No i doczekali się. Ci, którzy od wielu miesięcy z niecierpliwością czekali, aż piłkarskiemu Podhalu powinie się noga, wreszcie dostali swoją chwilę. Po dwóch kolejnych porażkach 2:5 w niektórych miejscach korki od szampana wystrzeliły chyba z większą siłą niż po awansie do 2. ligi. Cztery kolejki sezonu i już można przeczytać, iż wszystko było pomyłką, drużyna się nie nadaje, trener nie wie, co robi, a spadek jest niemal przesądzony.
Spokojnie. Naprawdę spokojnie.
Żeby była jasność: Podhale ma problem. Widziałem i widzę to na własne oczy, będąc blisko tego zespołu. Nie zamierzam pudrować rzeczywistości, bo nie o to chodzi. Jedną porażkę 2:5 można jeszcze nazwać wypadkiem przy pracy. Drugiej z rzędu, w niemal identycznych rozmiarach, wytłumaczyć w ten sposób już się nie da. To jest sygnał ostrzegawczy. I to dość głośny.
Jeszcze bardziej niż same wyniki boli sposób, w jaki Podhale te dwa mecze przegrało. Zabrakło tego, co przez wiele miesięcy było znakiem rozpoznawczym tego zespołu: energii, determinacji, agresywności w dobrym tego słowa znaczeniu, wiary we własne możliwości. Kiedy nowotarżanom szło, potrafili nakręcać się każdą udaną akcją. Kiedy nie idzie – na razie wygląda to tak, jakby zespół nie miał planu B.
I właśnie nad tym trzeba pracować.
Podhale musi modyfikować swój pomysł na grę, dokładać nowe rozwiązania, nauczyć się reagować również wtedy, kiedy mecz nie układa się według scenariusza przygotowanego przed pierwszym gwizdkiem.
Do ogłaszania sportowego pogrzebu jest jednak jeszcze bardzo daleka droga.
Najbardziej bawią mnie ci, którzy po czterech kolejkach już wiedzą, jak zakończy się sezon. Ci sami eksperci, którzy jeszcze niedawno musieli zaciskać zęby, bo Podhale uparcie nie chciało dostarczać im powodów do szyderstwa. Awansowało. Wygrywało. Zaskakiwało. Budowało wokół siebie zainteresowanie. Pokazywało, iż w Nowym Targu piłka nożna może mieć swoje miejsce.
Teraz wreszcie mogą sobie poużywać.
Na czele tej internetowej ofensywy wyrósł ostatnio choćby pan Artur O., który w komentarzach zdaje się przeżywać prawdziwy renesans swojej eksperckiej aktywności. Po dwóch przegranych Podhala nagle wszystko stało się dla niego jasne: drużyna słaba, pomysł zły, przyszłość czarna. Cóż, łatwo być prorokiem po dwóch porażkach. Trudniej było o podobną pewność wtedy, kiedy Podhale przez długie miesiące regularnie odbierało swoim krytykom argumenty.
Jeszcze bardziej osobliwie wygląda to z perspektywy kogoś, kto tak chętnie rozlicza klub, a którego – przynajmniej z tego, co sam miałem okazję obserwować – podczas domowych spotkań Podhala można było zobaczyć oglądającego mecz z przyczajki, spod budynku, zamiast z biletem w ręku na stadionie. Te przysłowiowe 35 złotych, będące przecież najprostszą cegiełką, jaką kibic może dołożyć do funkcjonowania klubu, najwyraźniej łatwiej zostawić w kieszeni, a później z bezpiecznej pozycji wystawiać drużynie, trenerowi i całemu klubowi internetowe oceny. Taki właśnie jest pan Artur O.
Oczywiście krytykować wolno każdemu. Nikt nie musi kupować biletu, nikt nie musi kibicować Podhalu i nikt nie musi zachwycać się jego grą. Tylko trochę kuriozalnie brzmi troska o kondycję klubu ze strony tych, którzy niekoniecznie chcą dołożyć do niego choćby tę najmniejszą cegiełkę, za to przy pierwszej nadarzającej się okazji ustawiają się w pierwszym szeregu szyderców.
I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej zabawne. Są ludzie, którzy z sukcesów Podhala potrafią zrobić problem, a z jego porażek – osobiste święto. Kibicować nie muszą. Mogą nie lubić klubu, trenera, piłkarzy, działaczy, a choćby samej piłki nożnej. Ich prawo. Tylko może nie udawajmy później, iż szyderstwo po przegranym meczu jest nagle wyrazem wielkiej troski o dobro Podhala.
Pozazdrościć zdolności przewidywania przyszłości.
Sport ma jednak tę paskudną cechę, iż kompletnie nie przejmuje się internetowymi wyrokami.
Ta sama drużyna Tomasza Kuźmy już raz znalazła się w dużo trudniejszym momencie. Wtedy też pojawiały się pytania, wątpliwości i nerwowość. Potrafiła z kryzysu wyjść. Potrafiła odpowiedzieć na boisku. Dlatego nie widzę żadnego powodu, żeby dzisiaj zakładać, iż tym razem będzie inaczej.
Co więcej, mam wrażenie, iż Podhale w pewnym sensie stało się ofiarą własnego sukcesu.
To, co wydarzyło się w poprzednim sezonie, trochę zaburzyło ocenę rzeczywistego potencjału klubu. Sportowego, ale przede wszystkim organizacyjnego i finansowego. Kapitalne wyniki sprawiły, iż momentami zapominaliśmy, z kim Podhale rywalizuje i jakie możliwości mają niektórzy jego ligowi przeciwnicy.
Podhale nie dostało nagle budżetu z innej planety. Nie stało się finansowym potentatem 2. ligi. W wielu obszarach wciąż mierzy się z klubami o zdecydowanie większych możliwościach.
I właśnie dlatego poprzedni sezon był tak wyjątkowy.
Na tym przecież polega piękno sportu. Gdyby zawsze wygrywał bogatszy, silniejszy i ten z największą liczbą nazwisk w składzie, nie byłoby po co wychodzić na boisko.
Ale sport ma też drugą stronę: weryfikację.
I właśnie tę weryfikację Podhale teraz przechodzi.
Nie bez powodu od lat powtarza się, iż dla beniaminka często trudniejszy od pierwszego jest drugi sezon. W pierwszym działa świeżość, entuzjazm, element zaskoczenia. Rywale dopiero cię poznają. Rok później wiedzą już znacznie więcej. Analizują, przygotowują się, wiedzą, gdzie szukać słabych punktów.
Podhale właśnie się o tym przekonuje.
Nie mam również wątpliwości, iż dwie takie porażki muszą siedzieć w głowach zawodników. To nie jest komputerowa gra, w której po końcowym gwizdku naciskamy „restart” i zaczynamy od zera. Piłkarze też to przeżywają. Też czytają. Też wiedzą, iż zagrali źle.
I właśnie teraz okaże się, jaką drużyną naprawdę jest Podhale.
Dobre zespoły nie są dobrymi zespołami dlatego, iż nigdy nie przegrywają. Są nimi dlatego, iż potrafią znaleźć odpowiedź, kiedy wszystko przestaje się układać.
Moim zdaniem kadrowo obecne Podhale jest choćby mocniejsze niż przed rokiem. Tyle iż nowi zawodnicy potrzebują czasu, zespół potrzebuje automatyzmów, a trener potrzebuje kolejnych meczów, żeby znaleźć najlepsze ustawienie i adekwatne proporcje. Czas powinien działać na korzyść tej drużyny.
Czy przełamanie przyjdzie już w meczu z Resovią? Chciałbym, ale wcale nie jestem przekonany, iż kryzys da się zamknąć jednym pstryknięciem palców.
Może przyjść kolejna trudna chwila. Może przyjść następna porażka. Zresztą zapewniam: w tym sezonie Podhale jeszcze niejeden mecz przegra. Tak samo jak każdy inny zespół tej ligi.
Bo liga już teraz pokazuje, iż jest mocniejsza, bardziej wyrównana i trudniejsza niż przed rokiem.
Ważne jest coś innego.
Żeby w klubie nie zaczęto wykonywać nerwowych ruchów pod wpływem kilku wyników. Żeby zawodnicy nie stracili wiary w to, co robią. Żeby trener potrafił zmienić rzeczy, które przestały funkcjonować. I żeby kibice pamiętali, iż drużynę najłatwiej wspierać wtedy, kiedy wygrywa.
Prawdziwy test zaczyna się właśnie teraz.
Moment przełomowy przyjdzie. Jestem o tym przekonany. Pytanie tylko, kiedy i czego Podhale nauczy się po drodze.
A wszystkim tym, którzy po czterech kolejkach zamówili już trumnę, wykopali dół i napisali nekrolog, radziłbym jeszcze chwilę poczekać.
Ostrożnie z tym pogrzebem.
Bo może się okazać, iż za jakiś czas trzeba będzie wszystko odwoływać.















