Zmarł Sławomir Żukowski, król tyskiej bohemy

59 minut temu

Dzisiaj (25 czerwca) w wieku 67 lat zmarł Sławomir Żukowski. Artysta. Monarcha tyskiej cyganerii. Należał do nielicznych, którzy potrafili w codziennej gonitwie dostrzec sacrum w obojętnie mijanych przez innych dziełach Stwórcy. Potrafił zadziwiać się światem.

Kim był Sławek? Na to pytanie odpowiedzieć i łatwo, i trudno. Łatwo: był artystą. Ale co to konkretnie znaczy? Nie chodzi bowiem tylko o to, iż parał się aktorstwem, malarstwem, reżyserią i tym podobną eteryczną materią. choćby nie o to, iż ulepił z tej ulotnej materii konkret w postaci Teatru BELFEgoR i wciąż współtworzył go z pokrewnymi sobie duchowo artystami. Sławek zapamiętany zostanie jako ten, kto starał się opleść prowincjonalne miasto autentyczną tkanką artystyczną, celebrując wolność twórczą, która szła w parze z niekonwencjonalnymi dla wielu barwami życia, co ów król tyskiej bohemy nieraz bardzo boleśnie odczuł.

Ze Sławkiem współpracowaliśmy w redakcji tygodnika „Echo”. Publikował tu swoje karykatury. Lubił, jak sam przyznał, spędzać z nami czas, żartować (i cierpliwie znosić żarty na swój temat), wdawać się w dyskusje, dzielić ważnymi wydarzeniami ze swojego życia. Od pewnego czasu w rozmowach chętnie poruszał temat wiary, Boga. Pamiętam np. dyskusję, która wywiązała się na temat radośnie powtórzonej przez niego słynnej maksymy św. Augustyna.

Wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka. To oczywiste. Ale Sławek, w jednym z wywiadów, niepytany o swój stosunek do Stwórcy, sam złożył publiczną deklarację, iż wierzy w Boga – i dopilnował, aby zostało to wydrukowane.

Gdybym miał przedstawić jeden, jedyny kadr z mojej znajomości z „Żukiem” (tak go w redakcji nazywaliśmy), to byłoby to pewne zdarzenie sprzed kilku lat, które jest dla mnie wciąż istotną lekcją.

Była końcówka lata. Szedłem szybkim krokiem ul. Czereśniową w Tychach. W pośpiechu układałem w myślach kolejność pilnych zajęć, które na mnie jeszcze czekały (z kimś trzeba było się spotkać, coś napisać, coś wysłać do autoryzacji). Nagle zauważyłem Sławka. Stał zamyślony na chodniku, intensywnie wpatrując się w coś, co dostrzegł gdzieś w górze. Ale widać było, iż jest tym czymś zafascynowany do tego stopnia, iż niczego więcej nie dostrzega. Zaciekawiony podążyłem za jego wzrokiem. Nie zauważyłem nic szczególnego, ot, zwyczajne drzewo, zwyczajne niebo. A on stał nieruchomo i zachłannie patrzył.

– Cześć – przywitałem się z „Żukiem”. – Coś tak zastygł na tym chodniku?

Sławek dopiero teraz się ocknął. Odwrócił na chwilę głowę w moim kierunku, ale zaraz potem znowu utkwił wzrok w tym czymś, czego ja, mimo zwielokrotnionych wysiłków, wciąż nie zauważałem.

– Popatrz, jak pięknie dojrzewa jarzębina – cicho powiedział Sławek, wskazując na stojące przed nami drzewo z intensywnie czerwonymi kiściami owoców.

Spojrzałem raz jeszcze. Faktycznie, miał rację.

Różne są rodzaje modlitw. Pięknie modli się ten, kto dostrzega geniusz Stwórcy zaklęty w Jego dziełach. Sławek to potrafił. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen.

Zdzisław Barszewicz

Idź do oryginalnego materiału