Za chwilę sport przestaje być tylko grą. W takich meczach zaczyna przypominać bitwę o coś znacznie większego. W Warszawie stawką nie był już tylko brązowy medal. To była przepustka do świata wielkiej siatkówki, walka o miejsce w europejskiej elicie i drzwi do Ligi Mistrzów.
Okiem Zielonego Trenera
Dwa pierwsze sety? Dominacja. PGE Projekt Warszawa grał jak armia doskonale przygotowana do starcia. Była organizacja, była dyscyplina, była pewność. Jan Firlej prowadził grę z chłodną precyzją, blok funkcjonował jak mur nie do przejścia, a skrzydła kończyły piłki bez wahania. 25:21, 25:22. To nie były przypadkowe wyniki. To była kontrola.
W takich momentach często pojawia się złudzenie, iż przeciwnik już pękł. I właśnie tu zaczyna się prawdziwa lekcja siatkówki.
Rzeszów nie zszedł z boiska. Rzeszów zmienił rytm bitwy.
Od trzeciego seta goście zaczęli grać odważniej na zagrywce, mocniej w kontrze, szybciej w decyzjach. Projekt zaczął tracić płynność. Pojawiły się rotacje, zmiany, szukanie impulsu. Na parkiecie pojawili się Śliwka, Weber, Kozłowski, Koppers. To był moment reakcji sztabu, próba zatrzymania rozpędzonego przeciwnika.
Ale są takie chwile w sporcie, kiedy przeciwnik łapie wiatr w żagle i trudno go zatrzymać. 22:25, 18:25. Mecz wrócił do punktu wyjścia.
Tie-break? To już nie jest siatkówka. To jest test charakteru.
Tam nie wygrywa się systemem. Tam wygrywa się głową.
W tej jednej, krótkiej partii więcej zimnej krwi zachowała Asseco Resovia. 12:15. Jedna seria, kilka decyzji, kilka piłek i to oni przedłużyli tę wojnę.
Co mówi trener?
To bolesna porażka, ale bardzo cenna. Bo pokazuje dokładnie, gdzie jest granica między kontrolą a zwycięstwem. Na tym poziomie nie wystarczy grać dobrze przez dwa sety. Trzeba domknąć mecz mentalnie.
Dobra wiadomość? Projekt przez cały czas prowadzi 2:1.
I wciąż trzyma wszystko w swoich rękach.
Wojna trwa dalej. A takie mecze budują drużyny, które naprawdę są gotowe na Ligę Mistrzów.













