Zgrupowanie w Terince 2025, czyli tam i z powrotem.

wkw.org.pl 2 miesięcy temu

Zaczęło się tak jak się skończyło. Dwadzieścia par włoskich podejściówek w pośpiechu deptało po śliskich od deszczu granitowych kamieniach. Pomimo dobrej kondycji klubowiczów duże krople letniego deszczu miały wystarczająco dużo czasu, żeby przetestować legendarną wodoodporność goreteksów i zupełnie przeciętną wodoodporność ścioranych plecaków. Ale koniec od podobnego początku dzielił tydzień. Tydzień, w którym wydarzyło się sporo dobrego.

W deszczową sobotę po południu, wieczorem, a niektórzy choćby późno w nocy, dotarliśmy do Chaty Tery’ego zwanej Terinką, niewielkiego schroniska w słowackiej części Tatr w Dolinie Małej Zimnej Wody. Jako Wrocławski Klub Wysokogórski zajęliśmy dwa pokoje, czyli większość wszystkich miejsc noclegowych i mieliśmy przyjemność gościć Krzyśka z KW Warszawa i Marcina z KW Kraków.

Intensywny zapach zupy czosnkowej, którym przywitało nas schronisko, zapowiadał mocne wrażenia kulinarne w rozpoczynającym się tygodniu. Do końca pobytu na stołach królowały węgle i nasycone kwasy tłuszczowe oraz wegańskie parówki. Warzyw nie uświadczyliśmy. Ale schronisko to przecież nie tylko budynek czy kuchnia. To także ludzie. Posiłki w okienku wydawała ciut naburmuszona Słowaczka. Reszta ekipy też nie zachęcała do nawiązania bliższej znajomości. Odtwarzali za to całkiem dobrą muzykę, więc pałaszowaliśmy kapustovą polievkę i vyprážaný syr w rytm czechosłowackiego punkrocka i latynoskich hitów. Pod koniec tygodnia ekipa się zmieniła. Sympatyczny Słowak z krasnoludzką brodą zaskoczył nas przynosząc zamówione posiłki do stołów, a reszta załogi umilała sobie czas na różne sposoby, co podpatrywaliśmy przez wspomniane okienko. Niestety w głośnikach zaczęło przeważać disco.

Od niedzieli wszyscy dzielnie ruszyli zdobywać okoliczne szczyty, kopy i turnie. Padły pierwsze OS-y, spadły pierwsze karabinki, w ścianach zostały pierwsze szpeje. Wybierane były głównie drogi polecane przez Damiana Granowskiego i Andrzeja Climbera. Później jednak niektórzy stwierdzili, iż ten pierwszy to tak nie do końca się zna. Poniedziałek zakończył się z hukiem, choć na szczęście było jak w Śródziemiu. Wszyscy poszli tam i wszyscy wrócili z powrotem. Tego dnia porządnie się zgrupowaliśmy. Po południu osiem zespołów WKW działało jednocześnie na południowej ścianie Baranich Rogów. Nie było to planowane. Tak wyszło. Ktoś przyszedł później, ktoś wcześniej, jedne zespoły szły szybciej, inne w trójce niesłuszne nazywanej „szybką”, ktoś kogoś przyblokował na stanowisku, ktoś już zjeżdżał. Około piętnastej niektórzy zaczęli słyszeć dziwne skwierczenie a chwilę później, niczym grom z jasnego nieba, huknął grom z jasnego nieba. Huknął całkiem blisko. Po chwili zaczęła się burza a rzęsisty deszcz zamienił zacięcia w ścianie w niemałe rzeczki i wodospady. Z góry oprócz kropli deszczu zaczęły spadać również klubowe przyrządy zjazdowe. Część zespołów była już w okolicy szczytu, zeszli normalnym zejściem przez Baranią Przełęcz, część uciekła ze ściany rampą wyprowadzającą w prawo z trzeciego stanowiska „Trzech Kamratów”. Część zjechała. Ostatnie zespoły, przemoczone do suchej nitki, dotarły do schroniska około godziny dwudziestej. Nauczyliśmy się, żeby zawsze zabierać ze sobą podejściówki i żeby częściej patrzeć na prognozy, choćby jeżeli te nie zawsze się sprawdzają. Kilka osób zapamięta też, iż pierwszy grzmot powinien być wystarczającą zachętą do ewakuacji i nie warto czekać na drugi.

Rozmowy o pogodzie, prognozach i modelach meteorologicznych towarzyszyły nam do końca zgrupowania. Wspomagaliśmy się choćby pomocą czata GPT, który stwierdził, iż jedna z popularnych prognoz górskich nie nadaje się w góry z racji słabej rozdzielczości ;).

.

W następnych dniach padały kolejne przejścia. Mocniejszcze zespoły robiły po dwie drogi dziennie, co przypłaciły nie raz powrotem w deszczu. Na szczęście burze nie towarzyszyły nam już w górskich przygodach. Cały czas się uczyliśmy. Okazało się, iż warto mieć w zespole dwa jebadełka, iż jeżeli na trójkowy zespół mamy dwa radia to jedno powinien zabrać prowadzący, iż warto zadbać o jak najmniejsze przesztywnienie liny a chwyty trzeba ostrożnie odkładać na miejsca. Nauczyliśmy się również, iż puszczenie przodem pewnej mocnej zawodniczki, która pozdejmuje pajęczyny z drogi, wpływa pozytywnie na udane przejścia kolejnych zespołów. Były bloki, były wycofy, odnalazło się trochę zgubionego szpeju. Do porządnego lotu nikt się nie przyznał więc może do takiego nie doszło.

Czwartek został nam zaplanowany przez pogodę jako dzień restowy. Od środowego wieczoru porządnie lało a wiatr wiejący ponad sto kilometrów na godzinę zadbał żebyśmy nie wyściubiali nosa ze schroniska. Leniwa restowa zmuła była przeplatana posiadówkami i socjalizowaniem się. Dziewczyny dały pokaz zdolności autoperkusyjnych a w rozmowach przez cały czas dominowała pogoda. Czy skończy padać? A czy wyschnie? A czy przewieje? A w której prognozie patrzyłeś? Bo u mnie pokazuje co innego.

W piątek wszyscy wstali i wyszli wcześniej żeby zdążyć powspinać się i wrócić do schroniska o ludzkiej porze. Jeden zespół znalazł szczęśliwie żółtego frienda zgubionego na samym początku zgrupowania. Grzecznie czekał osadzony w skale. Piątek wiele osób uznało za najładniejszy widokowo dzień. Przewalające się nisko chmury i wstające z dolin mgły, w połączeniu z pojawiającym się czasami słońcem, pokazały Tatry z pięknej strony.

Najpopularniejszą drogą zrobioną na tym zgrupowaniu przez prawie wszystkie zespoły była droga Motyka-Sawicki na Małym Lodowym Szczycie. Wszyscy uznali ją za ładną, choć miejscami trudną w swoim stopniu piątkę. Droga rzeczywiście oferuje ładne wspinanie po nietypowych jak na granit wymyciach, czujny trawers na początku trzeciego wyciągu i ładną odstrzeloną płetwę w jego połowie. Padło też kilka mocniejszych przejść. Kilka zespołów urobiło Indiánske Leto (VII-) na Baranich Rogach z czujnym skradaniem po połogu w kruksie. Kilka zrobiło Všetko v poriadku (VI+/VII-) na Małym Lodowym Szczycie. Na tej samej ścianie Agnieszka zapisała się w historii taternictwa prowadząc Spomienka na Magnusa (VII+/VIII-) nowym wariantem. Część z nas zrobiła na tym wyjeździe swoje najmocniejsze przejścia taternickie. Może nie będą o tym pisać na wspinanie.pl, ale jak to mówią: „każdemu jego… cesta”.

Powiększyła się więc w kapowniku lista zrobionych dróg, a jeszcze więcej przybyło dróg do przejścia w przyszłości. Lista szpeju do kupienia też się nieco rozrosła i jak zwykle przekracza budżet. Zarówno dobre przejścia jak i niepowodzenia wzmocniły postanowienia treningowe, więc można się spodziewać kolejnych sukcesów w niedalekiej przyszłości. Trzeba jeszcze tylko wyprać ciuchy i najeść się warzyw po schroniskowej diecie.

A skończyło się tak jak się zaczęło. Dwadzieścia par firmowych podejściówek gwałtownie choć ostrożnie pomykało w dół po mokrych od deszczu granitowych kamieniach. A letni deszcz ponownie sprawdzał czy kurtki zostały dobrze zaimpregnowane.

Jasiek

Idź do oryginalnego materiału