Seks i związki

Norweska dyplomatka zawieszona. Miała kontakty z Epsteinem
Neil Gaiman przerywa milczenie. Pisarz mówi o "kampanii oszczerstw"
Donald Trump zaprzecza znajomości z Jeffreyem Epsteinem. "W przeciwieństwie do wielu osób"
Kolejny, polski wątek w sprawie amerykańskiego multimilionera. Chciał zarezerwować kurs masażu w poznańskiej szkole?
Trevor Noah zażartował z powiązań Donalda Trumpa z Jeffreyem Epsteinem. Jest reakcja prezydenta
Miłość romantyczna nie działa, bo nie można znaleźć odpowiedniej osoby do kochania
Epstein miał dziecko? Nowy sekret z ujawnionych e-maili
Mam 69 lat, pół roku temu mój mąż odszedł do lepszego świata. Spędziliśmy razem 42 lata – bez dzieci, tylko my, nasza praca, małe radości, codzienne przyzwyczajenia. Choroba przyszła znienacka: najpierw zmęczenie, później szpitale i terapie, a ja stałam przy nim na każdym kroku. Nauczyłam się jego leków, diety, poznawałam spojrzenie, gdy ból nie pozwalał mu spać. Pomagałam się kąpać, rozmawiałam, opowiadałam o drobiazgach, choć odpowiedzi bywało coraz mniej. Kiedy odszedł, trzymał moją dłoń – bez dramatycznych słów, po prostu przestał być. Pogrzeb, nieznajome twarze, puste słowa, samotny dom. Najgorzej jest wieczorami – zostawiam telewizor, by czuć obecność głosów. Nie mam dzieci, wnuków, nikogo do kogo zadzwonić, powiedzieć „co u mnie”. W niedzielę chodzę sama do parku, w sklepie kupuję już tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Czasem mijają dni, kiedy z nikim nie rozmawiam. Nie żałuję, iż nie mamy dzieci, ale dopiero teraz rozumiem, czym jest starość w samotności – nikt na ciebie nie czeka, nikt nie zapyta o zdrowie. Wciąż tu jestem, bo nie mam wyboru – po prostu chciałam to powiedzieć na głos: kiedy tracisz ukochaną osobę, z którą spędziłeś całe życie, cały świat nagle traci sens.
„Śniadanie do łóżka” już za kilka tygodni. Będzie się działo pod Płockiem
Gdy mężczyzna wieczorem notorycznie odmawia
Masz to w sypialni? Rozdrażnienie, zmęczenie i rozproszenie gwarantowane
Sandra Kubicka w aktach Epsteina. Jest przerażona tym, co o niej napisał
Seksualne aluzje do Moniki Lewinsky i rozmowy o pięknych Rosjankach. Doradca premiera Słowacji w centrum skandalu. Ujawniamy szokujący wątek z akt Epsteina
Pewnego dnia tata poprosił mnie do swojego pokoju: powiedział, iż musimy porozmawiać o czymś ważnym. Szczerze mówiąc, trochę się zaniepokoiłam. W salonie czekała kobieta. Moja rodzina kręci się wokół mojego taty – to on mnie wychował, dbał o mnie i był dla mnie niezmiennym wsparciem. Po moich narodzinach mama nas opuściła, a tata postanowił się nie żenić ponownie, prawdopodobnie obawiając się kolejnego rozczarowania. Życie nie było dla niego zbyt łaskawe, a ja zawsze chciałam gwałtownie dorosnąć, by móc go wspierać w codziennych obowiązkach. Ze względu na naszą sytuację finansową, zaczęłam pracować już w wieku piętnastu lat. Pisałam artykuły do lokalnych gazet, a po trzech latach dostałam lepszą pracę. Po kolejnych kilku latach znalazłam zatrudnienie w biurze, które pozwoliło mi stać się niezależną i utrzymywać zarówno siebie, jak i tatę. Pewnego dnia tata poprosił mnie na poważną rozmowę – tak powiedział. Trochę się stresowałam. W salonie czekała kobieta, która – jak powiedział tato – była moją matką. Gdy mnie zobaczyła, rozpłakała się, przepraszała, próbowała mnie przytulić, ale nie mogłam się na to zdecydować. Wyślizgnęłam się delikatnie z jej ramion i wyszłam bez słowa, zostawiając rodziców samych. Postanowiłam, iż to tata powinien zająć się sytuacją tak, jak uzna za stosowne. Nie potrafię wybaczyć komuś, kto porzucił mnie i tatę bez skrupułów – choćby nie złożył mi życzeń urodzinowych przez te wszystkie lata.
Lubisz ubierać się na czarno? Upodobanie do czerni może powiedzieć o tobie 5 rzeczy
Szybka Randka z Książką
Kilkadziesiąt nagich zdjęć. Media alarmują ws. ujawnionych akt
Styczeń 2026 rok. 10 tysięcy urodzonych dzieci dzięki in vitro
Janek i Marysia Janek nigdy nie marzył o wyjeździe ze swojego rodzinnego miasteczka do wielkiego miasta. Uwielbiał rozległe pola, rzekę, łąki i lasy, a także towarzystwo sąsiadów. Postanowił zostać rolnikiem, hodować świnie, sprzedawać mięso, a gdy się powiedzie – rozwinąć własny biznes. Marzył, iż wybuduje duży dom; miał wprawdzie samochód, ale stary i skromny, a pieniądze po sprzedaży domku babci zainwestował w gospodarstwo. Miał jednak jeszcze jedno wielkie marzenie – ożenić się z Marysią i uczynić ją gospodynią swojego domu. Już się spotykali, ale Marysia widziała, iż Janek dopiero raczkuje w interesach, nie ma dużych pieniędzy, a dom dopiero powstaje. A ona była pięknością. Nie planowała sama do niczego w życiu dochodzić. – Po co mi to, skoro dostałam urodę? Mąż niech mnie utrzymuje – wystarczy znaleźć takiego, który przejmie nade mną opiekę. Moja uroda jest wiele warta – mówiła koleżankom. – Janek stawia dom i ma samochód – przypominała jej przyjaciółka, Basia. – Musisz tylko trochę poczekać, nim mu się powiedzie. – A ja chcę wszystko od razu – mówiła obrażona Marysia – Jak długo mam jeszcze czekać? Janek nie ma pieniędzy. Janek kochał Marysię, ale czuł też, iż jej uczucia nie są takie, o jakich marzył, choć liczył, iż z czasem ona go pokocha. Wszystko mogłoby się ułożyć, gdyby nie pojawił się w ich miasteczku Tomek – przystojny chłopak z Warszawy, który przyjechał z kolegą do babci na wakacje. Na miejscowe dziewczyny spoglądał z pobłażaniem, w miejscowym klubie się nudził… aż zobaczył piękną Marysię. Marysia początkowo nie zwracała na przyjezdnego uwagi, ale gdy dowiedziała się, iż pochodzi z bogatej rodziny, ojciec jest znanym urzędnikiem – gwałtownie zmieniła front. Tomek był od niej starszy, znał się na kobietach, mówił pięknie, był szarmancki. Zawsze przynosił jej kwiaty – bukiety, których nie dało się kupić w miasteczku, więc wiedziała, iż są specjalnie zamawiane – i doceniała to. Janek widział, iż Marysia przyjmuje kwiaty od Tomka i się złościł. – Nie przyjmuj tych bukietów, czemu mnie denerwujesz? – prosił, ale ona się tylko śmiała. – Przestań, to tylko kwiaty. Przesadzasz. Janek postanowił porozmawiać z Tomkiem: – Tomku, nie dawaj prezentów Marysi, to moja dziewczyna i mam wobec niej poważne plany. Tomek wzruszył ramionami, wybuchła kłótnia i tylko koledzy Janka rozdzielili ich w porę. Od tej pory Janek i Marysia mijali się chłodno. Ona wiedziała, iż Tomek odwiedza miasteczko tylko na miesiąc i niedługo odjedzie. – Muszę coś wymyślić, zbliżyć się do Tomka i wyjechać z nim do miasta. Tutaj nie mam już czego szukać – myślała. Zwabić Tomka do domu nie było trudno. Rodzice Marysi pojechali na targ do miasta, ona zaplanowała wszystko tak, by zostali przyłapani sam na sam, dobrze wiedziała, iż jej ojciec bywał surowy i stanowczy. Leżeli razem w łóżku rozgrzani, gdy wrócili rodzice. Oboje zaskoczeni, wychodzili z pokoju w pośpiechu; Marysia narzuciła szlafrok, a Tomek ledwo zdążył się ubrać. – Co tu się dzieje? – zapytał szorstko ojciec, mierząc ich wzrokiem. Córka spuściła głowę, Tomek nie wiedział, gdzie się podziać. – W porządku. Słuchaj, Tomku, teraz musisz się ożenić z naszą córką, inaczej nie ręczę za siebie. Chodź do drugiego pokoju. Co tam uzgodnili, nie wiadomo, ale następnego dnia młodzi pojechali do urzędu stanu cywilnego złożyć podanie o ślub – rodzice ich zawieźli, a mama Marysi zaczęła ich szykować do wyjazdu do stolicy. Wieść po miasteczku rozeszła się błyskawicznie. Janek był załamany, choć przed ludźmi starał się tego nie okazywać. Tomek w duchu przeklinał siebie: – Po co było tu przyjeżdżać, po co zwracać uwagę na wiejską piękność? Wcale nie była taka naiwna – sprytna i wyrachowana. A Marysia marzyła o mieście, szczęściu i pięknym życiu. – Dam mu tyle szczęścia, dzieci urodzę, jeszcze mi podziękuje… – rozmyślała – Tylko jak przyjmą mnie jego rodzice? Wbrew jej obawom, rodzice Tomka ucieszyli się, iż przywozi z miasteczka skromną, ładną pannę, bo już mieli dość krzykliwych, interesownych warszawianek, które tylko na pieniądze patrzyły. Marysia syna i nakarmi, i upierze, dobra gospodyni. – Witaj, Marysiu, czuj się jak u siebie w domu – przywitała ją ciepło teściowa. Ojciec również nie krył zadowolenia. Marysia rzeczywiście starała się być idealną żoną i gospodynią. Ich mieszkanie czteropokojowe, wygodne, z rodzicami Tomka żyło jej się dobrze i bezpiecznie. Tomek stopniowo docenił Marysię, doszedł do wniosku, iż nie jest taka wyrachowana jak przypuszczał. – Przy ślubie sprytnie mnie złapała, ale chyba wierzy, iż będziemy szczęśliwi – myślał, chociaż sam w to nie wierzył, bo był z zupełnie innego świata. – Niech tak będzie, nie zadaje zbędnych pytań, może czuje się winna, do miasteczka wracać nie zamierza. Tomek snuł plany – po weselu będzie żył po swojemu; miał tu wiele koleżanek. Ale Marysia podczas wspólnej kolacji z rodzicami oznajmiła: – Jestem w ciąży, będziemy mieć dziecko… – Marysiu, gratulujemy! Od dawna marzyliśmy o wnuku – cieszyła się teściowa, a Tomek zrozumiał, iż nie ma sensu narzekać, iż to “nieodpowiedni moment”. niedługo odbyło się wesele. Od rodziców dostali mieszkanie z pełnym wyposażeniem. Po powrocie z podróży poślubnej Marysia widziała, iż Tomek nie cieszy się z ojcostwa. – Spokojnie, jak tylko pojawi się dziecko, Tomek się zmieni, zrozumie, jakie to szczęście – myślała. Nie zdawała sobie sprawy, iż jej mąż ma w sobie coś niepokojącego. Po ślubie Tomek zniknął w nocnych rozrywkach. Żonie wmawiał: – Mam taką pracę – ciągłe delegacje… – a Marysia wierzyła, nie mając pojęcia, czym się naprawdę zajmuje. Rodzicom nie skarżyła się, iż męża rzadko ma w domu. Po prostu czekała, gotowała dla niego, starała się, tęskniła za domem, za koleżankami, rodzicami… i coraz częściej wspominała Janka. Zaczęła się zastanawiać, czy dobrze wybrała. Na pytanie, czy mąż ją kocha, Tomek odpowiadał wymijająco. Teściowa widziała smutek Marysi, rozumiała, iż ich syn nie jest idealnym mężem. Narodziny synka były euforią dla wszystkich. choćby Tomek na początku się wzruszył – ale nie na długo. Płacz dziecka, pieluchy i brak snu gwałtownie zaczął go irytować. Żona przemęczona, już nie zdążała gotować, nie miała czasu w dom, Tomkowi coraz bardziej doskwierały nowe obowiązki. Odkrył przy okazji, iż po ślubie jego liczne znajome przestały się z nim spotykać. – Po co im żonaty facet? O żonie nikomu nie mówił. Wiedział, iż nie ma wykształcenia, jest “ze wsi”. – Gdzie ją zatrudnię bez szkoły, jak syn podrośnie? Przecież nie poślę, żeby była sprzątaczką albo na bazarze. Popsułoby to reputację rodziny. Wszystko będę musiał utrzymywać sam, lepiej już płacić alimenty. Tomek miał na boku stałą kobietę, Kasię – własne mieszkanie, niezależna finansowo, dzieci jej do niczego nie były potrzebne. Było mu z nią wygodnie – razem imprezowali, jeździli za miasto. – Kasia, gdybyś wiedziała, jak mam dość domowego bałaganu! Żony nie kocham, dziecko mnie drażni. Marysia piękna, ale wieś to wieś, serio, wszystko mnie wkurza. Jak z nią gdzieś wyjść? Przecież ona ze swojego miasteczka i gospodarstwa nie widziała nic więcej. Marysia czuła, iż nie uda jej się zbudować szczęśliwej rodziny z Tomkiem. Domyślała się, iż ktoś inny wypełnia jego serce. Wracał czasem „pachnąc” obcymi perfumami, z pomadką na mankiecie. Bywał drażliwy, na syna nie zwracał uwagi, krzyczał, czasem groził. Marysia zadzwoniła z żalem do matki. – My cię do Tomka nie wyganialiśmy, sama wybrałaś. Myśleliśmy, iż wyjdziesz za Janka. Sama chciałaś, teraz masz, co chciałaś. Gdybyś chciała wrócić – to już na stałe, do końca… Marysia była przytłoczona, a przypadkiem znalazła w telefonie męża rozmowy z Kasią – aż ją zamurowało… Zwierzyła się teściowej, ale ta powiedziała: – jeżeli chcesz się rozwieść, my zabierzemy ci dziecko. Wiesz, jakie mój mąż ma znajomości. Jakkolwiek by nie było, Tomek to ojciec, ma pieniądze, mieszkanie, może zapewnić wszystko. A co ty mu dasz bez pracy i wykształcenia? Synek dostał gorączki, ząbkował, Tomek miał dość zamieszania, dostawał wiadomości od Kasi. Napisał: przyjadę, jak dziecko się uspokoi i żona zaśnie. Kasia odpisała: „Daj im tabletki nasenne, te które ci dałam – to zaśniecie”. Tomek poszedł do łazienki, zostawił telefon. Marysia zobaczyła tę wiadomość. Przeraziła się. – A jeżeli on naprawdę im coś poda? jeżeli nas otruje… Gdy Tomek był w łazience, zadzwoniła do Janka i opowiedziała wszystko. – Przyjadę po was, zabiorę was do siebie. – Jego rodzice grożą, iż zabiorą mi synka! – Nie bój się, tylko cię straszą. Uspokój się, postaraj się uspokoić też synka, jak mąż wyjdzie – oddzwoń, będę czekał niedaleko. Marysia usypiała synka, w końcu udało się jej go ułożyć. Udawała, iż śpi. Słyszała, jak mąż sprawdzał w nocy pokój, a potem wyszedł z domu. gwałtownie spakowała niezbędne rzeczy, zadzwoniła do Janka, który przyjechał i zabrał ją do siebie. Tomek wrócił dopiero następnego dnia wieczorem i zorientował się, iż żona i syn zniknęli. Zadzwonił do mamy. – Nie, nie byli tutaj. Uciekła? Zadzwonię na policję, – przestraszyła się teściowa. – Mamo, nie dzwoń, nie trzeba. choćby się cieszę, iż uciekła. Mam jej i syna dość. Niech żyje, jak chce. Proszę cię. Minęło trochę czasu. Janek i Marysia pobrali się po tym, jak rozwiodła się z Tomkiem. Zamieszkali w dużym domu i czekali na powiększenie rodziny. Wreszcie Marysia zrozumiała, iż to Janek jest jej prawdziwym szczęściem.
Wczoraj rzuciłem pracę, żeby ratować moje małżeństwo. A dziś nie wiem, czy nie straciłem obydwu.
88-latka leżała pod kilkoma kołdrami. W domu było nieco powyżej zera
Oto, co może dziać się z mózgiem po menopauzie. Nowe badanie ujawnia skalę zmian
Ależ sceny w "Żonie dla Polaka". Dorota wzięła na spytki Marcina i się przeliczyła
Kolejna kobieta oskarża byłego księcia. Twierdzi, iż Epstein wysyłał ją do Londynu
Moja najdroższa. Opowieść Marzena dowiaduje się, iż dorastała w rodzinie zastępczej. Wciąż z trudem w to wierzy. Ale już nie ma z kim tego omówić. Jej przybrani rodzice odeszli jedno po drugim. Najpierw tata osłabł. Położył się do łóżka i już nie wstał. A zaraz po nim mama. Marzena wtedy siedziała przy łóżku mamy, trzymając jej słabą, bezwładną dłoń. Mama była już bardzo słaba. Nagle Marzena zauważyła, iż mama lekko otwiera oczy: – Marzenko, córeczko, nie mieliśmy z tatą odwagi ci powiedzieć… Język nam się nie obracał… Przecież my cię znaleźliśmy. Tak, tak – znaleźliśmy cię w lesie, płakałaś, byłaś zagubiona. Czekaliśmy, iż ktoś będzie cię szukał. Zgłosiliśmy sprawę na milicję. Ale nikt się nie zgłaszał. Może coś się wydarzyło, nie wiem niczego. I pozwolili nam cię adoptować. W domu, w komodzie, gdzie są moje dokumenty… tam są różne papiery… korespondencja, przeczytaj sobie. Wybacz nam, córeczko. Mama się zmęczyła, zamknęła oczy. – Mamusiu, kochana – nie wiedząc, co powiedzieć, Marzena przycisnęła do policzka dłoń mamy – kocham cię bardzo, chciałabym, żebyś wyzdrowiała. Cud się jednak nie wydarzył. Kilka dni później mamy już nie było. Lepiej by było, gdyby Marzenie nic wtedy nie powiedziała. Mężowi i dzieciom Marzena nie wspomniała o ostatnich słowach babci. I sama jakby o tym zapomniała, spychając wyznanie mamy na dno własnej pamięci. Dzieci bardzo kochały dziadków. Marzena nie chciała ich niepokoić tą prawdą, nikomu niepotrzebną. Jednak pewnego dnia, mimowolnie, otworzyła tamtą teczkę, o której mówiła mama. Wycięty artykuł, zapytania, odpowiedzi. Marzena zaczęła czytać i nie mogła już przestać. Kochani, cudowni rodzice! To oni znaleźli ją, Marzenę, półtoraroczną, w lesie. Sami już po czterdziestce. Nie mieli dzieci. A tu – płacząca dziewczynka wyciąga do nich rączki. Wiejski dzielnicowy rozkładał ręce – nikt się nie zgłaszał po zaginione dziecko. Adoptowali Marzenę. Ale mama ciągle szukała jej rodziny. Pewnie już nie po to, by znaleźć. Raczej, by mieć pewność, iż nikt nie będzie żądał ich ukochanej córeczki. Marzena zatrzasnęła teczkę i schowała głęboko na półkę. Komu potrzebna taka prawda? Tydzień później nagle została wezwana do kadr: – Proszę, pani Marzeno – interesują się panią z poprzedniego miejsca pracy. Obok kadrowej siedziała kobieta w wieku Marzeny: – Dzień dobry, nazywam się Nadzieja. Bardzo muszę z panią porozmawiać – rozejrzała się na kadrową – chodzi o zapytania od Ireny Leśniewskiej. To pani mama? – Mówili, iż chodzi o sprawy służbowe – oburzyła się kadrowa – prywatne sprawy załatwiamy poza pracą! – Nadziejo, chodźmy porozmawiać na korytarzu – zaproponowała Marzena. Wyszły pod przenikliwe spojrzenia kadrowej. – Bardzo przepraszam, sprawa jest dziwna, ale obiecałam – zaczęła niepewnie Nadzieja: – Trzy lata temu spotkałam swoją pierwszą nauczycielkę. W Wierzbówce pracowała w szkole podstawowej. Potem wyjechała. Bardzo już była samotna, stara. Zaprosiła mnie na herbatę. I poprosiła o pomoc w jednej sprawie. Rzekomo jej córka zaginęła dawno temu, jeszcze mała była. I prowadziła korespondencję z pani mamą. – Przepraszam, Nadziejo, mama nie żyje, a ja tym się nie zajmuję – powiedziała sucho Marzena i odwróciła się. – Przepraszam, rozumiem. Ale proszę wiedzieć, iż ta nauczycielka, pani Weronika, jest bardzo chora. Ma nowotwór. Lekarze mówią, iż zostało jej kilka czasu. Bardzo chciałaby odnaleźć córkę. Szukała jej całe życie. choćby dała mi kosmyk włosów do zrobienia badań. Wyobraża sobie pani? Marzena chciała zakończyć rozmowę, ale coś ją powstrzymało. – Mówi pani, iż jest bardzo chora? Nadzieja przytaknęła. Marzena zabrała od Nadziei torebeczkę z kosmykiem włosów i obiecała zadzwonić. Tydzień później pojechały razem do szpitala do Weroniki. Weszły do sali, Weronika z trudem rozpoznawała sylwetki: – O, Nadziu, to ty! Dziękuję, dziecko – uśmiechnęła się nieśmiało i z pytaniem spojrzała na Marzenę. – Pani Weroniko, odnalazłam ją. To Marzena, sama chciała przyjechać – Nadzieja wręczyła Weronice kopertę. – Co to? choćby w okularach nie rozpoznam – jej oczy patrzyły niepewnie na gości. – To wynik badań – Nadzieja wyciągnęła kartkę – tu jest napisane, iż jesteście spokrewnione. Marzena jest pani córką. Twarz Weroniki jaśniała, rozjaśniła się. Nie mogła powstrzymać łez szczęścia: – Moje dzieci, kochani, dziękuję wam – wyciągnęła ręce do Marzeny. – Moja najdroższa, co za szczęście. Odnalazłam. Żyjesz, jesteś piękna, podobna do mnie z młodości. Najdroższa, dziewczynko. Całe życie budziłam się nocami, słyszałam twój płacz, wołanie. Nie zasługuję na przebaczenie. Żyjesz, żyjesz. Teraz mogę być spokojna. Po chwili Nadzieja i Marzena wyszły od Weroniki. Była wyczerpana, zasnęła. – Dziękuję ci, Marzeno, dziękuję. Widzi pani, jak bardzo słaba jest. Dałaś jej szczęście. Kilka dni później Weronika odeszła. Marzena porwała wszystkie papiery z teczki mamy. Nie chciała, by ktoś poznał tę niepotrzebną prawdę. Bo i nie ma czego znać. Bo innej mamy Marzena nigdy nie miała. A Weronika? To już święte kłamstwo. Czy miała prawo tak postąpić? Uważa, iż to była najlepsza decyzja. Każdy z nas odpowiada przed Bogiem za wszystko, co kiedykolwiek zrobił.
Czy treści publikowane przez białych mężczyzn na LinkedIn są widoczne dla większej liczby osób? — Co mówią ostatnie obserwacje i co to oznacza dla kobiet
Sprawa biskupa Szkodonia. Kardynał Ryś jest gotów spotkać się z pokrzywdzonymi
Z życia wzięte. "Przypadkiem z mężem odkryliśmy, iż moja matka żebrze": Wstyd mnie zżera
Z życia wzięte. "Moja teściowa śledzi, kiedy mam okres": To oburzające, ale ona tłumaczy, iż chce wnuków
Został zwolniony za darmową naprawę auta starszej pani. Kilka dni później odkrył, kim ona naprawdę jest…
Nowy tekst 02.02.2026
RÓŻNI LUDZIE Żona Igora, Janka, była dziwna—piękna, naturalna blondynka o czarnych oczach, figurze modelki, długonoga, zjawiskowa. W łóżku ogień, na początku była namiętność, nie było czasu w myślenie. Potem ciąża, więc wzięli ślub, jak się powinno. Urodził się syn—ten sam bladolicy, czarnooki. Wszystko szło jak u wszystkich, pieluchy, pierwsze kroki, słowa. Janka była zwykłą młodą mamą, troskliwą, szczęśliwą. Problemy zaczęły się, gdy syn dorósł. Janka nagle zainteresowała się fotografią, coś wiecznie fotografowała, zapisała się na kursy, ciągle z tym aparatem. — Czego ci brakuje? — pytał Igor. — Pracujesz jako prawniczka, to rób swoje. — Prawnikiem, — poprawiała Janka. — No prawnikiem. Rodzinie poświęcaj więcej uwagi, a nie włócz się nie wiadomo gdzie. Sam nie rozumiał, co go drażni. Przecież o dom dba, obiad zrobiony, czysto, nauka syna na niej—przychodził z pracy, padał na kanapę przed telewizor, jak należy… Ale wkurzało go, iż żona gdzieś znika, jakby jej nie było. Nigdy nie oglądała z nim telewizji, nic interesującego nie komentowała. Nakarmiła—i znów nie z nim. — Ty jesteś żoną, czy nie? — denerwował się Igor, znów znalazłszy ją przed komputerem. Janka milczała. Zamknęła się w sobie. Jeszcze uwielbiała wyjeżdżać do egzotycznych krajów. Brała urlop, jeździła z plecakiem i aparatem. Igor nie rozumiał tego: — Chodźmy do znajomych na działkę, mają saunę, bimbru świetnego, najwyższy czas swoją działkę załatwić. Janka odmawiała, ale proponowała mu wyjazdy. Spróbował raz—nic fajnego! Wszędzie obco, mówią niezrozumiale, żarcie nie do zjedzenia. Na piękno natury zawsze był obojętny. Więc Janka zaczęła jeździć bez niego. W końcu rzuciła pracę. — A co z emeryturą? — oburzał się Igor. — Myślisz, iż będziesz wielką fotografką? Wiesz, ile trzeba kasy, by się przebić? Janka nic nie odpowiadała. Raz tylko nieśmiało wyznała: — Będę miała swoją pierwszą wystawę. — Każdy ma wystawę—mruknął Igor. — Też mi osiągnięcie. Ale na otwarcie poszedł. Nic nie zrozumiał. Jakieś twarze, wcale nieładne, pomarszczone ręce, mewy nad wodą. Wszystko dziwne, jak sama Janka. Wyśmiał ją wtedy. Ona… kupiła Igorowi samochód. Proszę, jesteśmy rodziną, używaj. Sama choćby prawka nie robiła, jemu podarowała. Z fotografii zarobiła, na zleceniach. Wtedy zaczęło go to przerażać. Niewygodnie mu było. Jakaś nieznana istota mieszka w domu zamiast żony? Skąd ta kasa? Mężczyźni dawali? Przecież nie da się zarobić na samochód na takim „hobby”. W końcu ucieka? choćby jeżeli nie, to kiedyś na pewno. Próbował ją „wychowywać”—dał lekkiego klapsa. Chwyciła nóż kuchenny, zamachnęła się na oślep—dwa szwy na brzuchu. Dobrze, iż nie przyszło jej do głowy dźgnąć poważniej… Potem przepraszała. Ale Igor już nigdy nie dał sobie tej swobody. Kochała koty. Ciągle przygarniała, leczyła, oddawała w dobre ręce. U nich w domu zawsze dwa koty były. Fajne, ale przecież to nie ludzie! Jak można tak kochać zwierzaki? Kiedyś zdechł jej kot na rękach w klinice—co się wtedy działo! Janka rozpaczała, piła koniak, obwiniała się. Dniami tak chodziła przybita. Igor miał dość, syknął w złości: — Jeszcze wspominaj karaluchy! Napotkał ciężkie spojrzenie, zamilkł, odpuścił. Znajomi współczuli, przyjaciółki Janki też trzymały stronę Igora. „Janka całkiem zachłysnęła się sobą, pogubiła się”—tak mówili. I wtedy Igor znalazł pocieszenie u sąsiadki, zresztą dziecięcej przyjaciółki żony—Irek. Irek był prosty, pracował jako ekspedient, w sztukę się nie mieszał, zawsze chętny i do seksu, i do rozmowy. Co prawda, za dużo pił, ale przecież nie zamierzał się z nią żenić… Czekał, aż Janka zauważy, zrobi awanturę, scenę zazdrości, potłucze talerze. Wtedy on jej powie: „A ty? Gdzie się podziewasz?” Potem sobie wszystko wybaczą, rodzina się naprawi… Irek zostanie porzucony. Ale Janka milczała. Tylko patrzyła źle. W łóżku już zupełnie się rozjechali, ona się cała zamykała, on próbował ją choć przytulić. Przeniosła się do osobnego pokoju. Syn dorósł, skończył studia. Cały w matkę—czarnookie blond włosy i ta dziwność. — Kiedy wnuki? — pytał Igor. Denis się tylko śmiał: „Najpierw chcę coś w życiu zrobić, znaleźć prawdziwą miłość. Wtedy będą wnuki.” Obcy, niezrozumiały. Matczyna krew. U nich z Janką była pełna harmonia, rozumieli się bez słów. Igora drażniły te czarne oczy, nie do rozszyfrowania. Znów i znów szedł do Irka po pocieszenie. A potem Janka się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów powiedział, Igor wcale się nie krył. Przyszedł raz do domu, żona siedzi przy stole, pali. I tak cicho, szeptem: — Wynoś się! Won z domu! Paczka czarnych oczu z fioletowymi cieniami. Poszedł do Irka. Czekał, aż żona go zawoła z powrotem. Po tygodniu napisała na WhatsApp: musimy pogadać. Ucieszył się, wykąpał, porządnie się wyperfumował. Ale Janka od progu: — Jutro idziemy składać papiery rozwodowe. Reszta jak we śnie. Rozwód, papiery, podpisy, z mieszkania zrezygnował, bo była po jej rodzicach… — I co teraz, będziesz rozwódką, sama żyć? — spytał złośliwie. Chciał jeszcze dodać: „Komu ty potrzebna?”, ale ugryzł się w język. Janka się uśmiechnęła. Pierwszy raz od lat poczuł, iż to szczery, szeroki uśmiech właśnie do niego: — Jadę do Gdańska. Zaproponowano mi poważny projekt. — Przynajmniej nie sprzedawaj mieszkania — poprosił, choć sam nie wiedział po co. — Gdzie wrócisz? — Nie wrócę — odpowiedziała spokojnie, już była ex-żona. — Wiesz, już od dawna kocham kogoś innego. On też fotograf, z Gdańska, z nim jest niesamowicie ciekawie. Ale byłam przecież mężatką, nie chciałam zdrady, a i nie mieliśmy się o co rozwodzić. Po prostu jesteśmy różni. Z tego powodu chyba nie rozwodzą się? A może jednak? — Nie rozwodzą się — potwierdził Igor. — A jednak się rozwiedliśmy — zaśmiała się Janka. — Najpierw się wściekłam, gdy się dowiedziałam o Irku. Ale potem pomyślałam, wszystko wyszło na dobre. Ja będę szczęśliwa i ty też. Ożeń się z nią, niech wam się wiedzie. I wyszła. — Nie ożenię się — powiedział Igor za jej plecami. Ale Janka już tego nie usłyszała. Od tamtej pory żadnych wieści o niej nie było. Tylko raz w roku krótka wiadomość na WhatsApp: „Wszystkiego najlepszego! Zdrowia i szczęścia! Dzięki za syna.”
To z tą polską modelką pisał Jeffrey Epstein. Ujawniono ich wiadomości
Polska modelka w ujawnionych aktach Epsteina
Te cztery zmiany w waszej sypialni powinny cię zaniepokoić. To może być koniec związku
Odtajnione akta Epsteina. Pojawił się nowy wątek wokół księcia Andrzeja
Już nie Andrew Tate, a Clavicular. Kim jest nowa gwiazda manosfery?
W sprawie Filipa Gurłacza to nie były plotki. Oficjalnie poinformowano widzów
W sprawie Filipa Gurłacza to nie były plotki. Aktor osobiście poinformował fanów! „Jak się cieszę”
Po dwudziestu jednym roku małżeństwa pewnego wieczoru żona powiedziała mi:
Kiedyś zobaczysz, jak bardzo się zmieniłam.
Tak wygląda posiadłość i wyspa Jeffrey Epsteina. To tu wykorzystywał swoje ofiary
Tak wygląda posiadłość i wyspa Jeffrey Epsteina. Wnętrza robią wrażenie
Siwa broda, ale piękna dusza: „Okłamałaś mnie! Kończę tę korespondencję. Jestem bardzo rozczarowany kobietami. Jak mogłaś tak długo udawać i kłamać? Chciałem się z tobą ożenić, a ty wszystko przekreśliłaś. Nie można zaczynać wspólnego życia od kłamstw i braku zaufania. Żegnaj. Nie pisz do mnie więcej. Twój były dżentelmen.” – Oto list, jaki dostałam od Anglika. Z Connorem pisaliśmy do siebie prawie rok, a wszystko zmierzało do spotkania u niego – w Sheffield. Ale niestety… Nie doszło do tego. Miałam wtedy czterdzieści dziewięć lat, dawno byłam po rozwodzie, dzieci i wnuki już na swoim. Marzyłam, by jeszcze choć raz poczuć się kobietą, nie chciałam siedzieć w czterech ścianach i wspominać dawne czasy. Koleżanki zajęte rodzinami, w pracy żadnego odpowiedniego kawalera. Zdecydowałam się więc posłuchać rady znajomej i zajrzeć na portal randkowy. Wypełniłam długą ankietę, dodałam korzystne zdjęcie, czekałam na cud… I wreszcie otrzymałam jedyny mail – od Anglika, 59 lat, biznesmen, rozwiedziony, dwóch dorosłych synów, elegancki dom za nim na zdjęciu. Był taki szarmancki, a po dłużej wymianie listów byliśmy sobie coraz bliżsi. Ja – jego „Tajemnicza Róża”, on – „Mój dżentelmen”. Wyobrażałam już sobie nową przyszłość. Dzieci tę moją decyzję wyśmiały: „Mamo, komu ty tam potrzebna? Chcesz być angielską służącą i pielęgniarką? Nie wygłupiaj się…” Ale ja czułam się młodziej niż mówią lata! Wszystko układało się świetnie, aż pewnego dnia dostałam od Connora oschłą, okrutną wiadomość… Okazało się, iż to nie on pisał, ale jego syn Olek – chciał uchronić ojca przed „przypadkową” kobietą z Polski. Po czasie Connor wyjaśnił całą sytuację, ale ja już nie chciałam tej miłości. Bo czy w obcym kraju, wśród obcych ludzi, mogłabym być szczęśliwa? Na działce spotkał mnie sąsiad, pan Nikodem: „A może wyjdziesz za mnie, Aniu? Znamy się przecież dobrze!” I tak, mój wybranek ma brodę siwą, ale duszę piękną – a w Polsce też czeka prawdziwe szczęście. Już siedem lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem.
Jeffrey Epstein chciał zwerbować Polki. Oferował im pieniądze i pobyt na luksusowej wyspie
Niepowtarzalne widowisko. Życie intymne monarchy
Lily Collins wstawiła poruszające zdjęcie z ojcem. Właśnie skończył 75 lat
Broda siwa, ale dusza piękna. „Okłamywałaś mnie przez cały czas! Kończę naszą korespondencję. Jestem bardzo rozczarowany kobietami. Jak mogłaś tak długo udawać i kłamać? Chciałem się z tobą ożenić, a ty to wszystko przekreśliłaś. Nie da się zacząć wspólnego życia od kłamstw i braku zaufania. Żegnaj. Nie pisz więcej. Nie odpowiem. Twój były dżentelmen.” Takiego maila dostałam od Anglika. Z Connorem prowadziliśmy korespondencję prawie rok, a wszystko szło w kierunku spotkania na jego terenie — w Sheffield. Niestety, nic z tego nie wyszło… Miałam wtedy czterdzieści dziewięć lat. Dawno rozwiedziona, dzieci i wnuki na swoim. Chciałam jeszcze raz poczuć się kobietą — lata lecą, dzieci mają swoje życie. Nie mogłam tkwić w czterech ścianach i wspominać młodość. Mogłabym przecież skończyć na dzierganiu kilometrów skarpet i wyszywaniu prześcieradeł krzyżykiem. Moje koleżanki były zajęte domem i rodziną, a w pracy nie znalazłam odpowiedniego kandydata. Za radą koleżanki założyłam konto na portalu randkowym, opisałam się korzystnie, dołączyłam dobre zdjęcie i czekałam na cud — sama się nikomu nie narzucałam. Po dwóch tygodniach dostałam jedyną wiadomość — od Anglika, 59 lat, rozwiedziony biznesmen z dwójką dorosłych synów. Na zdjęciu elegancki dżentelmen na tle okazałego, trzypiętrowego domu. Zaproponował mi znajomość, a gdyby się udało — może choćby małżeństwo. Szczęście było na wyciągnięcie ręki — trzeba tylko odpisać… Napisałam, iż muszę się zastanowić, bo kandydatów mam wielu. Connor był taktowny: „To zrozumiałe — taka kobieta zdobyła niejedno serce, także moje.” Komplementy od Anglika unosiły mnie do nieba. Nasza korespondencja była szczera i bliska, jakbyśmy byli sobie pisani. Dlaczego przyszło nam żyć w różnych krajach? Nazywał mnie „Tajemniczą Różą”, a ja jego „moim dżentelmenem”. Byłam już w myślach żoną Anglika, snułam wizje o wspólnym życiu. Dzieci sceptycznie podchodziły do moich planów, ale nie zamierzałam się poddawać: chciałam zostać damą i już! Przygotowywałam się do wyjazdu, ale nagle dostałam od Connora oskarżający mail: „Nie jesteś żadną „Tajemniczą Różą”, tylko zwykłą kłamczuchą. Nie pisz więcej.” Zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi. Pisałam do niego jeszcze pół roku, bez odpowiedzi. Kiedy już straciłam nadzieję, dostałam wiadomość od „mojego dżentelmena”: „Przepraszam, Tajemnicza Różo. Byłem ciężko chory, leżałem w szpitalu, nie chciałem cię niepokoić. Poprosiłem syna, żeby uprzejmie przejął naszą korespondencję, ale stwierdził, iż to ty przerwałaś kontakt. Wyzdrowiałem i czekam na ciebie.” Zorientowałam się, iż to syn Connora bezpodstawnie mnie oczernił. Pomyślałam: a jeżeli pojadę do niego do Sheffield, to jego syn OIiver przy pierwszej okazji dosypie mi czegoś do owsianki albo naopowiada ojcu niestworzonych rzeczy? Connor pewnie uwierzy synowi i wygoni „boginię” z domu. Po co mi takie historie? Niech sami się rozliczają… A u mnie niedługo wnuki pójdą do szkoły, muszę poświęcić czas rodzinie, pojechać na działkę posadzić pomidory, podlać kwiaty… Czas odpocząć od randkowania — zbyt wiele energii to kosztuje, a życie płynie nieubłaganie. — Sąsiadko, nie spodziewałem się cię zobaczyć! Czemu tak długo cię nie było, może wyszłaś za mąż? — zagadnął mnie na działce pan Janek. — Witaj, Janku! Stęskniłam się! A może i ty się nie ożeniłeś? Pomożesz mi porąbać drewno? Zapraszam wieczorem na herbatę, tyle się nazbierało spraw do omówienia… — Co ty, Aniu? Ja się nie żeniłem, bo panna znikła na rok! — uśmiechnął się łobuzersko. — Co masz na myśli? — zapytałam, choć wiedziałam, o co chodzi. — Wyjdź za mnie, Aniu. Po co nam się dłużej przyglądać… Przecież znamy się od zawsze. Stare drzewo skrzypi, ale żyje. I tak, mój wybranek ma brodę siwą, ale duszę piękną… A ja i Janek jesteśmy szczęśliwym małżeństwem już siedem lat!
Po przejściu na tę dietę kobietom wzrosło libido. Badania mówią jasno