Zanim podgórskie nurty Raby zostały ostatecznie ujarzmione przez nowoczesną inżynierię, rzeka ta stanowiła jeden z najbardziej nieprzewidywalnych elementów krajobrazu i codzienności mieszkańców ziemi gdowskiej. Płynąca wartkim nurtem od strony Beskidów, Raba w rejonie Gdowa gwałtownie opuszczała ciasne koryta i wpływała na rozległą, płaską nizinę, nazywaną geologicznie Zatoką Gdowską. Ta specyfika terenu sprawiała, iż każde gwałtowne ocieplenie w górach, wiosenne roztopy czy letnie, nawalne deszcze w mgnieniu oka zamieniały malowniczą rzekę w niszczycielski żywioł, terroryzujący okoliczne wsie i paraliżujący lokalną infrastrukturę.
Przez dekady wylewy Raby regularnie weryfikowały plany tutejszych budowniczych i gospodarzy. Największym kataklizmem w udokumentowanej, przedwojennej historii regionu stała się tak zwana powódź stulecia z lipca 1934 roku. Po trwających ponad tydzień nieprzerwanych ulewach fala wezbraniowa uderzyła w dolinę rzeki z niespotykaną siłą, osiągając w rejonie Myślenic i Dobczyc dramatyczną wysokość około sześciu metrów. Gdy ta gigantyczna masa wody dotarła do nizinnego Gdowa, rozlała się na szerokość ponad trzech kilometrów. Żywioł zmył z powierzchni ziemi uprawy polne, porwał żywy inwentarz i odciął region od reszty kraju, niszcząc drogi kołowe oraz przerywając kursowanie nowoczesnych jak na tamte czasy omnibusów.
Siła karpackiej rzeki była tak ogromna, iż potrafiła w trakcie jednego wezbrania trwale zmienić swój bieg, przesuwając główne koryto o kilkadziesiąt metrów. Zjawisko to prowadziło do wieloletnich, kuriozalnych sporów granicznych i własnościowych między mieszkańcami Gdowa a sąsiednich Zręczyc, jako iż dawne pastwiska i pola po opadnięciu wielkiej wody niespodziewanie znajdowały się po drugiej stronie rzecznego nurtu. W obliczu tak regularnego zagrożenia, kluczową rolę w ratowaniu ludzkiego życia i dobytku odgrywali druhowie z lokalnej Ochotniczej Straży Pożarnej, dla których ewakuacja zalewanych domostw stanowiła najtrudniejszy sprawdzian odwagi i sprawności bojowej.
Mimo swego niszczycielskiego charakteru, kapryśna Raba stanowiła jednocześnie źródło utrzymania dla wielu rodzin. Każde ustąpienie wielkiej wody odsłaniało bogate nanosy rzeczne, co dawało pracę tak zwanym „szutrowcom” – ludziom zajmującym się legalnym wydobyciem i sprzedażą żwiru oraz kamienia rzecznego, niezbędnego do późniejszej odbudowy zniszczonych domów i traktów. Choć tragiczne doświadczenia z 1934 roku dały państwowym decydentom impuls do stworzenia pierwszych systemowych planów retencyjnych dla Małopolski, na ostateczne bezpieczeństwo mieszkańcom Gdowa przyszło czekać aż do lat 80. XX-tego wieku. Dopiero wybudowanie potężnej zapory i zbiornika wodnego w sąsiednich Dobczycach na stałe odsunęło widmo katastrofalnych powodzi, zamieniając groźny żywioł w kontrolowany element lokalnego krajobrazu.

















