Zdjęcie za stroną https://www.galczynski.com/blog/kosciol-pw-swietego-ducha-w-mielcu/
Po
moim felietonie, który był kamyczkiem poruszającym medialną lawinę, a
traktującym o dość szczególnej otoczce pogrzebu mieleckiego księdza, tematyka
pogrzebowa jakoś nie może mnie opuścić. Zresztą prześladuje mnie ta tematyka,
pewnie z racji wieku, od wielu lat.
Jeszcze
do niedawna pogrzeb równał się obecność na nim księdza. Wierzył, nie wierzył,
udawał, nie udawał, przyjął ostatnie namaszczenie, czy nie przyjął, wyspowiadał
się, albo i nie wyspowiadał,
rodzina
była od kościoła daleko jak od Marsa, to mimo wszystkiego pozostali przy życiu członkowie
rodziny sprężali się, szli do kancelarii parafialnej
i negocjując zapłatę, umawiali pogrzeb w
kościele z księdzem i organistą.
Coś
się powoli zmienia w naszym mieleckim światku, ale nie za bardzo.
W
ostatnim czasie wysłuchałem w mieleckim kościele (akurat z okazji pogrzebów)
dwu kazań (czy homilii pogrzebowych), jednego w wykonaniu proboszcza i drugiego
głoszonego przez wikariusza tej parafii, którego nazwiska nie znam.
Pierwszy
„zabił” mnie swoim kazaniem proboszcz. Przyzwyczajony do innej jakości, nie mogłem
uwierzyć, iż w Mielcu jest kapłan, który mówi takie świetne kazania. Do tej
pory przed mszą niedzielną (albo i po niej) słuchałem homilii w Internecie,
głoszonych przez jezuitę ojca Prusaka, a teraz nauk rekolekcyjnych doc. Marka
Kity. Bo, niestety, mojej parafii w ostatnich latach Bóg nie podesłał księży
umiejących ciekawie i mądrze nauczać w homiliach. A tu masz! W sąsiedniej taki
orator – i to proboszcz
Jakby
tego było mało wysłuchałam niedawno świetnej homilii pogrzebowej w wykonaniu
wikariusza tejże parafii.
I słuchałem
tej jego, absolutnie nie internetowej, głęboko przemyślanej, niebanalnej
homilii i sam do siebie mówiłem, iż można. Można tak mówić, żeby stary
człowiek, który jak dziecko zaczyna mieć trudności w skupieniu się, wysłuchał
uważnie i do końca tego, co mu ksiądz miał do przekazania. Nie będę streszczał,
bo na użytek tego felietonu ważnych jest kilka zdań kazania.
Umarł
człowiek niewierzący w rodzinie głęboko niewierzącej (o czym dowiedziałem się
po mszy). Umarł nagle, bez powodu. Bez cierpienia także. Ale zaskoczył
wszystkich. I rodzinę, i znajomych.
Nie
wiem, jak to było w szczegółach, ale wszyscy, i prochy zmarłego, i rodzina, i
znajomi zmarłego, znaleźliśmy się w kościele na mszy świętej.
Nie
wiem, jak się o takiej mszy mówi? Ku
czci, czy w intencji zmarłego?
Zebrani
wiedzieli mniej niż ksiądz. A on chyba wiedział co mówi, bo powiedział
(streszczam, nie cytuję) chyba głównie do
rodziny, ale tak, jakby mówił do wszystkich: iż zmarły potrzebuje naszych
modlitw, naszego wstawiennictwa, a jeżeli ten fakt lekceważymy,
jeśli takiej potrzeby nie czujemy, jeżeli takiej
modlitewnej pomoc zmarłemu nie zamierzamy dać, to jesteśmy największymi
hipokrytami na świecie.
Ja,
czując potrzebę modlitwy za zmarłego, potrzebę polecenia go Bogu, przepuściłem
te słowa mimo uszu..
Ale
potem pomyślałem, iż to chyba do mnie było w małym stopniu. Pomyślałem, iż ten
ksiądz to prawdziwy gość i wywalił rodzinie w oczy to, co o niej myśli.
Bo
chyba nikt z rodziny nie był w czasie tej mszy u komunii, nikt nie zamówił
choćby jednej mszy za zmarłego (zrobili to znajomi). Więc pewnie także nikt się
nie pomodlił, choć o tym wie tylko Bóg.
I
tak sobie na koniec pomyślałem o rodzinie zmarłego: a u licha wam taka
kościelna uroczystość była?
Komu i co
chcieliście pokazać? Czy nie lepiej było wziąć mistrza ceremonii, niż odstawiać
taką komedyjkę? Chyba iż mistrz kosztuje znacznie więcej niż ksiądz, kościół i
organista razem wzięci, więc wybrano tańszą opcję?
Nie
wiem, co powiedziano księdzu, prosząc o pogrzeb. Może skłamano? Choć pewnie
ksiądz i tak wiedział, bo przecież wie mniej
więcej, kto jaki w parafii jest.
Dla
mnie ten ksiądz to gość. Nie tylko, iż jest świetnym kaznodzieją, to jeszcze
potrafi powiedzieć na głos, co myśli. A nie jest to proste.
Zdarzyło
mi się już dwukrotnie uczestniczyć w pogrzebie bez księdza. Raz był mistrz, raz
mistrzyni. Dobrze, źle? Cóż mi do tego, jak człowiek chce odejść z tego świata.
Śmieszy
mnie tylko, jeżeli jakikolwiek pogrzeb może śmieszyć, otoczka „generowana” na
takim pogrzebie przez mistrza czy mistrzynię ceremonii. prawdopodobnie czyni to w
uzgodnieniu z rodziną zmarłego, ale ograniczeń, jak w organizacji kościelnego
pochówku, nie ma.
Można
zrobić wszystko. Tak, żeby było smutno, i tak żeby było wesoło. Puści się
ulubione szanty zmarłego, podeprze turystycznymi piosenkami, zmarłemu rybakowi
przyniesie się na ceremonię w wiaderku ryby i komplet wędek, miłośniczce
Szopena zagra ktoś na fortepianie (raczej elektrycznym) marsz żałobny, a może i
mazurka, lotnikowi wypuści się setki balonów, a może i białych gołębic. Można
oczywiście zakazać używania w trakcie ceremonii takich słów jak śmierć,
pogrzeb” „zmarła", "pożegnanie", a także ",
"uroczystość", "rodzina",
"żałobnicy". Bo ten ktoś właśnie wyjeżdża na wycieczkę, nie umiera.
Jest
w polskim slangu takie powiedzenie: „robić sobie jaja z pogrzebu”. Bo jak do
tej pory, to ludzie traktowali pogrzeb na poważnie. choćby jak teologia
katolicka tłumaczy, iż zmarły przechodzi waśnie do lepszego świata, to i tak
płakali.
Niektórzy
narzekają, iż ksiądz nie angażuje się uczuciowo w prowadzony pogrzeb, a taka
pani Aneta, mistrzyni ceremonii (link poniżej) to ma wszystko przygotowane
perfect. Nie pomyślą, iż zmarłemu wierzącemu „na psa” jest potrzebny na
cmentarzu jakiś stand-upper poprawiający swoim komicznym gadaniem humor
żałobnikom.
Ale
to wszystko jeszcze nic. Niech będą występy, niech sobie zmarły ich posłucha.
Choć niby jakby miał posłuchać, skoro zostało po nim tylko trochę pyłu w urnie,
a duszy przecież nie miał? Bo mnie bardziej niż jakieś durne występy bawi
mówienie o takim zmarłym niewierzącym w sposób, w jaki katolicy mówią o
zmarłym, który według ich wiary gdzieś tam, w tym lepszym świecie, przez cały czas jest
OSOBĄ, choćby jak tylko duszą.
Że
zmarły odszedł do lepszego świata, iż stamtąd na nas patrzy, iż do zobaczenia.
Jakie
patrzy, jakie do zobaczenia? Przecież nie ma tam czegokolwiek. Zero, nul.
Powiem szczerze, iż nie wiem, dlaczego tak się mówi. Może z kulturowego
przyzwyczajenia. Może także żegnają zmarłego niewierzącego koledzy, którzy
wierzą i dla nich, wbrew rodzinie, ten zmarły rzeczywiście przeszedł do
lepszego świata, czemu dają wyraz. Takimi słowami, czy zamówieniem mszy w
intencji duszy zmarłego nie wierzącego. Tylko czy to wypada? Nie wierzył, to
nie wierzył.
Jakby
nie patrzeć, nie myśleć, będzie takich sytuacji coraz więcej. Tylko czego
więcej? Tej hipokryzji, która każe robić katolicki pogrzeb, ani na jotę nie
wierząc w życie pozagrobowe, nie wysilając się, by zmniejszyć?zwiększyć? skalę
tej hipokryzji , dając na mszę za duszę zmarłego, w które to – duszę i mszę –
zupełnie się nie wierzy? Czy może takich pogrzebów z mistrzem/mistrzynią
ceremoniału? A może jednego i drugiego? Wszak mistrz jest droższy od księdza.
A
skoro teraz uciekamy tak daleko, jak się da, od smutku, choroby, śmierci, to i
pogrzeby może będziemy sobie robić na wesoło. Żeby nie myśleć o nicości, w
którą wierzymy, nie wierząc.
Będziemy
sobie robić jaja z pogrzebu.
Amen.
Z okazji bliskich Świąt Zmartwychwstania Pańskiego życzę wszystkim odrobiny refleksji o życiu
PS.
Poniżej linki do mistrzyni Anety i do dwóch moich wcześniejszych felietonów na
podobny temat.
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/500-pogrzebow-anety/yndqjrv
A
tu linki do moich felietonów na podobny temat. Ostatnio ich nie czytałem, więc
może trochę zmieniłem poglądy. Nie wiem.
https://andrzejtalarek.blogspot.com/2019/11/jaki-pogrzeb-z-ksiedzem-czy-bez-ksiedza.html
https://andrzejtalarek.blogspot.com/2019/10/pogrzeb-bez-ksiedza.html
ps2. Żeby postawić kropkę nad i, to uważam, iż i katolicki pogrzeb można zepsuć. Można sobie zrobić na nim jaja z pogrzebu. Najświeższym przykładem jest pogrzeb nieszczęsnej św. pamięci Pani Barbary Skrzypek. To nie było budujące.