GieKSa uległa w pierwszym finałowym spotkaniu GKS-owi Tychy 4:2 i w rywalizacji do czterech zwycięstw przegrywa 0:1. Kolejne spotkanie obu ekip już jutro, ponownie w Satelicie.
Dzisiaj rozegrane zostało pierwsze finałowe spotkanie o mistrzostwo Polski w hokeju na lodzie. Podobnie jak przed rokiem GieKSa w finałowej rywalizacji mierzy się z GKS-em Tychy, z którym w ubiegłym roku po wyrównanej walce przegrała ostatecznie 3:4. W tym roku do zdobycia złotego medalu każda z drużyn także potrzebuje czterech zwycięstw. W półfinałach Katowiczanie pokonali Unię Oświęcim 4:3, a Tyszanie łatwo i gwałtownie rozprawili się z Zagłębiem Sosnowiec, wygrywając 4:0. Świetną wiadomością dla sympatyków Trójkolorowych był powrót do gry kontuzjowanego w ostatnim czasie jednego z liderów drużyny Jeana Dupuy’a. Z drugiej strony w składzie zabrakło za to jednego z filarów obrony Aleksi’ego Varttinena.
Mecz od początku był bardzo wyrównany, częściej jednak groźne akcje pod bramką Eliassona przeprowadzali goście. I to oni w 10 min. objęli prowadzenie po dość przypadkowym golu Bizackiego, od którego łyżwy odbił się krążek podawany przez Łyszczarczyka. Od tego momentu GieKSa gościła pod bramką rywala znacznie częściej i w 18 min. po wspaniałej indywidualnej akcji wyrównującego gola zaliczył Wronka. W ostatnich 64 sekundach po karze dla Viinkainena Katowiczanie grali w przewadze, ale nie zdołali w tym czasie oddać choćby strzału w kierunku bramki.
Na początku drugiej odsłony gospodarze jeszcze przez niemal minutę grali z jednym zawodnikiem więcej, ale również bez rezultatu. W 24 min. sytuacja się odwróciła po przewinieniu Koivusaariego. Przyjezdni w rozgrywaniu przewagi byli znacznie groźniejsi, ale katowicka defensywa nie dała się zaskoczyć. Po powrocie do pełnych składów blisko gola był Runesson, ale trafił w poprzeczkę. Potem dobre sytuację mieli jeszcze Coatta i Huhdanpaa. W odpowiedzi zaatakowali Tyszanie i w 28 min. drogę do siatki znalazł Heljanko. Pięć minut później Eliasson ponownie skapitulował, tym razem po uderzeniu Kerkkanena. W 35 min. przyjezdni byli blisko kolejnego gola, ale tym razem golkiper GieKSy poradził sobie ze strzałem Jamsena. W ostatnich minutach tercji wyraźnie uskrzydleni prowadzeniem Tyszanie uzyskali sporą przewagę, ale nie udało im się zdobyć kolejnych trafień. W ostatniej akcji krążek nieoczekiwanie znalazł się za to w bramce Fucika, ale po sprawdzeniu zapisu video sędziowie uznali, iż strzał został oddany już po końcowej syrenie i gol nie został uznany.
Przez pierwsze kilka minut trzeciej odsłony goście kontrolowali przebieg spotkania. W 45 min. w jadącego koło bandy Bizackiego wjechał ostro McNulty za co otrzymał karę większą i karę meczu. Chwilę po tym zdarzeniu w pojedynek pięściarski chciał się wdać Komorski, za co sędziowie wymierzyli mu karę mniejszą. Ostatecznie więc obie drużyny przez dwie minuty grały czterech na czterech, ale potem przez trzy minuty Katowiczanie musieli się bronić w osłabieniu. Na tym nieszczęście gospodarzy się nie skończyło, bo w 49 min. na ławkę kar powędrował Verveda i po 23 sekundach gry w podwójnej przewadze Tyszanie wygrywali już 4:1. W związku z trzybramkowym prowadzeniem rywali trener Jacek Płachta zdecydował się na wycofanie bramkarza już na 7,5 minuty przed końcem, co skończyło się golem Bepierszcza w 57 min. Na odrobienie strat zabrakło jednak czasu i spotkanie zakończyło się zwycięstwem Tyszan 4:2, którzy w rywalizacji do czterech zwycięstw objęli prowadzenie 1:0.
GKS Katowice – GKS Tychy 2:4 (1:1, 0:2, 1:1)
Bramki: Wronka – Bizacki, Heljanko (2), Kerrkanen
GKS Katowice: Eliasson, Kieler – Runesson, Lundegard, Fraszko, Pasiut, Hofman Jo. – Maciaś, Verveda, Dupuy, Anderson, Wronka – Chodor, Hoffman, Coatta, McNulty, Hofman Ja. – Huhdanpaa, Koivusaari, Michalski, Dawid, Bepierszcz.
GKS Tychy: Fucik, Chabior – Kovar, Pociecha, Kerkkanen, Kuru, Heljanko – Kaskinen, Kakkonen, Łyszczarczyk, Paś, Knuutinen – Viinikainen, Bryk, Viitanen, Komorski, Jamsen – Bizacki, Kucharski, Gościński, Aliranta, Jeziorski.

5 godzin temu












