Kolej zawiodła pasażerów. Środa pełna nerwów na gnieźnieńskim dworcu

1 dzień temu

Już we wtorkowy poranek pasażerowie korzystający z połączeń kolejowych na linii Poznań–Gniezno zaczęli odczuwać pierwsze problemy. Pociągi notowały opóźnienia, a przewoźnicy informowali o utrudnieniach spowodowanych oblodzeniem sieci trakcyjnej. Wtedy jeszcze można było mówić o niedogodnościach. Kilkanaście godzin później sytuacja przerodziła się jednak w prawdziwy kolejowy paraliż.

Środa przyniosła eskalację problemów, które szczególnie dotknęły mieszkańców Gniezna dojeżdżających do pracy, szkół czy planujących dalsze podróże w kierunku Wrocławia, Bielska-Białej czy północy kraju. Wieczorem sytuacja była – jak określali ją sami pasażerowie – katastrofalna. Część pociągów została odwołana, inne kończyły bieg w losowych miejscach, a informacja pasażerska pozostawiała wiele do życzenia.

Sprawę krótko i dosadnie skomentował Maciej Januchowski, dziennikarz „Głosu Gniezna”, „Waszego Radio FM” oraz podcaster „O tym mówi Gniezno”. W swoim wpisie zwrócił uwagę na rażący kontrast pomiędzy politycznymi zapowiedziami kolei dużych prędkości a realnym funkcjonowaniem systemu kolejowego w zwykłych, zimowych warunkach.

Jak podkreślał, przy zwykłej gołoledzi przewoźnicy – głównie PKP Intercity – nie byli w stanie realizować rozkładów jazdy, a PKP Polskie Linie Kolejowe jako zarządca infrastruktury nie przygotowały sieci w sposób, który zapobiegłby masowym zakłóceniom. Szczególnie dotkliwe były decyzje o odwoływaniu pociągów od Gniezna do stacji końcowych, co dla pasażerów jadących w dalszą trasę oznaczało faktyczne utknięcie bez realnej alternatywy.

Kiedy politycy mówią o kolejach dużych prędkości w Polsce, a my marzymy sobie o szybszym pokonywaniu kilometrów to przewoźnicy kolejowi, gównie PKP Intercity, wchodzą cali na biało i przy zwykłej gołoledzi nie potrafią realizować rozkładów jazdy, a PKP PLK jako zarządca sieci nie potrafi jej odpowiednio przygotować – czytamy we wpisie Macieja Januchowskiego.
Ktoś kto jechał do Bielsko-Białej czy Wrocławia i usłyszał, iż pociąg od Gniezna do końca trasy jest odwołany to, powiedzmy sobie szczerze, jest w czarnej d…pie. A te składy i tak muszą dojechać do Poznania, bo przecież choćby ze względów technicznych nie są w stanie stać w Gnieźnie. Zamiast wysadzić pasażerów w dużych punktach przesiadkowych IC zostawia ich byle gdzie.

Problemem było również to, iż składy – choć formalnie „odwołane” dla pasażerów – i tak musiały dojechać do Poznania ze względów technicznych. Zamiast zapewnić wysiadanie w dużych węzłach przesiadkowych, pasażerowie pozostawiani byli na mniejszych stacjach, często bez jasnych informacji o dalszych możliwościach podróży.

Do absurdów należały sytuacje, w których pociągi jeszcze niewyjeżdżające ze stacji początkowej już figurowały w systemach jako opóźnione o ponad 200 minut. Były też składy, które do stacji końcowych docierały choćby z dziewięcio- czy dziesięciogodzinnym opóźnieniem.

Tymczasem oficjalne komunikaty PKP PLK i PKP Intercity mówiły o „utrudnieniach” i opóźnieniach rzędu 60–120 minut (stan na godz. 19:30). Zapewniano o stałym monitorowaniu sytuacji, gotowości drużyn technicznych, pociągów sieciowych i lokomotyw osłonowych. W praktyce jednak – co było szczególnie widoczne z perspektywy gnieźnieńskiego dworca – chaos narastał z każdą godziną.

Problemy na ogólnopolskiej sieci kolejowej potwierdzały również informacje medialne. W środowy wieczór w całym kraju kilkadziesiąt pociągów miało opóźnienia przekraczające dwie godziny, a część połączeń została całkowicie odwołana. Oblodzenie sieci trakcyjnej paraliżowało ruch m.in. na liniach w północnej i centralnej Polsce, co pośrednio uderzało także w połączenia przebiegające przez Gniezno.

Dla pasażerów z naszego miasta była to kolejna bolesna lekcja pokazująca, jak niewielka odporność systemu kolejowego wystarcza, by sparaliżować codzienne funkcjonowanie regionu. I to w sytuacji, gdy – jak słusznie zauważył Maciej Januchowski – wystarczyła zwykła zimowa gołoledź, a nie ekstremalne warunki pogodowe.

Idź do oryginalnego materiału