Życie i rękę Kingi uratowali lekarze ze szpitala w Mielcu. Teraz, bohaterka tamtych zdarzeń – po prostu im dziękuje

4 godzin temu
Kiedy Kinga trafiła do Szpitala Specjalistycznego w Mielcu, dr Krzysztof Milik, chirurg naczyniowy, ocenił, iż jest szansa uratować tę rękę! Dziś Kinga może patrzeć na swoją przyszłość inaczej, niż mogła się tego spodziewać w najtragiczniejszych chwilach po wypadku. Dlatego docenia wysiłki mieleckich lekarzy i jest im wdzięczna. (Fot. Archiwum szpitala w Mielcu)

Kiedyś jej rękę zmiażdżyła maszyna, a obrażenia były tak rozległe, iż trzy szpitale nie podjęły się leczenia tego niezwykle trudnego przypadku. Proponowały szybką amputację i walkę o to, by Kinga przeżyła. „Kiedy trafiła do Szpitala w Mielcu, lekarze postanowili zawalczyć nie tylko o jej życie, ale także o rękę. Dziś Kinga potrafi poruszać palcami, chwycić szklankę i samodzielnie wykonywać wiele codziennych czynności. A kiedy jakiś czas po zabiegach spotkała lekarza, który ją ratował, nie potrafiła powstrzymać emocji. Po prostu rzuciła mu się na szyję i powiedziała: „Bardzo dziękuję!”- czytamy na stronie lecznicy.

Są w medycynie przypadki, kiedy każda minuta może mieć znaczenie, a lekarze muszą mierzyć się z sytuacjami, w których stawką jest ludzkie życie. Są też obrażenia tak rozległe i skomplikowane, iż samo podjęcie się leczenia stanowi ogromne wyzwanie.

Priorytetem jest ratowanie życia

W takich okolicznościach lekarze muszą przede wszystkim zrobić wszystko, by pacjent przeżył. I nikt nie może obiecać, iż uda się uratować ciężko uszkodzoną kończynę. Nikt nie może zagwarantować, iż organizm wytrzyma dramatyczne następstwa wypadku.

Dla Kingi przyszłość stała pod ogromnym znakiem zapytania. Ale w Mielcu zapadła decyzja, by zawalczyć o wszystko dla młodziutkiej, dwudziestokilkuletniej kobiety!

Kiedy Kinga trafiła do Szpitala Specjalistycznego w Mielcu, dr Krzysztof Milik, chirurg naczyniowy, ocenił, iż jest szansa uratować tę rękę! Do pracy przystąpiły trzy zespoły specjalistów: chirurgii naczyniowej, ortopedii i neurochirurgii. Wymagało to współpracy, doświadczenia i determinacji lekarzy, którzy podjęli się leczenia tak ciężkiego przypadku. Nie była to obietnica, iż wszystko zakończy się szczęśliwie. Była to decyzja, by podjąć walkę!

Dla Kingi była to szansa, iż nie straciła wszystkiego co mogła!

Dziś Kinga potrafi mówić o swoim szczęściu i wdzięczności. To nie tak, iż wypadek nie pozostawił po sobie konsekwencji i wszystko wróciło do stanu sprzed tragedii. Ale mimo dramatycznych obrażeń jej ręka działa i może służyć jej w codziennym życiu. Potrafi poruszać palcami. Umie chwycić szklankę. Radzi sobie z wieloma zwykłymi czynnościami, które dla większości z nas są tak oczywiste, iż choćby się nad nimi nie zastanawiamy.

Dla niej każdy taki gest ma szczególne znaczenie. Za tymi ruchami kryje się historia dramatycznego wypadku, ciężkich obrażeń, walki o życie i wysiłku jej samej i wielu specjalistów. Kryje się również niepewność, która towarzyszyła jej wtedy, gdy nie było wiadomo, czy uda się ocalić rękę.

Leczenie nie skończyło się na Mielcu. Kinga przeszła kolejne operacje w Szpitalu Specjalistycznym im. Ludwika Rydygiera w Krakowie, na Oddziale Chirurgii Plastycznej. Dzięki temu leczeniu jej ręka działa i wygląda coraz lepiej.

Dziś Kinga może patrzeć na swoją przyszłość inaczej, niż mogła się tego spodziewać w najtragiczniejszych chwilach po wypadku. Dlatego docenia wysiłki mieleckich lekarzy i jest im wdzięczna.

„Szedłem korytarzem zmęczony, a nagle jakaś dziewczyna rzuciła mi się na szyję”- tak wspomina spotkanie z Kingą dr Krzysztof Milik, chirurg naczyniowy ze Szpitala Specjalistycznego w Mielcu.

Nie odbyło się ono na sali operacyjnej, czy podczas konsultacji ani choćby w trakcie kolejnego etapu leczenia. Wydarzyło się zupełnie niespodziewanie, na szpitalnym korytarzu.

– Nigdy nie zapomnę tej sytuacji. Szedłem korytarzem zmęczony, choćby nie rozglądałem się szczególnie wokół siebie, a nagle na szyję rzuciła mi się jakaś dziewczyna i powiedziała po prostu: „Bardzo dziękuję!” Patrzę, a to nasza Kinia, dzielna dziewczyna, która przeszła tak wiele i dziś czuje się doskonale, a na dodatek ma w sobie tyle wdzięczności i optymizmu – mówi dr Krzysztof Milik.

Czasem właśnie takie chwile zostają w pamięci na dłużej niż niejeden inny zawodowy sukces. Nie ma w nich medycznej terminologii, wyników badań ani skomplikowanych opisów operacji. Jest człowiek i jego wdzięczność. Jest świadomość, iż podjęta decyzja miała znaczenie daleko wykraczające poza szpitalne mury.

„To była praca zespołowa bardzo wielu lekarzy”

Dr Milik podkreśla jednak, iż historia Kingi nie jest zasługą jednej osoby. – To była praca zespołowa bardzo wielu lekarzy i decyzja Pana z góry. Widocznie tamtego dnia tak miało być, iż trafiła do nas! – mówi chirurg.

„Takie przypadki przypominają, jak ogromne znaczenie ma kooperacja między lekarzami i gotowość do podejmowania trudnych wyzwań. Nie zawsze można zagwarantować pacjentowi powrót do pełnej sprawności. Nie każdy dramat da się odwrócić. Ale czasem determinacja i wspólny wysiłek pozwalają ocalić znacznie więcej, niż początkowo wydawało się możliwe. W historii Kingi stawką było nie tylko życie. Była nią również szansa na zachowanie sprawności na resztę dorosłego życia, które przecież dopiero się zaczynało!” – czytamy na stronie szpitala.

Według przekazu historia Kingi to coś więcej niż medyczny sukces. Bo nie sposób przejść obojętnie obok tej historii. Choć zaczyna się od przerażającego wypadku i perspektywy amputacji, nie kończy się na dramacie. Kończy się – a może lepiej powiedzieć: trwa – w codziennych gestach Kingi, choćby podaniu ręki lekarzowi, któremu zawdzięcza tak wiele.

Idź do oryginalnego materiału