ciało powoli się ogrzewa, tworzy się najlepszy „koktajl zdrowotny” dla naszego organizmu – wyrzut endorfin i pozytywnych emocji. To właśnie ten moment, dla którego warto to robić.

Dziękuję za rozmowę.

Idź do oryginalnego materiału